Delegacja ludności kaszubskiej podczas obchodów Święta Niepodległości w Warszawie, listopad 1937 r.
Delegacja ludności kaszubskiej podczas obchodów Święta Niepodległości w Warszawie, listopad 1937 r.
Fot. NAC
Wywiady

Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo

Kaszubskość to nie tylko tabakiera z rogów czy potrawy z ryb, ale przede wszystkim wspólna historia, której nie znamy. Jeśli nie zaczniemy jej poznawać i o niej głośno mówić, jako mniejszość nie mamy przed sobą przyszłości – mówi Stasia Budzisz, reporterka, Kaszubka, autorka książki „Welewetka. Jak znikają Kaszuby”.


Pani książka „Welewetka” to śledztwo tożsamościowe dokumentujące, jak odkrywała pani w sobie Kaszubkę. O dziwo, pomógł w tym wyjazd do Gruzji. Czemu?

Zacznę od tego, że nikt nigdy przede mną nie ukrywał, że jestem Kaszubką. Ale i ja sama nie budziłam się nigdy rano, myśląc: o Boże, jestem Kaszubką! Kwestie tożsamościowe niezbyt mnie interesowały. A wręcz postanowiłam się odciąć od kaszubskości, zostawić ją w skansenie, gdzie jej miejsce i być po prostu Polką.

Fot. Alfred Świerkosz / IKC / NAC
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
„Dziewczęta w kaszubskich strojach ludowych w drodze na tańce”. Fotografia inscenizowana na potrzeby przedwojennego Ilustrowanego Kuriera Codziennego. Wielka Wieś – Hallerowo, półwysep Helski, 1935-1936 r.

To nastoletnie postanowienie zostało wzmocnione studiami polonistycznymi na uniwersytecie w Gdańsku. A jednak pytanie o moją kaszubską tożsamość powróciło, gdy wyjechałam do Gruzji. Przez trzy lata mieszkałam tam i pracowałam jako reporterka, m.in. w regionie, który nazywa się Megrelia. Obserwując różne zwyczaje mieszkających tam ludzi, bywałam zdumiona ich wiarą w oczyszczające moce ognia i inne żywioły. Jednak kiedy zaczęłam z nimi rozmawiać i dowiedziałam się, że wynika to z ich rdzennej kultury, zaciekawiłam się. I pomyślałam: cholera, przecież ja też jestem z takiego regionu.

Wcześniej nie zauważała pani odrębności wiążącej się z kaszubskością?

Nie, wszyscy wkoło postępowali podobnie, mówili w podobny sposób, więc traktowałam to jako normę, nie coś odrębnego. A później, gdy wyjechałam z domu, nie rozmawiałam z nowymi znajomymi o tym, jak na przykład w naszym regionie chowa się zmarłych.

Ale musiała pani z nimi rozmawiać po polsku. A w pani domu rodzinnym mówiło się ponoć po kaszubsku albo polkaszem, czyli mieszaniną polskiego i kaszubskiego.

Język rzeczywiście był elementem zdradzającym pochodzenie, dlatego początkowo się go wstydziłam. Do tego dochodził wstyd klasowy, związany z moim wiejskim pochodzeniem. Język był z nim łączony, uchodził za wieśniacki. Dobrze to ilustruje pewna anegdota. Na jednym ze spotkań autorskich spotkałam kobietę, która opowiadała, że u niej w domu mówiło się po polsku i po kaszubsku, tyle że po kaszubsku wówczas, gdy chciano omówić sprawy związane z dojeniem krów czy pracami polowymi. No właśnie – to pokazuje, z czym się kojarzył ten język; jest nawet takie określenie „język obory”.

Fot. NAC
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Rodzina kaszubska przed chatą. Ostrowite Dolne, 1936 r.

To właśnie język jest głównym nośnikiem kaszubskości?

Myślę, że to za mało.

Poczucie odrębności tak naprawdę może budować tylko historia. Jednak Kaszubi tej swojej nie znają, ponieważ w polskiej szkole lekcje historii są prowadzone z perspektywy krakowsko-warszawskiej.

Jako uczennica wejherowskiego liceum wiedziałam, co zdarzyło się krok po kroku podczas powstania warszawskiego czy umiałam streścić dzieje Wawelu, ale nie wiedziałam nic o Kaszubach. Nie miałam pojęcia, co się zdarzyło na Pomorzu oprócz tego, że we wrześniu 1939 roku nastąpił atak na Westerplatte.

Przygotowując się do napisania książki, odrobiła pani tę lekcję. Zacznijmy więc może od początku. Kim są Kaszubi?

Jesteśmy słowiańskim, rdzennym ludem południowych rejonów Bałtyku. Nie wiadomo, skąd tam przyszliśmy, pierwsza wzmianka o nas, a dokładniej Kaszubach żyjących na Pomorzu Środkowym, pojawia się w bulli papieskiej z 1238 roku.
Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
„Cassuben in ihrer Sonntags-Tracht” (Kaszubi w odświętnych strojach) – ilustracja, ok. 1827 r.

Żyliśmy tam więc niemal od zawsze, a wkoło tylko zmieniały się hegemonie. Raz była tam Polska, raz Niemcy, ale nie w takim rozumieniu narodów, z jakim spotykamy się dziś. Poczucie odrębności Kaszubów narodziło się w połowie XIX wieku, tak jak w innych miejscach Europy.

Kaszubi mówili po kaszubsku, a Niemcy po niemiecku, religia dodatkowo komplikowała sprawę, bo wśród i jednych, i drugich można było znaleźć zarówno katolików, jak i protestantów.

Fot. NAC
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Kaszub z Helu w drzwiach swojego domu, 1932 r. (powyżej)
Fot. Alfred Świerkosz / Ilustrowany Kurier Codzienny / NAC
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Wnętrze izby kaszubskiej. Wielka Wieś – Hallerowo, półwysep Helski (pomiędzy między 1910 a 1939 r.)

Kiedy przyszło „rozdzielenie” na narody, okazało się, że katolicy to są oczywiście Polacy, a ewangelicy to Niemcy. W kościołach obu wyznań odbywała się walka o rząd dusz.

Co było tak naprawdę charakterystyczne dla Kaszub i Kaszubów?

Oczywiście na pierwszy rzut idą typowe skojarzenia jak tabakiery wyrabiany z rogów. Te rzeczy kiedyś wydawały mi się takie przaśne, przynależące do dawnej, tradycyjnej kultury, dlatego od nich uciekałam. Na pewno wymieniłabym maszoperie. Mój dziadek był wnukiem maszopa, synem maszopa i sam był maszopem.

Czym były maszoperie?

Wspólnotą rybaków. Rybacy byli wolnymi ludźmi, nigdy nie odrabiali pańszczyzny. Maszoperia była demokratyczną wspólnotą, która nie pozwalała nikomu umrzeć z głodu. Z reguły liczyła ekipę złożoną z pięciu łódek, która łączyła siły. Każdy z członków danej maszoperii wkładał w to wszystko tyle samo pracy i tyle samo narzędzi. Połowem dzielili się po równo. Kobiety nie łowiły ryb – sądzono, że gdy kobieta dotknie sieci albo wejdzie na łódź, to połów się nie uda. Jednak gdy któryś z rybaków zmarł, jego żona nadal dostawała swoją część połowu. Nie głodowała. Tradycja maszoperii została zniszczona w PRL-u.

Wróćmy do wcześniejszej historii. Przesuwanie granic w rejonie Kaszub rodziło wiele komplikacji. W 1920 roku, w wyniku ustaleń zapadłych w poprzednim roku podczas traktatu wersalskiego, wschodnia część ziemi kaszubskiej znalazła się w Polsce. Los pani babci pokazuje, do jakich absurdów wtedy dochodziło.

Znała tylko kaszubski i niemiecki, a została wtedy obywatelką Polski, jak wielu zresztą Kaszubów z terytorium wcielonego wtedy do Polski. Co więcej, babcia była nią tylko przez dwadzieścia lat, bo prędko przyszła II wojna światowa i Europie narzucono nowy porządek terytorialny.

Z bycia obywatelką Polski nie była jednak zbyt zadowolona, jak wielu innych Kaszubów w jej sytuacji.

W 1920 roku babcia miała tylko 13 lat, ale powtarzała, że „za Polski było gorzej niż za Niemca”. Na początku, gdy wschodnią część Pomorza przejmowało wojsko polskie, żołnierzy Hallera witano chlebem i solą, wszyscy się cieszyli, ale później Polska zachowywała się w stosunku do Kaszubów jak do ludności podbitej. Siebie nazywali „pionierami”, a lud rdzenny traktowali jak pomiotło bez znaczenia. Polska przyniosła rozczarowanie, biedę i antysemityzm.

Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Odezwa – dodatek do „Gazety Kartuskiej”, styczeń 1930 r.

Czemu antysemityzm?

Bo stoi za nim Kościół katolicki. Generalnie na Kaszubach było niewielu Żydów. Żyli głównie w miastach, zajmowali się handlem, biznesem. Uważali się za Niemców wyznania mojżeszowego, z żydowskością łączyła ich tylko religia. Razem z Polską na Kaszuby dotarła żydowska biedota z Kresów. To byli zupełnie inni Żydzi niż ci na Pomorzu. Dzieliła ich bariera językowa, a poza tym przybysze, powołując się na swoją żydowskość, domagali się pomocy od żydów z Pomorza, której ci z kolei odmawiali. Do wszystkiego dołączył się Kościół katolicki ze swoją narracją o porywaniu polskich dzieci na żydowską macę i szeregiem absurdalnych mitów. Księża głosili z ambon, że ludzie nie mogą kupować u Żyda itd. Kościół za wszelką cenę polonizował Kaszubów.

A ksiądz zawsze był na kaszubskiej wsi najważniejszy. Potworny klerykalizm panuje tam do dziś. Opiera się na przekonaniu, że jeśli będziemy katolikami, to będziemy prawdziwymi Polakami.

1. Fot. NAC
2. Fot. NAC
Marszałek Edward Rydz-Śmigły (w środku) wizytuje Pomorze. Wśród Kaszubów, na tle chaty krytej strzechą, 1937 r.
Wycieczka Kaszubów z wizytą u marszałka Józefa Piłsudskiego> Belweder, Warszawa, 21 kwietnia 1927 r.
Marszałek Edward Rydz-Śmigły (w środku) wizytuje Pomorze. Wśród Kaszubów, na tle chaty krytej strzechą, 1937 r. (slajd pierwszy) i wycieczka Kaszubów z wizytą u marszałka Józefa Piłsudskiego. Belweder, Warszawa, 21 kwietnia 1927 r. (slajd drugi)

A co się wydarzyło na Kaszubach w 1939 roku, gdy Niemcy wkroczyli do Polski?

Wszyscy, którzy mieszkali po niemieckiej stronie Kaszub, mieli obywatelstwo niemieckie, a zatem z urzędu zostali niemieckimi żołnierzami i dostali wezwania do Wermachtu czy Kriegsmarine (najczęściej). Jeśli zaś chodzi o polską część Kaszub, to bywało różnie: niektórzy poszli do polskiego wojska, część była w obronie terytorialnej…

Niemcom bardzo szybko poszło zajęcie tego kawałka i zaczęła się okupacja. Jako że Kaszubi świetnie znali niemiecki i byli wykształceni w niemieckich szkołach, to uznano, że łatwo będzie ich regermanizować. W 1941 roku powstał obowiązek wpisywania Kaszubów na Listę Narodowościową. Niektórzy podpisywali ją dobrowolnie, inni byli do tego zmuszani. Mój dziadek podpisał volkslistę.

Fot. J.K. Maciejewski / NAC
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Grupa Kaszubów w odświętnych strojach we wsi Wdzydze, lata 20./30. XX w.

W ten sposób i pani doczekała się dziadka w Wermachcie.

Dokładnie walczył on w Kriegsmarine. Wprawdzie historii dziadka nikt przede mną nie ukrywał, ale jako dziecko nie umiałam połączyć kropek. Wydawało mi się, że walczył w powstaniu warszawskim. A do prawdy doszłam w wieku 15 lat. Nie chwaliłam się tym, bo długo wydawało mi się to hańbą, a potem okazało się, że takich historii jest więcej, wystarczy pomyśleć o Śląsku. Pomyślałam, że będę o tym głośno mówić, żeby przypomnieć Polsce, że w tych czasach nie było za wiele wyborów, a kwestie terytorialne i tożsamościowe były niezwykle powikłane.

Pisząc książkę, odkryła pani więcej trudnych, rodzinnych historii.

Kiedy po wojnie na Kaszuby wkroczyła Armia Czerwona, jej żołnierze dokonali zbiorowego gwałtu na mojej babci. Czerwonoarmiści traktowali Kaszubów jak Niemców, a gwałt to jedna z form walki, przemocy wojennej i upokorzenia, którą stosowali wszem i wobec. Gwałcili i Niemki, i Kaszubki.

Jakie były dalsze losy historyczne Kaszub?

Zaczęła się weryfikacja lokalnej ludności i ci, którzy jej nie przeszli, byli odsyłani do Niemiec albo zostali na miejscu i musieli znosić szykany. Doprowadzano ich do skrajności, zabraniano im wykonywać pewne prace, studiować. Stali się ludźmi napiętnowanymi. Co więcej, ich dzieci mówiły tylko po kaszubsku, bo polski był podczas okupacji zakazany na tym terenie. Tymczasem po wojnie przyszli polscy nauczyciele i zaczęła się polonizacja. Kaszubów uważało się za kretynów, a dzieci mówiące po kaszubsku za opóźnione i bywało, że wysyłało je do szkół specjalnych.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Na Kaszuby znowu przyjechali „pionierzy polscy”, którzy zaczęli zasiedlać opustoszałe ziemie i zaczęto głosić wielką mitologię Polski piastowskiej. Ona jest oparta na chwiejnych fundamentach, bo Piastowie  mają z tymi terenami niewiele wspólnego.

W PRL-u kaszubskość została wpisana w polskość i stała się folklorem. Czymś nieco żenującym.

Ubrano ją w strój, zmieniono w skansen. To matryca ze Związku Radzieckiego, który tak postąpił ze wszystkimi narodami wchodzącymi w jego skład. Republiki mogły rozmawiać w swoich językach, ale rosyjski był podstawowym. Tańce i inne elementy kultury mogły sobie istnieć, o ile nie wyrażały tożsamości narodowej, a były nieszkodliwym folklorem. To samo zrobiła Polska ze swoją kultura regionów.

1. Fot. Alfred Świerkosz /NAC
2. Fot. Łukasz Głowala / Forum
Dziewczęta z zespołu regionalnego w strojach ludowych. Wielka Wieś - Hallerowo, półwysep Helski, przed 1939 r.
Kaszubki w pociągu pociagiem Transscasubia, jadą na jubileuszowy X Zjazd Kaszubow w Gdańsku, lipiec 2008 r.
Dziewczęta z zespołu regionalnego w strojach ludowych. Wielka Wieś – Hallerowo, półwysep Helski, przed 1939 r. (slajd pierwszy) i Kaszubki w pociągu Transscasubia, jadą na jubileuszowy X Zjazd Kaszubow w Gdańsku, lipiec 2008 r. (slajd drugi)

To wtedy wymyślono rzekomo odwieczny, narodowy strój Kaszubów.

Tak, został on przywieziony z Warszawy w latach 50. Etnografowie zmontowali tę tradycję i powiedzieli Kaszubom: od dziś macie wyglądać tak. Takich sfabrykowanych tradycji jest więcej. Choćby haft kaszubski – wymyślamy sobie, że z potrzeby piękna tworzyły go nasze babcie, a prawda jest taka, że to tradycja, która pojawiła się około 100 lat temu i była nastawiona na zysk.

1. Fot. A. Szklarski / NAC
2. Fot. NAC
Hafciarki kaszubskie z Kościerzyny
Uczestniczki kurs haftu kaszubskiego, listopad 1931 r.
Hafciarki kaszubskie z Kościerzyny (slajd pierwszy) i uczestniczki kurs haftu kaszubskiego, listopad 1931 r. (slajd drugi)

Istnieje jednak mnóstwo prawdziwych obyczajów, wierzeń kaszubskich, którym poświęca pani sporo miejsca w „Welewetce”.

Nawet zaczęłam swoją pracę nad książką od reportażu o kaszubskich babach ściągających uroki. Podobne są też na Podlasiu. Wiele z tradycji kaszubskich zanikło stłamszonych przez religię katolicką, która uznała je za grzech. Ale wpływają na to też po prostu zmiany życia codziennego. Na przykład w latach 90., kiedy byłam nastolatką i z kolegami wracaliśmy nocą z wiejskiej dyskoteki, nikt z nas nie powiedziałby „dobry wieczór” obcej osobie, która idzie z przeciwnej strony. Od dziecka wpajano nam, by nie odzywać się do nikogo po zmroku, jako że to mogą być dusze pokutujące. Dziś ulice są oświetlone i ten obyczaj trudno utrzymać.

Czym groziło spotkanie z duszą pokutującą?

Po takim spotkaniu trzeba było o północy iść pod krzyż i się o nią modlić. Nie znałam nikogo, kto miał takie spotkanie za sobą; być może dlatego, że – jak mówiono – ten, kto to przeżył, nie żył już potem długo. Przerażająca dla mnie była już sama idea pójścia pod ten krzyż. Dlatego przestrzegaliśmy ze znajomymi tej zasady milczenia wobec obcych po zmroku bardzo poważnie.

Jakie jeszcze obyczaje kaszubskie pamięta pani z dzieciństwa?

Dwukrotnie, w Wigilię i Sylwestra, po domach chodziły paneszki, czyli kolędnicy przebrani za kozła, bociana, śmierć z kosą, diabła… Ten obyczaj zanikł nie tylko z powodu zmian na świecie, ale i tego, że oni strasznie brudzili sadzą, czego ludzie mieli też trochę dość. Za czasów mojego dzieciństwa wszyscy jednak czekali na paneszki; nigdy nie było wiadomo, co się podczas ich wizyty zdarzy. Ten obyczaj próbuje się dziś na Kaszubach wskrzesić. Niestety, współczesne paneszki już niezbyt mówią po kaszubsku.

Wiele kaszubskich zwyczajów jest związanych ze śmiercią.

O tak, tam nie da się do końca umrzeć. Na przykład, gdy na Wigilię stawia się na stole dodatkowe nakrycie, to u nas ono stoi przez cały okres świąteczny i nie jest przeznaczone dla zbłąkanego wędrowca, ale dla dusz zmarłych. To wywodzi się z tradycji słowiańskiej. Talerz dla zbłąkanego wędrowcy wprowadził potem Kościół katolicki, kradnąc tradycję. Kolejna rzecz – gdy Kaszubi oporządzali zmarłych, do trumien wkładali woskowe krzyżyki albo wrzucali garść maku, by zapobiec wskrzeszeniu takiego zmarłego w formie wampirycznej.

Najbardziej magicznym czasem na Kaszubach jest Wszystkich Świętych. Wolałabym nie przyjechać do domu na Boże Narodzenie niż na Wszystkich Świętych.

Czemu?

To jest ważniejsze święto. Wiąże się z nim wiele obyczajów. Z dzieciństwa pamiętam psa na łańcuchu, którego nocą spuszczano, by pilnował dobytku. Ale w oktawę Wszystkich Świętych nie można było tego robić właśnie dlatego, żeby nie przeszkadzał duszom zmarłych. Na Kaszubach wierzy się bowiem, że w tym okresie odwiedzają one swoje domy. Wtedy też nie można było chodzić poboczem, a środkiem drogi. Pobocze było przeznaczone dla dusz odwiedzających swoich bliskich w domach. Nie można było też wieszać prania na podwórku, by dusze się w nie nie zaplątały i nie można było wylewać wody chlustem, tylko powoli, przy ziemi – po to, by ich nie oblać. Zwyczaju związanego z praniem i wodą przestrzega się w moim domu do dzisiaj. Moja mama do dziś zapala też świecę gromniczą, która podobno działa jak piorunochron. Sama przestrzegam zaś obyczaju mówiącego o tym, że między Bożym Narodzeniem a Trzech Króli nie można prać ręczników i pościeli, bo przyjdzie choroba.

A ze świętymi obrazami pani tańczyła?

Nie, ale kiedyś sądziłam, że to jest tradycja ogólnopolska, potem ze zdumieniem odkryłam, że kaszubska. Strasznie się zawstydziłam. Ten obyczaj – taniec ze świętym obrazem – wszedł na listę Unesco. Zwyczaj pochodzi z rdzennych kultur, a kościół w nim nie przeszkadza, traktuje jako lokalny koloryt. Ten taniec był niegdyś jedną z form modlitwy, prawdopodobnie o deszcz albo modlitwy dziękczynnej. Z początkiem ruchu pątniczego zaczęto chodzić z tymi obrazami i z nimi tańcować.

Fot. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Kaszubski „Taniec feretronów”. Odpust Trójcy Świętej na Kalwarii Wejherowskiej. Wejherowo, 31 maja 2015 r.

Zostawmy śmierć i religię i przejdźmy do przyjemniejszych kwestii, czyli jedzenia. W „Welewetce” przeczytałam, że w pani domu jadło się po kaszubsku.

A i owszem, jedliśmy dużo ryb i grzybów. Moja mama była zapaloną grzybiarką. Ryby jedliśmy morskie, bardzo rzadko słodkowodne. Mięso rzadko, najczęściej w niedzielę. Nie wynikało to z biedy, a z przyzwyczajeń kulinarnych. Placki ziemniaczane z cukrem. Do dziś nie wyobrażam sobie jedzenia ich z czym innym. Jesienią podawano zupę owocową. Z kolei tzw. frykasy – danie, które podawano na wszystkich komuniach, ślubach, itp. – to był ryż polany potrawką z kurczaka gotowanego na bazie soku z cytryny i z dodatkiem rodzynek. Z ciekawostek: dorsz był uważany za rybę dla biedoty. Moja babcia do końca swych dni nie znosiła jedzenia dorsza.

A pani?

Jadam go. Dziś jest uważany za rybę ekskluzywną.

Obecnie istnieje chyba trend powrotu do lokalnych tożsamości, regionalizmów, mówienia o tym z dumą. Tożsamość kaszubska nie staje się dla młodych „cool”?

Sądzę, że nie. Który nastolatek na poważnie zainteresuje się nauką języka kaszubskiego czy wiedzą o tym, czym Kaszubi sto lat temu ubijali masło? Nie zapełni to całego podręcznika. Na Kaszubach niemal wszystkie imprezy zaczynają się mszą świętą, wszyscy są „wielkimi katolikami”. To nie jest atrakcyjne. Kaszuby są rozmodlone, stare i dziaderskie. Według mnie brakuje ambasadorów Kaszub, którzy mieliby niekonserwatywne podejście do życia.

Konserwatyzm blokuje rozwój.

Nie widzę dziś nowej, młodej twarzy kaszubskiej. Ale może coś się wykluje.

Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo
Mapa Pomorza Kaszubskiego (przed 1939 r.)

Co zrobić, by w tym pomóc i by kaszubskość przetrwała czy odrodziła się w atrakcyjnej formie?

Wyciągnąć z szafy wszystkie trupy, stanąć w prawdzie i powiedzieć: mieliśmy dziadków w Wermachcie, ale również takich, którzy ginęli w Piaśnicy czy Stutthofie i byli w partyzantce. Wyciągnąć wszystkie opowieści o gwałtach, szkołach specjalnych, polonizacji i zacząć opowiadać swoje historie.

Jeśli tego nie zrobimy, to jako mniejszość nie mamy przyszłości. Język jest naszym ważnym spoiwem, ale najważniejsza jest wspólna pamięć i historia.

Stasia Budzisz, „Welewetka. Jak znikają Kaszuby”, Wydawnictwo Poznańskie

Kaszuby trzeba opowiedzieć na nowo

Stasia Budzisz

Reporterka, filmoznawczyni, tłumaczka języka rosyjskiego oraz absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Brała udział w socjologiczno-reporterskim projekcie Światła Małego Miasta i jest współzałożycielką grupy reporterskiej Głośniej. Współpracuje m.in. z „Przekrojem”, „Nową Europą Wschodnią”. W 2019 roku ukazała się jej debiutancka książka reporterska „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”.


Patrycja Pustkowiak

Pisarka. Wydała dwie powieści: „Nocne zwierzęta”, która znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2014 oraz była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia 2014 oraz „Maszkaron”. Opowiadania oraz teksty o literaturze publikowała m.in. w „Dzienniku”, „Dwutygodniku”, „Gazecie Wyborczej”, „Wprost”, „Bluszczu”, „Piśmie”, „Lampie” i „Polityce”. Dla portalu spotkaniazzabytkami.pl opisała historię krakowskich kawiarni: https://kawiarnie.szz.pl/

Popularne

Miasto godne nieustannych odkryć

Ile jest Sopotów w nadbałtyckim Sopocie? To akurat proste – Górny i Dolny. Ale poza tym jest też Sopot rybaków, turystów, Niemców, Polaków, hazardzistów, kapitalistów, katolików, ewangelików, Żydów, artystów, tenisistów, imprezowiczów, bandytów, bogaczy, niebieskich ptaków...

Montparnasse, genialne wzgórze

„Są tak cholernie »intelektualni« i parszywi, że nie mogę ich już znieść” – oburzała się Frida Kahlo. Z kolei Jan Lorentowicz określił kolonię rodaków przybyłych do stolicy Francji na początku XX wieku rodzajem „Pacanowa”, w którym wszyscy znają się na wylot. Jaki obraz polskich artystek i artystów współtworzących Szkołę Paryską wyłania się z książki „Blask Montparnasse’u” Sylwii Zientek?