- kto wypromował zwiedzanie latarń morskich
- gdzie można zwiedzać osadę latarników
- kiedy zbudowano pierwszą latarnię na polskim wybrzeżu
Sosny czarne, jak się uprą, mogą przetrwać nawet 500 lat. O tym, że są uparte, Maria Machura przekonuje się na co dzień, przemierzając 1200 metrów z domu do latarni morskiej. Wody gruntowe dawno wyschły, pada raczej rzadko, wieje często, a one trwają, choć – prawdę mówiąc – nawet nie powinno ich tu być. Z natury żyją w Europie Południowej, do Czołpina (wtedy był to Scholpin) sprowadzili je Niemcy w XIX wieku. Wzbogaciły bór złożony głównie z sosen zwyczajnych i kosodrzewiny, który chroni przed piaskiem i wiatrem latarnię morską i skrytą wśród drzew osadę latarników.

Maria Machura z działu edukacji SPN z okna mieszkania w dawnym budynku gospodarczym widzi dom, gdzie kiedyś kwaterowano latarników.
Latarnia w Czołpinie jest jedną z siedemnastu na polskim wybrzeżu. Piętnaście wciąż pełni funkcję urządzeń nawigacyjnych, większość jest sterowana zdalnie – odpowiadają za to Urzędy Morskie w Szczecinie i Gdyni. Latarnicy, jeśli jest taka potrzeba, przeważnie na dyżury dojeżdżają z domu. Osad zostało kilka: w Gąskach, Jarosławcu, Czołpinie, Rozewiu i Helu.


W Czołpinie jest muzeum, w Helu apartamenty dla wczasowiczów. – Ja wolę określenie „zespół mieszkaniowy”, choć akurat w Czołpinie, gdzie domy są zlokalizowane w sporej odległości od latarni, „osada” pasuje bardziej – mówi Apoloniusz Łysejko, wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego, jeden z zaciekłych badaczy historii latarń. Drugim jest prof. Antoni F. Komorowski i to jemu Łysejko przypisuje termin „osada”.
Niezależnie od terminologii założenia są podobne: dom latarnika, obora, stodoła, pomieszczenie gospodarcze. I choć to tam przez dziesięciolecia toczyło się życie, w fachowej literaturze pozostają w cieniu latarń. Nie zachowały się, jeśli nie liczyć dzienników z przebiegu służby i ksiąg inwentarzowych, spisane wspomnienia mieszkańców, a jeśli chodzi o ich architekturę, to najwięcej miejsca poświęcono tej z Czołpina.

Decyzję o wpisaniu osady do rejestru zabytków wojewódzki konserwator zabytków w Słupsku uzasadnił „charakterystyczną tylko dla tych terenów funkcją, a także formą architektoniczną”. W latach 90., jeszcze przed gruntownym remontem, detalicznie opisano osadę, a dziś tamte karty ewidencyjne udostępnia muzeum zorganizowane przez Słowiński Park Narodowy.
Projekt osady pochodzi z tego samego czasu, co latarni – lat 1870–1871. Latarnię zaprojektował Ernst Nathanael Kummer, specjalista w dziedzinie inżynierii wodnej w pruskiej administracji państwowej, który 20 lat później odpowiadał za projekt pierwszego portu w Helu. O autorze osady źródła milczą.
Według konserwatorskich opisów zbudowany z czerwonej licowanej cegły dom latarników „architekturą nawiązuje do estetyki budowli gotyckich”. Zachodnią ścianę zabezpieczono przed działaniem silnych wiatrów łupkiem mineralnym (o tym, jak działają zachodnie wiatry, najlepiej wiedzą sosny: trwale przechylone na wschód). To rozwiązanie zachowano podczas rewitalizacji.
W piwnicy, gdzie kiedyś był piec chlebowy, a dziś funkcjonuje grzewczy, sklepienie wciąż jest kolebkowe, strop ceramiczny, a posadzka ceglana. Nad pozostałymi kondygnacjami strop pozostał drewniany, belkowy z otynkowaną podsufitką, podłoga drewniana, z desek. Zmieniając przeznaczenie budynku, zachowano na podłodze miejsca po dawnych ścianach.
Po tralkowej drewnianej balustradzie mogli zjeżdżać bracia Ryszard i Marek Żuchowscy, którego ojciec pracował tu, zanim w 1964 roku przenieśli się całą rodziną do latarni w Jarosławcu (Ryszard był jej kierownikiem, Marek – latarnikiem, do dziś oprowadza wycieczki).
Oryginalne drzwi wewnętrzne – drewniane, jednoskrzydłowe, ramowo-płycinowe, na zawiasach czopowych – wiszą dziś na ścianie przy wejściu do muzeum, podobnie jak jedno ze skrzynkowych okien. Wyżej w korytarzu powieszono zdjęcia.

Dużo pracy, dużo dzieci, chęć przygody
To te zdjęcia, zestawione z nagranym „wywiadem” z latarnikiem pozwalają wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w osadzie w drugiej połowie XX wieku. Cudzysłów jest konieczny, bo to odegrana przez aktorów rozmowa napisana na podstawie wspomnień, m.in. Marka Żuchowskiego – tego, który oprowadza po latarni w Jarosławcu.
Na zdjęciach widać dużo pracy, dużo dzieci i – chyba – chęć przygody. Latarnicy przeważnie w służbowych mundurach. Nawet jeśli któryś ze szkrabem pozuje na plaży albo gestem gospodarza opiera dłoń na ulu, to koniecznie w uniformie. Kobiety – pochylone – zbierają coś w lesie, w obejściu karmią kury, wyprostowane trzymają na rękach dzieci. Czasem udaje się uchwycić je po prostu podczas pogawędki. Na jednym ze zdjęć on, ona, ktoś tyłem, małe dziecko siedzą na betonowej pokrywie, w dłoniach mają noże, przed sobą aluminiowe miski. Sądząc po zaciekawieniu kota, najpewniej oprawiają ryby.
Bo – to wiadomo ze wspomnień – osada była samowystarczalna. Hodowano świnie i krowy, łowiono ryby, chleb piekło się w piwnicznym piecu. Zbierali się wtedy wszyscy mieszkańcy, bo uruchamianie pieca dla jednej rodziny byłoby zbyt kosztowne.

Zwracają uwagę pojazdy – to one zwiastują przygody. Przeważnie są to rowery, rodzina przy samochodzie nie posiada się z dumy, a najpiękniejsze jest zdjęcie na motorze. Tata latarnik, przed nim siedzi syn, za nim – żona. On w mundurze, ona w obcisłej sukience za kolano i czółenkach na obcasie. Dziecko w jasnym wdzianku i ciemnych krótkich spodenkach, z butów wystają białe skarpetki. Możliwe, że jechali na jakąś uroczystość, przypuszczam jednak, że po prostu „do miasta”. Gdybym dziś, a nie kilkanaście lat temu pisała książkę o modzie w PRL, chyba zaczęłabym od tego obrazka. Jak mało co pokazuje zmianę ubraniowych obyczajów. Trudno sobie wyobrazić, żeby dziś ktoś w środku lasu ubrał się na motor z podobną elegancją.
Z opowieści zebranych wśród dawnych mieszkańców wyłania się obraz zgranej wspólnoty. Wspólne gotowanie, dzielenie się opieką nad dziećmi, a także przestrzenią. Podobno na poddaszu domu latarników dzieciaki urządzały rowerowe wyścigi. Podobno w stodole nocowali turyści.
Miliony w latarniach
Wszystko jest oczywiście możliwe, ale z turystami można mieć wątpliwości. Wspomnienia dotyczą czasów PRL, a wtedy wszystkie latarnie oprócz rozewskiej były ze względu na strategiczne położenie dla zwiedzających niedostępne. Możliwość, że turyści trafiliby do Czołpina przypadkiem, wydaje się o tyle niewielka, że to wieś położona wprawdzie malowniczo – między brzegiem Bałtyku a jeziorem Łebsko – ale z dala od oczywistych szlaków. Co więcej, w PRL ze względu na stacjonującą tu jednostkę wojskową wstęp w okolice latarni był po prostu zabroniony.
(…)
Cały artykuł w wydaniu drukowanym kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” (nr 3/2026). Na rynku od 1 lipca. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź numeru!