Fot. Desa Unicum
Janusz Miliszkiewicz, dziennikarz kulturalny i publicysta, w swojej najnowszej książce „Na rynku sztuki największym skarbem są ludzie” (wyd. Bookplan 2026) opisuje historie i relacje kolekcjonerów i artystów dowodząc, że tak jak na rynku znaleźć można niedoszacowane dzieła, tak i niedoszacowane bywają ważne osobowości, na które warto zwrócić uwagę.
Dlaczego pańska książka ma tytuł: „Na rynku sztuki największym skarbem są ludzie”?
Bezpośrednim impulsem do jej napisania była chęć ocalenia pamięci o kolekcjonerze Adamie Nagórskim, którego poznałem w 1980 roku. Spotkałem człowieka, który miał prawie 100 lat! Mamy trzecią dekadę trzeciego tysiąclecia, a do mnie mówił człowiek, który był samodzielny już w XIX wieku. Tamta rozmowa była dla mnie wielkim przeżyciem, pozostało ono we mnie do dziś.
Kim dla pana są kolekcjonerzy?
To mistrzowie, nauczyciele. W książce opisałem kolekcjonerów, artystów i znawców rynku antykwarycznego.
Każdy z nich edukuje czytelników, sygnalizuje ważne rynkowe problemy. Piszę np. o Ireneuszu Szarku, twórcy wybitnej kolekcji dawnej porcelany. Z wykształcenia był inżynierem telekomunikacji kolejowej. Dzięki wrażliwości, doświadczeniom i swoim odkryciom zdobył taką wiedzę, że oficjalnie pisał ekspertyzy – nawet dla Wawelu. Dał mi kiedyś dwa, z pozoru podobne do siebie, ceramiczne przedmioty i zapytał, co o nich sądzę. Jeden wydał mi się bardziej „mięsisty” i tak mu powiedziałem. Przytaknął zadowolony, że znalazłem odpowiednie określenie, bliskie jego odczuwaniu. Zmysłowe odczucia są częścią radości z posiadania kolekcji. Piszę o tym także w rozdziale o Tadeuszu Wierzejskim.

Kolekcjonerstwo kojarzy się przede wszystkim z malarstwem, rzeźbą, grafiką. Zbiory, o których pan wspomina, to chyba mniejszość?
Kolekcjonerzy mają różnorodne zainteresowania. Opisałem pasję Zbigniewa Zarywskiego z Tarnowa, który zbiera m.in. dawne ekslibrisy i grafiki dokumentujące polskie zwycięstwa historyczne oraz Pawła Wasylkowskiego, który stworzył muzealnej klasy zbiór pamiątek dotyczących Kresów i Lwowa. Dariusz Pawłowski, antykwariusz, wydawca i kolekcjoner, odkrywa skarby na jarmarkach staroci. Potrafi docenić druki, rękopisy lub fotografie obok których inni przechodzą obojętnie. Kiedy zdobywa jakiś cenny dokument, nie widzi w nim wartości materialnej, tylko – duchową. Dla niego także, co przyznaje wprost, przeżycie jest najważniejsze w kolekcjonerstwie.
Na jakie przeszkody napotykają najczęściej kolekcjonerzy?
Skarżą się na brak szacunku, brak zrozumienia ze strony urzędów lub muzealników.
Nie są postrzegani jako ratujący dobra kultury narodowej, tylko jako posiadacze. To zapewne tradycja z czasów PRL, kiedy wszelka prywatna własność budziła podejrzenia, nie była popierana przez państwo.
Pamiętam, kiedy w połowie lat 70. ubiegłego wieku Krzysztof Penderecki kupił dwór w Lusławicach, wzbudziło to złe emocje. Stawiano pytania, skąd ma pieniądze? A jakie problemy z kolekcją i kupieniem dworu miał Wojciech Siemion, którego pasję kolekcjonerską opisałem w książce „Polskie gniazda rodzinne”! Zapraszanie do dworu gospodyń wiejskich i robienie dla nich przedstawień, to był dla aktora rodzaj alibi, usprawiedliwienia – ma dwór tylko po to, żeby edukować wieś. Kojarzenie Wojciecha Siemiona jedynie ze sztuką ludową jest bzdurą. Miał m.in. muzealnej klasy dzieła Henryka Stażewskiego, Edwarda Krasińskiego, grafiki Józefa Gielniaka, wczesne obrazy Zdzisława Beksińskiego. No i wspaniałe zabytkowe meble, które uratował, żeby nie poszły na podpałkę. W Polsce Ludowej posiadanie dworu czy kolekcji dzieł sztuki było czymś niepojętym.

Nie ma się co dziwić, że wtedy kolekcjonerzy najczęściej nie ujawniali się. Poza tym istniała obawa przed kradzieżą. Dziś możliwe są skuteczne zabezpieczenia i pewnie dlatego dopiero od niedawna chwalą się swoimi zbiorami.
Zagranicą jest inaczej?
Tak, bo w zachodniej Europie kolekcjonerstwo od stuleci jest ważnym działem cywilizacji. Tam świadomość kolekcjonerów kształtuje się od stuleci, od czasu pojawienia się bogatego mieszczaństwa.
U nas na uczelniach artystycznych były zazwyczaj trzy wydziały; malarstwo, rzeźba i grafika, w zachodniej Europie uczono zwykle kilkunastu specjalności – z introligatorstwem włącznie.
Tam było mieszczaństwo i nawyk życia w domu pośród pięknych przedmiotów, np. księgozbiorów w oprawach artystycznych stworzonych przez najlepszych introligatorów.

Polscy kolekcjonerzy wzorują się na zagranicznych?
W bogatych krajach świata kolekcjonerstwo jest również lokatą kapitału. W mojej najnowszej książce malarz Wojciech Fangor, który kilkadziesiąt lat uczestniczył w światowym rynku, wyjaśnia, dlaczego inwestor musi znać tajemnice handlu sztuką. Nasi kolekcjonerzy jeszcze się tego nie nauczyli.
A powinni?
W zachodniej Europie kolekcjoner jest zwykle inwestorem.
Przywołać tu można opisanego przez mnie Bogdana Jakubowskiego z Paryża, który kupował na świecie polską sztukę abstrakcyjną, kiedy miała bardzo niskie ceny. Tak samo zgromadził przedwojenne, znakomite dzieła Nikifora, z udokumentowaną proweniencją z najlepszych zbiorów. Kiedy krajowy rynek wreszcie odkrył te obiekty, wtedy one radykalnie podrożały.

Nasz rynek jest niedojrzały?
Tak. Nierzadko klienci mają niewielką wiedzę o rynku, a moim zdaniem klient również odpowiada za jakość transakcji.
W dodatku u nas jest zdecydowanie niższa kultura prawna i kolekcjonerska, czyli niewielka znajomość wspomnianych tajemnic rynku.
Nie ma u nas prawnie zdefiniowanego zawodu eksperta, który bada autentyczność. Dlatego szczególnym zagrożeniem są falsyfikaty.
W 2014 roku na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Poznaniu, zorganizowano ogólnopolską konferencję: „Muzea, a rynek sztuki”. Prof. Dariusz Markowski, konserwator z Torunia, zrobił wystawę prac swoich studentów, które powstały na zaliczenie. To były falsyfikaty wykonane po mistrzowsku! Tego rzemiosła można się nauczyć.
A co, jeśli kolekcjoner nabędzie falsyfikat?
Oczywiście może w antykwariacie reklamować towar lub iść na policję, ale wtedy narazi się na wieloletnie spory. W tej sytuacji niektórzy klienci po cichu sprzedają obiekt, żeby zminimalizować stratę. Przecież kupiony falsyfikat ma ekspertyzę autentyczności!
Zdarza się, że falsyfikaty wracają na rynek.
W książce przytaczam zdanie wybitnego znawcy rynku, że „falsyfikaty powinny być niszczone”. W kolejnych rozdziałach powracam do wątku, jak uniknąć zakupu falsyfikatu.
Czy dla kolekcjonerów ma znaczenie proweniencja dzieł?
Na rynku numizmatów – na pewno ma – jeżeli pojawia się obiekt z kolekcji Potockich lub Hutten-Czapskich to jest ostra licytacja. Natomiast na rynku malarstwa proweniencja dzieła na razie nie odgrywa większej roli. Była do kupienia w dużym domu aukcyjnym względnie tania, sztandarowa kompozycja Jana Lebensteina. To wczesna figura osiowa, na papierze milimetrowym, w dużym formacie. Była wystawiana w 1961 roku, w MoMA na legendarnej wystawie „Fifteen Polish Painters”. W dodatku obraz pochodził z kolekcji Rockefellerów, co było udokumentowane. Ale został sprzedany za zwykłą cenę, jego proweniencja nie została doceniona. Takie przykłady można mnożyć. Szczegółowo opisałem wybitną kolekcję dzieł z doskonałą proweniencją, pochodzących np. ze zbioru np. Feliksa Jasieńskiego lub Tadeusza Wierzejskiego.


Czy kolekcjonerzy próbują wpłynąć na przyszłość swoich zbiorów?
Kilka razy pisałem alarmistyczne artykuły, wskazując na potrzebę zabezpieczania przyszłości prywatnych kolekcji.
Polską regułą jest, że nie powstaje ich dokumentacja, a przecież zazwyczaj kolekcja ulega rozpadowi, zostaje rozprzedana.
Nie lepiej sprzedać ją w całości?
Oczywiście, ale takich przypadków w Polsce było zaledwie kilka. Wspomniany wcześniej Zbigniew Zarywski kupił w całości kolekcję zabytkowych ekslibrisów stworzoną przez profesora Andrzeja Ryszkiewicza, aby nie uległa rozproszeniu. Opisane w książce muzealnej klasy kolekcje Jana Styczyńskiego czy Franciszka Starowieyskiego niestety uległy rozproszeniu.
Dlaczego kolekcjonerzy nie budują niewielkich choćby muzeów, w których mogliby pokazywać swoje zbiory?
Nie każdy ma pieniądze, jak np. Werner Jerke, wzięty okulista i zapalony kolekcjoner polskiej sztuki, który w Recklinghausen zbudował muzeum. Marek Roefler, o czym piszę w książce, jako zamożny deweloper mógł sobie pozwolić na otwarcie prywatnego muzeum Villa La Fleur w Konstancinie. Zbigniew Zarywski rozbudował zamek w Tarnowie, by pomieścił jego zbiory. Wokół postawił efektowny mur obronny o długości 400 metrów. Warto pamiętać, że drogo kosztuje nie tylko budowa siedziby zbiorów, ale przede wszystkim codzienne utrzymanie prywatnego muzeum.

I dlatego Grażyna Kulczyk nie zdecydowała się na zbudowanie w Polsce swojej placówki, tylko zrobiła to w Szwajcarii w Susch?
Zapewne w tej miejscowości koszty, o których rozmawiamy, są mniejsze niż, na przykład, w Genewie.
Z tego wszystkiego wynika, że kolekcjonerzy nie są zbyt zamożnymi ludźmi…
Na ogół nie są. Powiększają zbiory dzięki wrażliwości i wiedzy, jak Ireneusz Szarek czy Jan Styczyński.
Czego oczekują nasi kolekcjonerzy od państwa?
Przede wszystkim ucywilizowania naszego rynku, regulacji prawnych, np. zdefiniowania zawodu eksperta, który bada autentyczność. Także wprowadzenia urzędowych protokołów z wynikami aukcji, aby nie podawano fikcyjnych cen po reżyserowanych licytacjach.
Fikcyjne, zawyżone ceny wprowadzają w błąd mniej świadomych klientów.


Który z bohaterów książki, najbardziej pana zaskoczył?
Kiedy zaczynałem pracę dziennikarza w 1979 roku, pierwszy wywiad zrobiłem z Franciszkiem Starowieyskim. W najnowszej książce napisałem, że stworzył ostatnią magnacką kolekcję w Polsce. Kupował na świecie. Nie krył, że na rynku sztuki zarabia, korzystnie pozbywał się przedmiotów, które mu się opatrzyły.
Miał XVIII-wieczne, wysokiej klasy meble, znakomite portrety trumienne, świetne brązy, zegary kaflowe, rzemiosło najwyższej klasy. Całość była zakomponowana w mieszkaniu w PRL-owskim wieżowcu, który przez lata nawet nie był otynkowany.
Napisał pan, że Gabriela Zapolska była największą kolekcjonerką w dziejach Polski. To zaskakujące, bo znamy ją raczej jako autorkę świetnych dramatów.

O dramatach uczą w szkole. A była jeszcze wziętą aktorką w Paryżu. Marzyła o tym, że zrobi większą karierę aktorską niż Helena Modrzejewska. W zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej jest oryginalny plakat Toulouse-Lautreca, na którym Zapolska wymieniona jest jako aktorka w reklamowanym spektaklu. Niestety w szkolnych programach nauczania nie wspomina się, że we Francji pasjonowała się sztuką współczesną i pisała o niej do warszawskiej prasy.

W Paryżu zaprzyjaźniła się z malarzem Paulem Serusier, przyjacielem Paula Gauguine’a i on ją wprowadził do środowiska artystów. Dzięki temu miała świetny obraz van Gogha opisany przez niego w „Listach do brata”, a także dwa dzieła Paula Gauguine’ i obraz Utrilla. Na początku XX wieku zrobiła wystawy swoich skarbów w Krakowie i we Lwowie. Sztuka nowoczesna została nieprzychylnie przyjęta, bo wyprzedzała swój czas. Zapolska sprzedała kolekcję na międzynarodowym rynku. Dziś te obiekty są wystawiane na galeriach w prestiżowych muzeach na świecie.
Jak widzi pan przyszłość kolekcjonerstwa w Polsce?
Nadal będą kupowane przede wszystkim lub wyłącznie polonika. Od lat są one wyszukiwane na świecie i importowane do kraju. Nie wierzę, że wejdą na nasz rynek międzynarodowe domy aukcyjne ze swoją ofertą. Wątpię, że powstanie branżowe czasopismo, gdzie drukowano by pogłębioną refleksję o kolekcjonerstwie i rynku. Mógłby je sfinansować prywatny bogaty mecenas, żeby było niezależne od rynku. Dorobek kolekcjonerów nie będzie dokumentowany. Od lat apeluję o zmianę priorytetów badawczych.
W pierwszej kolejności należy badać i opisywać dzieje kolekcjonerstwa w dwudziestoleciu międzywojennym, w PRL i dziś, bo odchodzą świadkowie i uczestnicy zdarzeń.
Zamiast kolejnego tekstu o ludziach i zdarzeniach sprzed stuleci, potrzebne jest opracowanie np. o Jerzym Dunin-Borkowskim z Krośniewic. Kolekcjoner ratował dobra kultury narodowej ważne dla naszej tożsamości przed wojną, w czasie okupacji niemieckiej i w PRL-u. Niestety nie powstała monografia o nim, choć od jego śmierci minęło już 30 lat. Na szczęście jest mój reportaż w „Polskich gniazdach rodzinnych”.
Moja najnowsza książka, tak jak poprzednie, dokumentuje życie i dorobek współczesnych kolekcjonerów. Bo najważniejsi są ludzie.

Janusz Miliszkiewicz
Dziennikarz kulturalny i publicysta specjalizujący się w rynku sztuki. Wielokrotnie opisywał zagrożenia związane z aukcjami. Tropił afery w krajowym handlu sztuką, m.in. sprawę sprzedaży falsyfikatu „Zjawa” Franciszka Starowieyskiego, który odbił się szerokim echem w mediach i zakończył wygranym procesem sądowym. Autor książki “Kolekcja Porczyńskich genialne oszustwo?” (współautor Mieczysław Morka). Jest członkiem honorowym Stowarzyszenia Antykwariuszy i Marszandów Polskich.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!