Fot. Piotr Droździk
- w jakim wieku Bolesław Barbacki stworzył pierwsze, dobrze oceniane rysunki
- dlaczego artysta nie służył w Legionach
- jak dzięki pracy w amatorskim teatrze odkrył talent jedną z najbardziej znanych polskich powojennych aktorek
- jak przysłużył się emancypacji i rozwojowi sportu w Nowym Sączu
Na aukcjach dzieł sztuki, w krakowskich antykwariatach, a nawet na licytacjach internetowych znaleźć można czasem portrety sygnowane nazwiskiem Bolesław Barbacki. Nie osiągają tak zawrotnych cen jak obrazy jego nauczyciela Teodora Axentowicza (to prawda, często fałszowanego) albo starszego raptem o 6 lat Witkacego, nie wpisują się też w jakiekolwiek rewolucje, które przeorały sztukę europejską w pierwszych dekadach XX wieku. Są jednak doceniane przez kolekcjonerów, poszukiwane i kupowane.


Daleko od awangardy
Z płócien Barbackiego patrzą dojrzali mężczyźni w garniturze i pod krawatem: inżynierowie, lekarze, prawnicy, rajcy i burmistrzowie. Kobiety przybierają pozy nieco mniej formalne, co nie znaczy: swobodne.
Ubrane stosownie do wieku i statusu społecznego, bardzo rzadko pozwalają sobie na głębszy dekolt czy choćby kokieteryjny uśmiech. Dzieci z jasnymi włosami ściętymi na pazia, z czarną aksamitką pod szyją albo purpurową kokardą, przypominają nieco postaci z rodzinnych obrazów Jana Matejki. Czasem tylko pojawia się jakiś ponętny, ale w gruncie rzeczy bardzo niewinny akt kobiecy…
Andrzej Pęksa, namalowany w roku 1926 z sumiastymi wąsami, w staromodnym surducie, śmiało mógłby zasiąść zarówno w sejmie galicyjskim, jak i w parlamencie Polski odrodzonej. Jego żona, w czarnej sukni, ozdobionej na szyi białą koronką, wygląda na zaangażowaną w dzieła charytatywne pobożną, choć nieco groźną damę. „Wnuczek” (1921), dokładnie wyczesany i ubrany świątecznie, najwyraźniej chciałby zakończyć już całe to żmudne i nudne pozowanie – gdy spojrzymy mu w oczy, zauważymy, że przed chwilą płakał chyba ze złości.

Nie znajdziemy u Barbackiego nawet śladu epok, które teoretycznie powinny ukształtować jego wyobraźnię: secesyjnej dekoracyjności, ekspresjonistycznego ekshibicjonizmu uczuć, kubistycznej geometryzacji form, impresjonistycznej gry złudzeń optycznych czy choćby tylko eleganckiej przejrzystości art dèco.
Pozostawał realistą, w najbardziej klasycznym znaczeniu tego słowa: starał się pokazywać swoich modelów i modelki w sposób jak najbardziej dosłowny.
Ta pozorna „ułomność”, anachroniczność nie wynikała z faktu, że artysta wyrósł i przez całe życie działał w Nowym Sączu, z dala od centrów sztuki. Nie zadecydowały też zachowawcze gusta prowincjonalnej elity, która stanowiła gros jego klientów.
– co ciekawe, musiał wtedy przynajmniej zajrzeć na słynną Międzynarodową Wystawę Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa, na której awangarda zyskała status sztuki oficjalnej. Le Corbusier prezentował swój przełomowy dla dziejów architektury projekt jednoprzestrzennego domu jednorodzinnego, przybysze z Moskwy zachwycali konstruktywistycznymi realizacjami, nie wiedząc jeszcze, że wkrótce zmiecie ich socrealizm, bank z nagrodami rozbiła natomiast ekipa z Polski, a Zofia Stryjeńska doczekała się nie tylko Legii Honorowej, ale i miana „polskiej księżniczki”.

Wydaje się, że Barbackiego sprawy te interesowały w znikomym stopniu, jeśli w ogóle.
Synonimem Paryża był dla niego Luwr, w którym spędzał całe dnie, kopiując ukochanych mistrzów: Tycjana, Rubensa, Rembrandta, Halsa, Velázqueza…
Swoje kopie mógł z powodzeniem sprzedać, korzystając z muzealnej mody nad Sekwaną, zdecydował się jednak zabrać je do domu – trochę jako wspomnienie, trochę jako lekcję. Choć jeśli dokładnie przyjrzeć się jego olejom, wydaje się, że więcej w nich wpływów Matejki czy Rodakowskiego z jego realizmem i powagą. Nowosądeczanin wybrał świadomie i konsekwentnie.
Z całą pewnością dysponował bardzo dobrym warsztatem. Konstruował wyrafinowane kompozycje barw. Z wyczuciem, dyskretnie, ale wyraziście używał efektów świetlnych. Zachowując oficjalną konwencję, potrafił wydobyć z portretowanych postaci ich cechy charakteru
– w taki sposób, by nie zamieniły się ani w apoteozę, ani w karykaturę. Jego spojrzenie wydaje się uważne, ale nieco zdystansowane – jak to u profesjonalisty szanującego zleceniodawcę. Ale kim był? Wyłącznie sprawnym i pracowitym rzemieślnikiem, który pozostawił po sobie mniej więcej 400 prac sztalugowych, dobrze wyglądających w przedwojennym salonie nad fortepianem? Czy też artystą z prawdziwego zdarzenia? Z całą pewnością jego twórczość nie jest nudna.
Zapomniana formacja
Ale gdyby tak spojrzeć na Barbackiego z zupełnie innej perspektywy, rezygnując ze stawiania go na którymś ze stopni malarskiej hierarchii, z umieszczania gdzieś na skali rozpisanej między zwykłym wykonawcą a geniuszem? W pewnym sensie twórczość Barbackiego ma bowiem charakter dokumentacyjny. I to nie tylko na poziomie indywidualnym czy rodzinnym (choć nie udawajmy, że zachowany portret pradziadków, niezależnie od jego wartości materialnej i stopnia naszej emancypacji, zawsze budzi poczucie przynależności, bezpieczeństwa).
Malarz był kronikarzem formacji, która odegrała ogromną rolę na przełomie XIX i XX wieku, a także później, aż do czasu okupacji niemieckiej: mowa o mieszczańskiej inteligencji.
Ale nie tylko tej zamożnej i ustosunkowanej, rozdyskutowanej, rozpolitykowanej, ambitnej, wyrosłej najczęściej z dworów szlacheckich i pałaców. Istniała przecież także inteligencja innego rodzaju, dziedzicząca doświadczenie pokoleń chłopów, rzemieślników, kupców, a nawet jeśli szlachty, to zubożałej tak dawno, że zdążyła zapomnieć o własnym herbie. Zdeterminowana, pracowita, mocno stąpająca po ziemi, a przy tym głodna rozwoju i angażująca się weń. Gdy – najczęściej wielkim wysiłkiem – jej przedstawiciele kończyli porządną szkołę, a czasem nawet uniwersytet – wracali do domu, na prowincję, którą szybko przekształcali.
Wielu z nich kończyło seminaria nauczycielskie, tworząc – bardzo interesującą na terenie Galicji – specyficzną klasę społeczną. Zawód nauczyciela nie stał wysoko w urzędniczym systemie CK-Austrii (trochę lepiej było w II Rzeczpospolitej). Jeden ze sfrustrowanych przedstawicieli tej profesji pozwolił sobie nawet na ironiczną rymowankę:
„W szkole jest niańką, pedagogiem,
Księdzem, malarzem i muzykiem,
To empirycznym psychologiem,
To slöjodu mistrzem, gimnastykiem.
A poza szkołą kancelistą,
Stróżem swych uczniów, gospodarzem,
Pożarnym wozem, organistą
I Szkolnej Rady sekretarzem...
W gazetach, w mówkach – apostołem,
Przyszłości kraju budowniczym,
W istocie zaś roboczym wołem,
Białym murzynem – zresztą niczem”
(dla niewtajemniczonych: slöjod to wywodząca się z krajów skandynawskich metoda uczenia prac ręcznych).
Jednocześnie jednak to właśnie prowincjonalni nauczyciele w ogromnej mierze przyczynili się do podniesienia poziomu cywilizacyjnego w miejscach, w których przyszło im pracować. Z drugiej strony, to oni odkrywali często wartości kulturowe ukryte w niewielkich, wiejskich i małomiasteczkowych społeczeństwa. I nadawali im wymiar polskości – zgodnie z założeniami Towarzystwa Szkoły Ludowej, które stworzono w 1891 roku podczas krakowskich obchodów stulecia Konstytucji 3 maja i które miało przetrwać do 1940 roku.
W Stręgoborzycach koło Igołomi pracowali np. Franciszek i Alicja Bryłowie. W czasie spokojnym zbierali miejscowe piosenki i powiastki. Gdy wybuchła wojna, prowadzili tajne komplety i udostępnili szkołę konspiracyjnej drukarni, gdzie wydawano gazetkę pt. „Wieś idzie”. W Ropczycach znalazł pracę urodzony w Starym Sączu Seweryn Udziela (został nauczycielem, zmuszony przerwać studia, by zająć się schorowanymi rodzicami). Stworzył znakomitą kolekcję etnograficzną, doprowadził do powstania w Krakowie poświęconego tej dziedzinie muzeum, dziś jednego z najważniejszych w Polsce. Świetnie pisał (to on zwrócił uwagę np. na to, że przeciętna krakowianka kiepsko karmi męża, bo… niespecjalnie go szanuje). Takich ludzi było wielu.
Sztuka i wokanda
Z podobnego środowiska wywodził się także Bolesław, trzecie dziecko inspektora szkolnego Leona Barbackiego i Heleny z Pawłowskich, nauczycielki.



Budynek, będący skrzyżowaniem chaty zamożnego chłopa i dworku szlacheckiego, stał w sadzie, wśród zieleni ciągnącej się aż do nasypu kolejowego. Było to idealne miejsce dla zabaw dla chłopca i jego licznego rodzeństwa. Bolesław miał bowiem aż 4 braci i siostrę Helenkę, z którą był szczególnie związany. W 1907 roku śmierć zabrała matkę, więc Bolesław musiał przejąć wiele obowiązków (to wtedy nauczył się świetnie szyć, co miało mu się przydać w przyszłości). I niewiele się w tej kwestii zmieniło, gdy ojciec ożenił się po raz drugi, z Joanną Rzaską – również nauczycielką. W domu pojawiła się natomiast kolejna dwójka dzieci: Roman i Leon.
Codzienność tak licznej rodziny nie mogła być idyllą. Na tym większy szacunek zasługuje więc uwaga, jaką poświęcono talentom Bolesława, który pierwsze dobrze oceniane rysunki stworzył już jako gimnazjalista. I oczywiście – jak to w Galicji, cieszącej się autonomią i nabrzmiewającej coraz bardziej nadziejami na odzyskanie ojczyzny – wybierał tematykę patriotyczną, przebraną w klasyczny kostium („Erynie”, „Powrót Legionów”, „Ostatni Rzymianie”). Rodzice zapewnili synowi lekcje rysunku (co musiało obciążyć znacząco budżet wielodzietnej rodziny), cieszyli się z jego zaangażowania w Koło Filareckie, które jako 15-latek założył w gimnazjum do spółki z kolegą, Romualdem Mossoczym, późniejszym śpiewakiem operowym.

Akademię ukończył w klasie Teodora Axentowicza tuż przed wybuchem I wojny światowej, która na rok przerwała mu studia prawnicze (Bolesław zgadzał się z rodzicami, że sztuka niekoniecznie zapewni chleb; jemu jednak się udało: prawniczy dyplom uzyskał, ale nigdy nie musiał podjąć pracy w zawodzie).
Lata 1914-1915 przebiegły w sposób dramatyczny. Pamiętajmy, że na terenach Galicji rozgrywały się krwawe walki, wojska rosyjskie parły intensywnie do przodu… Wiele rodzin ewakuowano. Barbaccy znaleźli się daleko, w alpejskim miasteczku Bad Ischl – tym samym, w którym Franciszek Józef poznał ukochaną Sisi i w którym znajdowała się letnia rezydencja cesarza, gdzie po zamachu w Sarajewie podpisał akt wypowiedzenia wojny Serbii, co uruchomiło tragiczny w skutkach efekt domina.
Miłosno-polityczne konotacje nie zaprzątały specjalnie umysłu artysty, trochę malował pejzaże alpejskie, trochę szkicował ludzkie postaci…
Ale jego myśli były gdzie indziej. Dwaj bracia, Tadeusz i Zdzisław, znaleźli się w CK-armii, jemu samemu udało się uniknąć poboru ze względu na dużą wadę wzroku. To, co pomogło w przypadku państwa austriackiego, przeszkodziło Bolesławowi znaleźć się w szeregach wojska, do którego naprawdę, głęboko pragnął wstąpić – w Legionach. Służył w nich jego młodszy brat, szesnastoletni Witold – przeszedł całą kampanię karpacką, za co już w Polsce odrodzonej odznaczony miał zostać orderem Virtuti Militari.

Teatralne ambicje
Gdy tylko zrobiło się w miarę bezpiecznie, Bolesław wrócił do Nowego Sącza. Tu spotkał go gwałtowny cios: zmarła ukochana siostra Helena, druga po matce tak bliska mu osoba. Można by się zastanowić, czy to właśnie w tej chwili – w poczuciu opuszczenia – podjął decyzję, że sam nigdy nie założy rodziny.

To prawda, w przyszłości miał wchodzić w relacje z kobietami. W Paryżu pozna Hannę Postawkównę, córkę zamożnych ziemian spod Krakowa, która stanie się jego nieoficjalną tłumaczką. Rodziny będą kibicować parze, potencjalny pan młody nieoczekiwanie zerwie jednak zaręczyny – i to w dość niegrzeczny sposób: listownie. Po raz drugi zakocha się dopiero po 10 latach, w 1935 roku. Tym razem sprawa okaże się małym skandalem: Hanna Kassube będzie uczennicą Barbackiego, młodszą od niego o 24 lata, w dodatku będzie aspirować do zawodu aktorki. I tym razem miłość zakończy zwykły list.

A może decyzja o bezżeństwie wynikała z faktu, że malarz, któremu nie dane było walczyć o ojczyznę z bronią w ręku, postanowił mocno włączyć się w jej odbudowę. I zrobił to w sposób charakterystyczny dla środowiska międzywojennej inteligencji zamieszkującej ośrodki oddalone od Warszawy, Lwowa i Wilna. Do dziś przetrwało wyobrażenie przepaści cywilizacyjnej dzielącej centrum i prowincję. Tymczasem nawet w miasteczkach o wiele mniejszych od Nowego Sącza prenumerowano niegdyś zagraniczną prasę, działały wielojęzyczne księgarnie, ośrodkami kultury bywały plebanie albo zakłady fotograficzne przylepione do zabłoconych ryneczków. Mieszkający tam ludzie mieli swoje aspiracje.
W 1918 roku Barbacki zaangażował się w działalność nowosądeckiego „Sokoła”, przy którym stworzył teatr amatorski znany pod nazwą Towarzystwo Dramatyczne.

Pełnił w nim funkcję dyrektora, reżysera, scenografa, kostiumografa, aktora, a nawet intendenta. Miał spory talent: podobno któregoś dnia w przebraniu żebraka zbierał po mieście pieniądze na swój teatr – sukces finansowy tego przedsięwzięcia przerósł wszelkie oczekiwania.
Ambitny repertuar przyciągał do teatru ciekawe osobowości. A i Barbacki miał dobrego nosa do talentów. Jako pierwszy zachwycił się Zofią Rysiówną (miała wówczas 8 lat), która zagrała u niego później Marysię w „Weselu”. Zauważył Danutę Szaflarską, która tak wspominała go po latach: „Pewnego dnia wbrew zwyczajowi, że pacierz przed lekcjami odmawia wspólnie cała klasa, poprosił mnie, żebym odmówiła go sama. Potem powiedział, żebym zgłosiła się na próby w prowadzonym przez niego teatrze amatorskim. I tak debiutowałam – pierwszą moją rolą był epizod w »Horsztyńskim« Słowackiego, grałam tam małego chłopczyka”.

Kandydatów do teatru poszukiwał Barbacki głównie w nowosądeckim gimnazjum, gdzie pełnił funkcję nauczyciela rysunku.
Uchodził za nauczyciela surowego, który nie traktował swego przedmiotu z przymrużeniem oka, jako błahostkę w porównaniu z taką np. matematyką. Naprawdę kształcił.
Dobrze zapamiętała to Ewa Harsdorf, malarka i graficzka, która po śmierci Barbackiego zajęła w pewnym sensie jego miejsce w miejscowej społeczności: na pierwszy semestr dostała dwóję, bo nie znała perspektywy zbieżnej, po pół roku awansowała na dostateczny. W 6 klasie zdecydowała się na studia plastyczne, co mocno poparł nauczyciel.


Lista proskrypcyjna
Nowosądecki artysta był człowiekiem niezwykle praktycznym, w końcu miał w sobie nie tylko iskrę artystyczną, ale i prawniczą. Tuż po powrocie z Paryża w 1926 roku założył Szkołę Przemysłową Żeńską Towarzystwa Szkoły Ludowej, gdzie dziewczęta z biednych rodzin uczyły się nie tylko bieliźniarstwa i krawiectwa, ale także języków obcych, matematyki, polskiego, geografii, historii. Gdy pierwszy rocznik po trzech latach kończył edukację, najlepsze uczennice znalazły zatrudnienie w założonej przez Barbeckiego Wytwórni Przemysłowej.
To nie wszystko.
Od 1937 roku był prezesem „Sokoła” – i w tym czasie zdążył znacząco rozbudować bibliotekę tej organizacji, doprowadzić do powstania profesjonalnej sekcji hokeja na lodzie, rozpocząć budowę stadionu miejskiego (wedle własnego projektu).
Niestety, podczas okupacji Niemcy zorganizowali na nim plac do ćwiczeń wojskowych, a w okresie PRL-u zadecydowano, że nowy stadion powstanie w zupełnie innym miejscu. Opiekował się też rodziną, zwłaszcza żoną i dziećmi zmarłego brata Zdzisława, wziętego adwokata.
To ze względu na nich nie zdecydował się na wyjazd z Nowego Sącza, gdy 7 września 1939 do miasta wkroczyli Niemcy. Czuł się także odpowiedzialny za zabezpieczenie majątku szkoły, teatru i „Sokoła”. Świadkowie twierdzą, że szybko podjął działalność konspiracyjną, nie bardzo jednak wiadomo, na czym ona polegała (może kolportował bibułę?). Zresztą, nawet jeśli w nic by się nie angażował, i tak był na liście proskrypcyjnej gestapo.

Barbacki po raz pierwszy stanął przed obliczem Heinricha Hamanna, szefa gestapo, w lutym 1941 roku.
„Kat Sądecczyzny” – co symboliczne, noszący nazwisko biblijnego prześladowcy Żydów z „Księgi Estery” – potraktował artystę dość łagodnie: wybito mu kilka zębów i wypuszczono do domu.
Tu dowiedzieć się musiał, co stało się z jedną z jego lubionych uczennic. Zofia Rysiówna wzięła aktywny udział w słynnej akcji uwolnienia Jana Karskiego ze szpitala w Nowym Sączu z rąk gestapo (28 lipca 1940 roku); aresztowano ją wiosną 1941 roku i osadzono w Ravensbrück (nr obozowy 7286), gdzie doczekała do końca wojny.
Nigdy nie mieli się już spotkać.

Po raz drugi zabrano Barbackiego 2 lipca 1941 roku wprost z pracowni w przepięknej willi Marya.
Był jednym z zakładników aresztowanych po ataku partyzanckim. W więzieniu rysował towarzyszy niewoli.
Bolesława Barbackiego – wraz z 43 innymi zakładnikami – rozstrzelano 21 sierpnia 1941roku przy cegielni w podsądeckich Biegonicach. W styczniu 1945 roku, tuż po przejściu frontu, przeprowadzono ekshumację. Artysta i społecznik spoczął wraz z innymi ofiarami we wspólnym grobie, nad którym stanął kamienny pomnik „Sądeckiej Piety”.

Dzisiejszy Nowy Sącz to miasto, w którym warto znaleźć się w upalne, sobotnie popołudnie. Nie, nie chodzi bynajmniej o jakąś specjalną ofertę rozrywkową, koncerty plenerowe czy knajpy pod ratuszem. Raczej o coś wręcz przeciwnego: o szczególne odrealnienie przestrzeni, zakrzywienie czasu, które sprawia, że przez chwilę poczuć się można tak, jakby świat funkcjonował nadal w starym porządku, jakby nie wydarzyły się żadne katastrofy, nie zaszły żadne zmiany. Sprzedawcy leniwie likwidują stragany na rozgrzanym targowisku. Odświętnie ubrane rodziny spacerują po Rynku, z namaszczeniem konsumując lody w wafelku. Jest tak cicho, że warkot samochodu zakrawa na niesmaczną prowokację.
Oczywiście, to tylko zafałszowane wyobrażenie, rzeczywistość musi być znacznie bardziej prozaiczna. Jedni mogliby pewnie nazwać ten bezruch inercją, zastojem, marazmem. Mogliby mówić, że Nowy Sącz kisi się w sobie. Ich oponenci wskazywaliby z kolei na rozwój miejscowego biznesu, sporą liczbę milionerów, wyższą Szkołę Biznesu, która jako pierwsza w Polsce oprócz polskiego licencjatu zaoferowała amerykański dyplom Bachelor of Arts.

Jedno jest pewne – jak rzadko gdzie w Polsce – miasto w widłach Dunajca i Kamienicy, rzeczywiście trochę wyizolowane, emanuje statecznym spokojem wynikającym z ciągłości i osadzenia.
Pozostaje jednak pytanie: czy to wystarczy? Bo przecież – choć nadal spotykamy wspaniałych społeczników, zakochanych w swojej lokalnej ojczyźnie artystów, dobrych nauczycieli, to przecież formacji, która stworzyła i którą współtworzył Bolesław Barbacki, nigdzie już nie ma. I chyba nie ma szans, by kiedykolwiek znów się pojawiła.
Artukuł pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 1/2025. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!
W tym roku ukaże się III tom albumu pt. „Bolesław Barbacki. 1891-1941”, autorstwa Piotra Droździka i Agnieszki Małeckiej, zawierający ponad 100 nie publikowanych dotąd prac artysty: portretów, aktów i pejzaży, zarówno z początków jak i końca jego działalności artystycznej.


















