Górne piętro parkingu Galerii Sfera przy ul. Mostowej 5 (festiwalowy projekt: „In C Taniec”)
Fot. Klaudyna Schubert
Artykuły

Bielsko-Björk-Biała

Z tego artykułu dowiesz się:
  • który ceniony artysta jest kuratorem Wędrującego Festiwalu
  • dlaczego Bielsko-Biała jest dobrym symbolem miast starających się o miano Europejskiej Stolicy Kultury
  • jaką budowlę ze świata przypomina betonowy parking domu handlowego Klimczok

Żeby stworzyć taki festiwal, trzeba przejść miasto. Samemu. Inaczej nie da się go poczuć i poznać.

– Najprościej rzecz mówiąc, takie wydarzenie programuje się butami, odmierza krokami i filiżankami kawy wypitymi podczas rozmów z mieszkańcami, którzy opowiadają, dlaczego jakieś miejsce jest dla nich ważne – mówi Krystian Lada, kurator Wędrującego Festiwalu.

Dopiero wtedy można wyjść poza najłatwiejsze skojarzenie z miastem, odmieniane od lat przez wszystkie turystyczne przypadki hasło: „mały Wiedeń”. Odpada ta secesyjna sztukateria, a pojawiają się inne podobieństwa, mniej oczywiste osie i paralele. Miasto okazuje się żywym tworzywem.

– Instytucje kultury w Bielsku-Białej są znakomite: jest bardzo dobry teatr, nowoczesna sala koncertowa, ambitne domy kultury i galeria BWA.

Mnie jednak zależało na pokazaniu Bielska-Białej istniejącego między nimi, trochę ekscentrycznego – wyjaśnia Lada. – „Mały Wiedeń” jest łatką przyklejoną z zewnątrz. Oczywiście są tu miejsca, które odpowiednio sfotografowane mogłyby kogoś zwieść, że znalazł się w Wiedniu. Ale mieszkańcy wcale nie próbują być Wiedniem, Krakowem, Katowicami czy Warszawą. Oni są przede wszystkim dumni z tego, że żyją właśnie w Bielsku-Białej – dodaje.

Fot. Paweł Ulatowski
Bielsko-Björk-Biała
Willa Sixta w Bielsku-Białej, wybudowana w 1883 r. według projektu Karola Korna dla Teodora Sixta

Szczególnie interesujące okazuje się dla niego położenie, którego określenie wymyka się administracyjnej geografii, a jednocześnie zdolne pomieścić skomplikowaną tożsamość miasta powstałego z połączenia Bielska i Białej, czyli Śląska i Małopolski.

Wyspa z dziecięcych opowieści

Pierwsze wyobrażenie Krystiana Lady o Bielsku-Białej zrodziło na długo przed jego przyjazdem do miasta. Ukształtowała je… sąsiadka z warszawskiego Grochowa – tłumaczka literatury węgierskiej, pochodząca właśnie stąd.

– Dorastałem w robotniczej rodzinie i ona była chyba pierwszą naprawdę artystyczną osobą w moim życiu. Miała wspaniałe mieszkanie, pełne książek, obrazów i bibelotów. O Bielsku opowiadała tak, jakby znajdowało się na innym kontynencie, może nawet na innej planecie. Było mitycznym miejscem, gdzie górskie potoki spływają kreatywnością i innowacją, a nad wszystkim unosi się mgła niesamowitości i tajemnicy – wspomina.

Obraz ten z czasem połączył mu się ze światem Brunona Schulza, z atmosferą „Sklepów cynamonowych”, w których realna topografia płynnie przechodzi w mit, a rodzinne miasto staje się centrum wszechświata. Codzienne ulice nagle prowadzą do innej strefy czasu.

– Jako dziecko wyobrażałem sobie Bielsko jako wyspę kreatywności. Kiedy po wielu latach przyjechałem tu, żeby zmapować program festiwalu, odnalazłem dużo z tamtych opowieści. Rzeczywiście

jest to miejsce, w którym kreatywność spotyka się z naturą nie na zasadzie tarcia ani konkurencji.

One jakby się wzajemnie obejmują i uzupełniają – mówi Krystian Lada.

Fot. Paweł Ulatowski
Bielsko-Björk-Biała
Dworzec Główny w Bielsku-Białej

Między punktami mapy

Kiedy Narodowe Centrum Kultury zaprosiło Ladę do stworzenia koncepcji wydarzenia, właściwie jedynym elementem, którego nie mógł zmienić, była nazwa. Festiwal miał pozostać „Wędrujący”. Początkowo słowo wydawało się prowadzić ku najbardziej oczywistym rozwiązaniom: wyjściu w góry, wydarzeniom w lesie, programowi poświęconemu naturze. Kuratorowi brakowało jednak wewnętrznego przekonania, że to właściwy kierunek.

Przełom nastąpił, kiedy zaczął opowiadać o projekcie zagranicznym artystom i używać angielskiego słowa wandering. Zobaczył w nim nie tylko fizyczną podróż, lecz (a wystarczy w tym angielskim słowie zmienić jedną literę!) także ciekawość, zadziwienie, błądzenie, poszukiwanie, namysł. Takie przepływanie między emocjami.

– Zrozumiałem, że może chodzić o wędrówkę między dyscyplinami i formami sztuki, o istnienie „pomiędzy”. Nagle otworzyło się całe spektrum możliwości. Bo

festiwal będzie oczywiście przenosił się między miastami: w tym roku odbywa się w Bielsku-Białej, a później powędruje do kolejnych Polskich Stolic Kultury.

Ale będzie również wędrować między muzyką, tańcem, teatrem, sztukami wizualnymi i performance’em. I to wydało mi się najciekawsze – opowiada.

Bo zdaniem Lady w Polsce nie brakuje znakomitych festiwali teatralnych, muzycznych, filmowych czy literackich. Znacznie mniej jest zaś wydarzeń budowanych wokół formatów interdyscyplinarnych, łączących odmienne media i środowiska.

Wędrujący Festiwal chce przemieszczać się także między skalami rozpoznawalności: artystami międzynarodowymi, twórcami obecnymi w ogólnopolskim obiegu i ludźmi związanymi bezpośrednio z lokalnym środowiskiem.

Fot. Wojciech Kryński / Forum
Bielsko-Björk-Biała
Bielsko-Biała, kolej gondolowa na Szyndzielnię

Wreszcie wędrować ma też publiczność. Nie tylko od jednego punktu programu do drugiego, ale również między epokami, dawnymi funkcjami miejsc i ich nowymi wcieleniami. Istotna staje się pamięć o tym, do czego dana przestrzeń służyła, kto się w niej spotykał i jakie rytuały społeczne organizowały tam codzienność.

– Chciałbym, żeby lokalna publiczność odkryła na nowo miasto, w którym mieszka. I żeby zrobili to przez wielowymiarowe przeżywanie i bezpośrednie doświadczanie nieoczywistych miejsc, wykraczające poza walory czysto estetyczne czy intelektualne – zaznacza kurator.

Jedną z jego inspiracji byli „Bieguni” Olgi Tokarczuk. To powieść skonstruowana nie jako linearna historia, lecz jako zbiór rozproszonych narracji, obrazów i zatrzymanych momentów, które zaczynają z sobą rezonować.

– Nie chciałem myśleć o programie jak o line-upie. Nie lubię nawet tego słowa, bo kojarzy mi się z listą zakupową, która donikąd nie prowadzi.

Festiwal powinien przypominać żyjące ciało albo tomik poezji.

Każdy wiersz znaczy coś osobno, ale razem składają się na większą całość. Podobnie projekty i przestrzenie Wędrującego Festiwalu mają się z sobą zazębiać, wchodzić w dialog, bez konieczności budowania tylko jednej narzuconej narracji – tłumaczy.

Fot. FiPAK / Forum
Bielsko-Björk-Biała
Krystian Lada

Lotnisko jako metafora

Warto wspomnieć, że kuratorem Wędrującego Festiwalu jest jeden z najważniejszych polskich twórców współczesnej opery i teatru muzycznego. Krystian Lada to wybitny reżyser, dramaturg i librecista, od lat pracujący przede wszystkim na międzynarodowych scenach. Studiował dramaturgię i literaturoznawstwo na Uniwersytecie Amsterdamskim. Był związany z Théâtre Royal de la Monnaie w Brukseli, gdzie odpowiadał m.in. za dramaturgię i rozwój programu artystycznego, a w latach 2024–2026 kierował programem artystycznym Ruhrtriennale, jednego z najważniejszych interdyscyplinarnych festiwali europejskich.

Jako pierwszy otrzymał Mortier Next Generation Award, nagrodę przyznawaną szczególnie obiecującym twórcom teatru muzycznego. Został też finalistą i laureatem Ring Award 2021. Jego inscenizację opery „Lili Elbe” Tobiasa Pickera, przygotowaną dla Theater St. Gallen, magazyn „Oper!” uznał za najlepszą premierę światową sezonu 2023/2024. Dla La Monnaie stworzył dwuczęściowe „Rivoluzione e Nostalgia”, oparte na wczesnych operach Verdiego. Do tego jeszcze współpracował m.in. z Theater an der Wien, Theater Basel, GöteborgsOperan, Royal Danish Opera, Operą Wrocławską i krakowskim festiwalem Opera Rara.

W jego praktyce miejsce nigdy nie jest jedynie opakowaniem dla gotowego spektaklu. Krystian Lada chętnie wyprowadza operę poza tradycyjną scenę, umieszcza ją w nowych kontekstach i pozwala, by zastana architektura stała się kolejną postacią przedstawienia. Przygotowując projekt na 80. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, pracował w przestrzeni Muzeum Powstania Warszawskiego i wokół niego. Z kolei w Zagłębiu Ruhry wykorzystuje dawne hale przemysłowe, pamiętając także o ich udziale w niemieckiej machinie zbrojeniowej w czasach II wojny światowej.

– Wchodzimy do przestrzeni, która zawsze ma już swoją historię – nie tylko tę zapisaną w datach i dokumentach, lecz także emocjonalną.

Tak jak człowiek nosi traumę w ciele, tak architektura przechowuje ją w kamieniach i fugach między nimi – mówi.

Wędrowanie nie jest zresztą dla Lady wyłącznie kuratorską metodą. To jego osobiste i zawodowe doświadczenie. Jako reżyser realizował niekiedy po siedem projektów rocznie, każdy wymagający półtora lub dwóch miesięcy prób w innym mieście. W jednym z najbardziej intensywnych lat policzył, że we własnym domu w Antwerpii spędził łącznie… zaledwie dwa tygodnie.

– Czasami wracałem w sobotę rano, przepakowywałem walizkę, a w niedzielę wieczorem wylatywałem już na kolejne próby. Przyjeżdżasz do nieznanego miasta, trafiasz do mieszkania, w którym czasem nie ma nawet czajnika, soli czy pasty do zębów, a następnego ranka stajesz przed nieznanym zespołem teatru, z chórem i solistami, i od razu musisz zacząć rozmawiać o temacie opery, czyli często śmierci, przemocy czy najbardziej intymnych emocjach. Z czasem wyrabia się mięsień pozwalający szybko stworzyć przestrzeń wzajemnego zaufania. Jestem takim „zawodowym tym obcym”. Z tej perspektywy wyraźniej widać zasady organizujące daną społeczność czy instytucję – opowiada.

Z takich właśnie wędrówek narodziło się The Airport Society, czyli założony przez Ladę dziesięć lat temu w Brukseli nomadyczny kolektyw artystów i społecznych innowatorów.

Sama nazwa powstała trochę dla żartu. Jego członkowie bezskutecznie próbowali znaleźć termin wspólnego spotkania: jeden miał rezydencję w São Paulo, drugi spektakl w Warszawie, ktoś inny pracował w Nowym Jorku. Ostatecznie okazało się, że jedynym miejscem, w którym wszyscy znajdą się w tym samym czasie, będzie… lotnisko w Amsterdamie.

– Przez pewien czas próbowałem z tym walczyć. Chciałem, żeby dom oznaczał jakiś jeden adres, cztery ściany, to samo łóżko co noc. Z czasem zrozumiałem, że ze względu na moją pracę to kompletnie niemożliwe. Domem będą w najlepszym wypadku ludzie, z którymi pracuję. Staram się trzymać ich blisko. Dlatego w moich projektach wracają Rafał Ryterski, Lilianna Krych, Wojtek Grudziński, Björk i wiele innych osób. To nie jest przypadek, tylko moja „rozszerzona rodzina”, która również ze mną wędruje – przyznaje. – Dziś najbardziej w domu czuję się w tym pomiędzy – tak długo, jak oni też tam ze mną są. Nie będę ukrywał, że ten wątek naszej rozmowy dotyka czegoś bardzo osobistego – dodaje.

Betonowy Klimczok i ruchome dźwięki

Program Wędrującego Festiwalu jest właściwie „alternatywnym przewodnikiem po Bielsku-Białej”.

Prowadzi m.in. przez parking domu handlowego Klimczok, parking Galerii Sfera, dawną siedzibę Banku Gospodarstwa Krajowego, kolej linową na Dębowcu, pasmanterię, targowisko oraz historyczną Novą Patrię. Każda z tych przestrzeni ma własną pamięć i własne napięcia. I nie chodzi tu o efektowne tło, ale o współtworzenie sensu wydarzenia.

Istotą tej koncepcji jest powrót do dawnych rytuałów i pytanie o ich współczesne odpowiedniki. Jeśli targ był przez stulecia miejscem spotkania ludzi należących do różnych warstw społecznych, jego dzisiejszym odpowiednikiem może stać się rave. Jeżeli bank służył pomnażaniu kapitału, artystyczny gest może spróbować wprowadzić do niego wartości, których nie sposób wycenić ani przelać na konto, np. marzenia senne.

Czasami program idzie więc „z włosem” z miejscem, przedłużając jego dotychczasową funkcję. Innym razem bierze architekturę pod włos i ustanawia rytuał będący zaprzeczeniem wpisanej w nią logiki.

Fot. Cyfrowe.mnw.art.pl
Bielsko-Björk-Biała
Rampa wjazdowa wielopoziomowego parkingu Spółdzielczego Domu Handlowego „Klimczok” przy ul. Cyniarskiej 11 w Bielsku-Białej

I tak np. parking Klimczoka, domu handlowego, który pod koniec lat 80. XX wieku ucieleśniał konsumpcyjne marzenia i nowoczesność, Krystian Lada odkrywał po zmroku. I trochę przez przypadek. I trochę „na nielegalu”.

– Był późny wieczór. Zobaczyłem ten niezwykły betonowy obiekt i nikt nie powiedział mi, żebym nie wchodził, więc wszedłem. Kiedy idzie się ślimacznicą w górę, miasto zostaje coraz niżej. Wszędzie jest beton: pod stopami, po bokach i nad głową. Pomyślałem, że wchodzę na szczyt Klimczoka, ale jest to Klimczok w czasach postapokaliptycznych. Ostatnia góra na świecie, w którym wszystko zalaliśmy betonem – wspomina.

Parking przy Klimczoku nawet na zdjęciach przypomina bielskie wcielenie nowojorskiego Muzeum Guggenheima.

Gdyby był pięciokrotnie większy i znajdował się w Nowym Jorku, zapewne już dawno zamieniono by go w galerię sztuki. Podczas festiwalu stanie się przestrzenią instalacji performatywnej „Tu byliśmy / Tu byłyśmy”. Rzeźby norweskiej artystki Siri Skjerve spotkają się tam z choreografią znakomitych i cenionych polskich twórców: Alicji Czyczel, Pawła Sakowicza i Wojciecha Grudzińskiego oraz muzyką wykonywaną na żywo przez twórców z Podbeskidzia. Zabrzmią m.in. trąbity, dudy i gajdy. Publiczność, pokonując kolejne poziomy parkingu, odbędzie symboliczną wspinaczkę na betonową górę.

W ruchu zaprezentowany będzie również premierowy utwór Rafała Ryterskiego „Panta rhei. Wszystko płynie”, inspirowany „Biegunami” Tokarczuk i heraklitejską ideą zmienności. Kompozycję wykona Bielska Orkiestra Dęta podczas podróży… koleją linową na Dębowcu.

– Rafał pracuje z tzw. efektem Dopplera. Nasza percepcja dźwięku zmienia się zależnie od tego, czy jego źródło zbliża się do nas, czy oddala. Żeby stworzyć taką sytuację akustyczną, zarówno muzycy, jak i odbiorcy muszą być w ruchu. To dlatego publiczność wysłucha utworu nie na fotelach filharmonii, a na kanapach kolejki linowej – śmieje się Lada.

I podkreśla, że jak w każdym wypadku lokalizacja nie jest jedynie ekstrawaganckim dodatkiem, tylko wyrasta z artystycznej wizji utworu. Podróż to konieczny warunek jego wykonania.

Fot. mp
Bielsko-Björk-Biała
Galeria Sfera w Bielsku-Białej
Fot. Klaudyna Schubert
Bielsko-Björk-Biała
Górne piętro parkingu Galerii Sfera przy ul. Mostowej 5 (festiwalowy projekt: „In C Taniec”)

Z kolei na dwóch najwyższych poziomach parkingu Galerii Sfera rozegra się spotkanie z ikoną amerykańskiego minimalizmu. „In C” Terry’ego Rileya pojawi się w dwóch odsłonach. W pierwszej choreografia Sashy Waltz, zbudowana z 53 fraz ruchowych, zostanie wykonana przez artystów Sasha Waltz & Guests razem z lokalnymi tancerzami i performerami. W drugiej Bielska Orkiestra Kameralna, jazzmani i muzycy tradycyjni z Podbeskidzia wpiszą w kompozycję Rileya odgłosy maszyn włókienniczych oraz brzmienia regionalnych instrumentów.

Zupełnie inny rodzaj wspólnotowego doświadczenia przyniesie „Bank snów” Hani Derej, Kuby Dereja i Kingi Kościak. Dawna hala Banku Gospodarstwa Krajowego na dwie noce zmieni się w przestrzeń słuchania i wspólnego śnienia. Od godziny 22.00 do 8.00 rodzeństwo Derejów będzie wykonywało nieprzerwaną kompozycję. Zamiast tradycyjnej widowni pojawią się łóżka, poduszki i pościel, a uczestnicy będą mogli zapisywać oraz interpretować swoje sny.

– Pomyślałem, że byłoby wspaniale, gdyby miejsce, w którym kiedyś obracano gotówką i wszystko próbowano przeliczyć na wymierne korzyści, wypełnić czymś tak dalece niepoliczalnym jak sny. To przestrzeń stworzona do generowania kapitału, w której nie wolno było spać, trzeba było cały czas utrzymywać uwagę, mieć kontakt z finansową rzeczywistością. My ten budynek trochę chcemy odczarować. Sen nie daje się wycenić, złapać ani przelać komuś na konto. To będzie rodzaj antykapitalistycznego rytuału w banku – tłumaczy kurator.

Na targowisku przy ulicy Lompy program pójdzie z kolei w duchu miejsca, choć nie w oczywiste skojarzenia. Zachowa jego społeczną funkcję, zmieniając jedynie porę i formę spotkania. Stare drewniane stragany zostaną przekształcone w stanowiska didżejskie, a przestrzeń codziennego handlu – w parkiet.

– To prawdziwie mityczne miejsce. Rano można tam kupić świetne pomidory i poplotkować. Przy straganach spotykają się ludzie z bardzo różnych środowisk. Targowisko leży na niezwykle atrakcyjnej działce w centrum, a jednak mieszkańcy za każdym razem bronią go przed przejęciem przez dewelopera.

Rave, czyli wielogodzinna impreza z muzyką elektroniczną, miksowaną przez didżejów, jest dla niego współczesnym odpowiednikiem rytuału pozwalającego spotkać się ludziom z różnych społecznych światów. Długie targowe zostaną przeistoczone w niekończące się konsole didżejskie. Miejsce nadal będzie służyło wymianie, tyle że dźwięki zastąpią pomidory, a energia wspólnego tańca – pieniądze.

Festiwalowym portem stanie się Nova Patria. Zaplanowano tam spotkania z artystami, warsztaty i kameralne koncerty, m.in. Tymka Papiora. Będzie to miejsce powrotów między kolejnymi etapami podróży, czyli przestrzeń, w której można odpocząć, porozmawiać i ponownie wyruszyć w miasto.

1. Fot. Paweł Ulatowski
2. Fot. Paweł Ulatowski
Kawiarnia i przestrzeń artystyczna Nova Patria (dawniej legendarna restauracja Patria), ul. Zamkowa 8, Bielsko-Biała
Kawiarnia i przestrzeń artystyczna Nova Patria (dawniej legendarna restauracja Patria), ul. Zamkowa 8, Bielsko-Biała
Kawiarnia i przestrzeń artystyczna Nova Patria (dawniej legendarna restauracja Patria), ul. Zamkowa 8, Bielsko-Biała

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Prezent od Dionizosa

Najgłośniejszym punktem pierwszej edycji festiwalu będzie „Echolalia” Björk. Artystka miała jednak nie tylko przyciągnąć uwagę, lecz także skupić w jednym projekcie całe DNA wydarzenia: wędrówkę między miastami i dyscyplinami, spotkanie międzynarodowej gwiazdy z lokalnymi miejscami oraz pytanie o relację człowieka z naturą.

Co ważne, Lada współpracował z islandzką artystką już wcześniej. W La Monnaie zaprogramował inscenizację opartą na muzyce z albumu „Medúlla”. Podczas Ruhrtriennale połączył z kolei jej twórczość z muzyką Antona Brucknera w immersyjnym „Abendzauber”, przygotowanym w postindustrialnej przestrzeni i poświęconym relacji człowieka ze światem natury. I kiedy skontaktował się z managementem Björk, dowiedział się, że

artystka chce stworzyć kolejny album nie jako tradycyjne wydawnictwo, lecz jako wystawę rozwijającą się podczas podróży po europejskich miastach. W każdej kolejnej lokalizacji do projektu miałaby dochodzić nowa instalacja.

Fot. Vidar Logi
Bielsko-Björk-Biała
Islandzka piosenkarka Björk

– Kiedy słyszysz, że Björk planuje stworzyć swój projekt właśnie w sposób wędrujący, interdyscyplinarny i we współpracy z polską malarką – czyli ma wszystkie elementy DNA festiwalu, który tworzysz – zaczynasz czuć, że to rodzaj przeznaczenia. Nazywam takie sytuacje „prezentem od Dionizosa” – opowiada Lada.

Zbieżności było więcej. Björk pracowała nad nową instalacją z Natalią Kleszczewską, polską malarką działającą między Krakowem a Katowicami. Projekt nie tylko łączy zatem artystkę „galaktycznie znaną” z twórczynią związaną z regionem, lecz także jest przedsięwzięciem przekraczającym granice muzyki, malarstwa i ruchomego obrazu.

„Echolalia” zostanie rozproszona między kilka miejsc Bielska-Białej. Złożą się na nią trzy instalacje. „Przodkini” („Ancestress”) i „Zasmucona ziemia” („Sorrowful Soil”) wyrastają z doświadczenia choroby i śmierci matki artystki, ekologicznej aktywistki Hildur Rúny Hauksdóttir. Premierowy „Rozkwit wrażliwości” („Nerve Bloom”), przygotowany z Kleszczewską, połączy muzykę, malarstwo i obraz filmowy. Widzowie sami wybiorą kolejność odwiedzania poszczególnych części, układając z nich własną narrację.

Krystian Lada nie zamierza przepraszać za promocyjną siłę nazwiska Björk.

– Nie będę przekonywał, że nie chodziło również o wielkie nazwisko. Budujemy nową markę wewnątrz innej nowej marki, jaką jest Polska Stolica Kultury. W Bielsku-Białej niemal w każdy weekend coś się dzieje. Musieliśmy więc znaleźć projekt, który pozwoli wyraźnie zakomunikować narodziny Wędrującego Festiwalu – mówi. – Cieszę się, że teraz mówi się o Björk i Bielsku-Białej, a nie Björk i Warszawie czy Krakowie. Jeżeli może ona przenieść reflektor na Bielsko-Białą, to dlaczego mielibyśmy z tego nie skorzystać? – dodaje kurator.

Fot. Paweł Ulatowski
Bielsko-Björk-Biała
Kawiarnia i przestrzeń kulturalna w zachowanym wnętrzu dawnego sklepu pasmanteryjnego, ul. Zamkowa 3 w Bielsku-Białej

Stolica ekscentryczna, czyli poza centrum

Bielsko-Biała jest w 2026 roku pierwszą Polską Stolicą Kultury.

Tytuł wyrósł z rywalizacji o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2029. Miasto znalazło się w ścisłym finale wraz z Katowicami, Kołobrzegiem i Lublinem, lecz na ostatniej prostej przegrało właśnie z tym ostatnim. Pomysły, energia i społeczne zaangażowanie zgromadzone podczas konkursu nie zostały jednak odłożone do archiwum. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powołało program Polskich Stolic Kultury: po Bielsku-Białej tytuł przejmą Katowice w 2027 roku, a następnie Kołobrzeg w 2028.

– To jedna z przyczyn, dla których podjąłem się tej szaleńczej wyprawy i zgodziłem postawić nowy festiwal na nogi w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Bardzo dopinguję takim miejscom. Jestem fanem myślenia acentrycznego, czyli prowadzonego poza centrum, bo ono zawsze wprowadza dobry ferment – mówi Lada.

Zmiana ta jest także widoczna w całym europejskim programie. Pierwsze stolice kultury należały do największych metropolii – Amsterdamu, Paryża, Madrytu. W ostatnich latach coraz częściej wyróżnienie otrzymują mniejsze i mniej oczywiste ośrodki: Bad Ischl, Bodø, Tartu, Nova Gorica, Oulu, Trenczyn, Lipawa, Bourges, Czeskie Budziejowice czy Kiruna. Kultura nie jest już wyłącznie pieczęcią potwierdzającą dominację centrów. Ma być paliwem przemiany miejsc pozostających dotąd na drugim planie, narzędziem rozwoju lokalnych instytucji i sposobem wzmacniania społecznej tożsamości.

Polska Stolica Kultury nie powinna być więc traktowana jako nagroda pocieszenia za przegrany konkurs. Daje trzem miastom możliwość wykorzystania programu przygotowanego podczas wielomiesięcznych starań i sprawdzenia, czy kultura rzeczywiście może napędzać rozwój, zamiast jedynie dekorować miejskie strategie.

W bogatym programie towarzyszącym Polskiej Stolicy Kultury znalazło się też otwarcie Europejskich Dni Dziedzictwa, które we wrześniu przygotowano pod auspicjami NID.

Fot. Paweł Ulatowski
Bielsko-Björk-Biała
Neon Społem w Bielsku-Białej

Zainaugurowano je 18 września w Muzeum Historycznym w Bielsku-Białej. Tegoroczna odsłona największego w Europie projektu społecznego poświęconego dziedzictwu odbywa się pod hasłem „Przyszłość przeszłości. Dziedzictwo w zagrożeniu”, zachęcając do rozmowy o tym, jak chronić zabytki, tradycje i lokalną pamięć w świecie dynamicznych zmian.

– Przyszłość przeszłości zależy od decyzji, które podejmujemy dzisiaj. Od tego, czy odpowiednio wcześnie dostrzeżemy zagrożenie. Od tego, czy będziemy umieli współpracować ponad granicami instytucji i środowisk. Od tego, czy podzielimy się wiedzą z młodszymi pokoleniami. Od tego, czy potraktujemy dziedzictwo nie jako przeszkodę w rozwoju, lecz jako ważny zasób społeczny, kulturowy, edukacyjny i gospodarczy – mówił podczas tego wydarzenia Michał Krasucki, p.o. dyrektor Narodowego Instytutu Dziedzictwa.

Co ciekawe, temat debaty otwierającej EDD dobrze “skleił się” z ideą Wędrującego Festiwalu i rzeczywistością Bielska-Białej. Dyskutowano bowiem o “drugim życiu zabytków”, nadawaniu im nowych funkcji z zachowaniem ich historii i pamięci o ich przeszłości.

Wzięli w niej udział: p.o. dyrektor Narodowego Instytutu Dziedzictwa Michał Krasucki, prezes Fundacji Zielone Konie oraz pracownik naukowy Muzeum Historycznego w Bielsku-Białej Mateusz Bielesz, historyczka architektury, dziennikarka Anna Cymer, kierownik Delegatury w Bielsku-Białej Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Katowicach Mariusz Godek-Dudziński, koordynatorka krajowa EDD Patrycja Jastrzębska.

Wędrujący Festiwal dobrze wpisuje się w tę ideę, ponieważ nie przywozi do Bielska-Białej gotowego produktu.

Wydobywa opowieści z miejsc, które już istnieją, i z emocji mieszkańców, którzy pamiętają pierwszą przejażdżkę schodami ruchomymi w Klimczoku, bronią targowiska przed deweloperami, rozpoznają rytm włókienniczych maszyn. Albo patrzą na górskie szczyty.

– Bielsko-Biała jest chyba jedynym miejscem w Polsce, w którym można ruszyć chodnikiem z centrum i nawet nie zauważyć, kiedy już idzie się po górach. Natura i miasto płynnie się w siebie przeobrażają. To ważny kontekst – zauważa Lada.

Podobnie ma działać jego festiwal. Będzie przelewał się między sztuką i codziennością, pamięcią i teraźniejszością, centrum i peryferiami, lokalnością i międzynarodowym obiegiem. A także przypominać, że czasem, by znaleźć nowe centrum kultury, trzeba najpierw zejść z utartego szlaku. Najlepiej „z buta”.

Tekst znajduje się w drukowanym kwartalniku „Spotkania z Zabytkami” nr 4/2026. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!


Łukasz Gazur

Krytyk sztuki i teatru, wieloletni szef działu kultury w “Dzienniku Polskim” i “Gazecie Krakowskiej”. Publikował i współpracował m.in. z “Przekrojem”, “Tygodnikiem Powszechnym”, “Wprost”, TVP Kultura. Członek polskiej sekcji międzynarodowego stowarzyszenia krytyków AICA. Wykładowca akademicki na kierunkach kolekcjonerskich i antykwarycznych oraz dziennikarskich. Czterokrotnie wyróżniony Nagrodą Dziennikarzy Małopolski. Zastępca redaktora naczelnego magazynu “Spotkania z Zabytkami”. Laureat jubileuszowej edycji nagród „Kolekcjonerstwo – nauka i upowszechnianie” im. Feliksa Jasieńskiego.

Popularne

Lotność fantazyi

Zmarł rankiem, w maju, we Lwowie. Jego ciało przywieziono do Krakowa koleją. Po południu przetransportowano zwłoki na Cmentarz Rakowicki i tam, w dzień jak na wiosnę zimny i pochmurny, spoczął „jeden z największych współczesnych architektów polskich”, o którym „pisma zagraniczne z najwyższemi pochwały się wyrażały”, a na jego grobie postawiono figurę sfinksa. Bardzo nietypowo, bardzo niezwykle, dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Bo u Teodora Mariana Talowskiego za życia też wszystko było niezwykłe...

Co ma piernik do wiatraka?

Przepis na nie podobno przywędrował do Polski dzięki Krzyżakom. Już bowiem w XI wieku w Europie – a dokładnie na terenach dzisiejszych Niemiec - zaczęto zajmować się piernikarstwem w zakonach. Ale tradycja ich wyrobu sięga starożytnej Grecji, Egiptu, a także Chin! Rzekomo ulubionym przysmakiem cesarza Nerona. Lecz kedy dokładnie piernik pojawił się w Toruniu - nie wiadomo...