Wawelski kurdyban w Sali Pod Ptakami
Fot. Adam Golec / Zamek Królewski na Wawelu
Artykuły

Skórzane złoto Wawelu

Z tego artykułu dowiesz się:
  • skąd pochodzą wawelskie kurdybany
  • jak trafiły do zamku
  • kto „uzupełnił” brakujące fragmenty

Zwiedzający reprezentacyjne komnaty Zamku Królewskiego na Wawelu zwykle zwracają uwagę na arrasy Zygmunta Augusta, renesansowe stropy czy monumentalne portale. Tymczasem jedne z najcenniejszych zabytków znajdują się często tuż obok nich, na ścianach. Pokrywają całe wnętrza złotymi refleksami, wijącymi się ornamentami i egzotycznymi motywami roślinnymi. Są jednocześnie dziełami sztuki, zabytkami rzemiosła i świadkami niezwykłej historii. To kurdybany wawelskie.

Dziś coraz częściej stają się one przedmiotem badań historyków sztuki, konserwatorów i technologów. Okazuje się bowiem, że ich historia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż dotąd sądzono.

Nie prowadzi wyłącznie do saskiego Moritzburga, skąd trafiły do Krakowa, ale być może także do Wenecji – jednego z najważniejszych ośrodków ekskluzywnego rzemiosła XVIII-wiecznej Europy.

Luksus zaklęty w skórze

Samo słowo „kurdyban” wywodzi się od nazwy hiszpańskiej Kordoby. To właśnie tam, pod wpływem kultury arabskiej, rozwijała się od średniowiecza sztuka wytwarzania dekoracyjnych skór. Wraz z ekspansją handlu i przepływem rzemieślników technologia rozprzestrzeniła się po całej Europie.

Kurdybany były czymś więcej niż zwykłym materiałem dekoracyjnym.

W epoce nowożytnej należały do najdroższych elementów wyposażenia wnętrz. Konkurowały z arrasami, jedwabiami i kosztownymi tapiseriami. Zamawiali je monarchowie, arystokracja i najbogatsi mieszczanie.

Proces ich produkcji wymagał ogromnych umiejętności. Skórę cielęcą lub kozią odpowiednio wyprawiano, następnie tłoczono przy pomocy drewnianych matryc. Powierzchnię pokrywano cienką warstwą srebra, które następnie lakierowano na złoty kolor. Dopiero później nanoszono kolor. W efekcie uzyskiwano powierzchnię przypominającą złotą tkaninę lub metalową dekorację. W świetle świec kurdybany musiały robić oszałamiające wrażenie. Ornamenty zdawały się poruszać, a złocenia odbijały światło niczym biżuteria.

Mocny w zakupach

Jednym z najciekawszych aspektów kurdybanów jest ich ikonografia. Choć kojarzymy je z europejskimi pałacami, wiele ich motywów ma korzenie orientalne.

Arabeski, rytmicznie powtarzane układy roślinne czy geometryczne siatki wywodzą się z tradycji sztuki islamu. Wraz z upływem czasu repertuar wzbogacano o motywy europejskie.

W XVII i XVIII wieku dominowały monumentalne ornamenty roślinne. Pojawiają się granaty symbolizujące obfitość i życie, palmety, akanty, stylizowane tulipany, goździki, lilie oraz fantazyjne kwiaty inspirowane wzorami tkanin jedwabnych.

To właśnie związki z tekstyliami są kluczowe dla zrozumienia kurdybanów. Nie były one przypadkową dekoracją ścienną. Ich twórcy świadomie naśladowali kosztowne materiały sprowadzane z Bliskiego Wschodu i Dalekiego Wschodu.

Fot. Adam Golec / Zamek Królewski na Wawelu
Skórzane złoto Wawelu
Wawelski kurdyban w Sali Pod Ptakami

Kurdybany znajdujące się dziś na Wawelu powstały prawdopodobnie około lat 1720
1730 .

Wykonano je dla pałacu Moritzburg pod Dreznem, jednej z rezydencji Augusta II Mocnego. Władca ten był nie tylko elektorem Saksonii, lecz również królem Polski. Słynął z zamiłowania do przepychu, monumentalnych inwestycji i kolekcjonerstwa.

Moritzburg przebudowywano właśnie w tym okresie. Powstawały tam nowe apartamenty reprezentacyjne, których wystrój miał podkreślać prestiż dynastii Wettynów. Badacze przez długi czas zakładali, że wawelskie kurdybany wykonano w Saksonii specjalnie dla tej rezydencji. Dziś jednak ten pogląd przestaje być oczywisty.

Przełom przyniosły badania prowadzone w ostatnich latach przez Ojcumiłę Sieradzką-Malec. Analizując włoskie kolekcje złoconych skór, badaczka natrafiła na szereg przesłanek sugerujących, że historia wawelskich kurdybanów może prowadzić do Wenecji.

Szczególnie istotny okazał się dokument z 1722 roku dotyczący zamówień Augusta II Mocnego. Wynika z niego, że monarcha interesował się zakupem właśnie weneckich złoconych skór.

Choć dokument nie wskazuje konkretnego warsztatu, potwierdza istnienie kontaktów pomiędzy dworem saskim a producentami działającymi w Wenecji.

Jeszcze bardziej intrygujące okazały się badania porównawcze ornamentów. W jednym z weneckich pałaców – Ca’ Vendramin Calergi – odkryto dekoracje o niemal identycznym układzie wzorów jak w przypadku jednego z wawelskich kurdybanów. Nie chodzi tu o ogólne podobieństwo stylistyczne, ale o zbieżność konkretnych motywów ornamentalnych. Nie jest to jeszcze dowód rozstrzygający, bo wzorniki krążyły po Europie, jednak coraz wyraźniej pokazuje, że

historia wawelskich kurdybanów może być znacznie bardziej międzynarodowa, niż sądzono.

W swoich badaniach autorka szczególną uwagę poświęca Palazzo Chigi w Ariccii pod Rzymem. To miejsce wyjątkowe. Zachowało się tam około 1100 metrów kwadratowych złoconych skór rozmieszczonych w jedenastu wnętrzach. Co więcej, przetrwały archiwalia dokumentujące proces ich powstawania. Dzięki temu badacze poznali nazwiska wykonawców, miejsca produkcji, koszty realizacji i technologię wykonania. Dla historyków sztuki jest to sytuacja niemal idealna, rzadko bowiem dysponujemy tak szczegółową dokumentacją dotyczącą dekoracji wnętrz.

Analiza kolekcji z Ariccii pozwoliła lepiej zrozumieć funkcjonowanie włoskich warsztatów oraz sposoby rozpowszechniania wzorów w Europie XVII i XVIII wieku.

Paradoksalnie najważniejszym wynikiem badań nie jest odkrycie, lecz brak odkrycia. Mimo przeanalizowania licznych kolekcji w Rzymie, Ariccii, Umbrii, Florencji, Bolonii i Toskanii nie udało się odnaleźć dowodów na weneckie pochodzenie kurdybanów. Oznacza to, że

zagadka pozostaje nierozwiązana.

Nie wiemy dziś z całkowitą pewnością, czy kurdybany wykonano w Saksonii, Wenecji czy może w jeszcze innym ośrodku. Wiemy natomiast, że należą do szerokiego europejskiego kręgu produkcji luksusowych złoconych skór i że ich twórcy korzystali z repertuaru wzorów rozpowszechnionego w wielu krajach.

Kręta droga do Krakowa

Ich droga do Krakowa wiąże się z jednym z najważniejszych przedsięwzięć konserwatorskich w historii Polski.

Po opuszczeniu Wawelu przez wojska austriackie w 1905 roku rozpoczęła się wielka akcja restauracji zamku.
Fot. Natan (1844-1903) or Amalia (1846-1928) Krieger/Wikimedia.org
Skórzane złoto Wawelu
Wawel. Zdjęcie wykonane przez dzieci Ignacego Kriegera: Natana lub Amelię, 1890 r.

Najpierw pod kierunkiem Zygmunta Hendla, a później Adolfa Szyszko-Bohusza starano się przywrócić królewskiej rezydencji dawną rangę.

Szybko pojawił się jednak problem. Wiele historycznych wnętrz utraciło oryginalne wyposażenie jeszcze w czasach zaborów, a przekazy historyczny były dość skąpe. Czy więc odtwarzać hipotetyczny stan historyczny? Czy może stworzyć nowe aranżacje inspirowane dawną świetnością?

Szyszko-Bohusz opowiedział się za drugim rozwiązaniem. W jego przekonaniu uczciwiej było wykorzystać autentyczne zabytki z epoki niż tworzyć fantazyjne rekonstrukcje. Gdy w 1930 roku pojawiła się możliwość zakupu ogromnego zespołu kurdybanów z Moritzburga, architekt uznał to za niepowtarzalną okazję.

To nie był „Szwarc”-charakter

W historii wawelskich kurdybanów jest bohater, o którym pamiętać trzeba. Bez niego złocone skóry z Moritzburga prawdopodobnie nigdy nie trafiłyby do Krakowa. Był nim

Szymon Szwarc – polskiego pochodzenia antykwariusz działający w Wiedniu, pośrednik na europejskim rynku dzieł sztuki i zabytkowego wyposażenia wnętrz.

Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Skórzane złoto Wawelu
Dziedziniec Zamku Królewskiego na Wawelu, Kraków, 1927-1936 r.

To właśnie on zgłosił się w 1930 roku do Adolfa Szyszko-Bohusza z propozycją zakupu ogromnego zespołu oryginalnych kurdybanów pochodzących z pałacu Moritzburg pod Dreznem.

Dla architekta kierującego odbudową Wawelu była to oferta niemal sensacyjna. Na rynku antykwarycznym niezwykle rzadko pojawiały się tak rozległe, zachowane w dużej części zespoły historycznych obić ściennych. Tym bardziej że nie chodziło o pojedyncze fragmenty, lecz dekoracje wykonane dla ponad pięćdziesięciu wnętrz jednej z najważniejszych rezydencji Augusta II Mocnego.

Szyszko-Bohusz od lat poszukiwał sposobu na wyposażenie komnat, które po okresie austriackich koszar utraciły niemal całe historyczne wyposażenie. Poszukiwał autentycznych zabytków wysokiej klasy artystycznej, które mogłyby nadać wnętrzom reprezentacyjny charakter. Miały być osadzone w epoce, powiązane z historią, ale niekoniecznie stricte związane z dziejami tej konkretnej rezydencji. Kurdybany z Moritzburga idealnie odpowiadały tej wizji. Wykonane w pierwszej połowie XVIII wieku na delikatnych skórach koźlęcych i cielęcych, pokryte srebrem i wielobarwną polichromią, reprezentowały najwyższy poziom europejskiego rzemiosła dekoracyjnego.

Można powiedzieć, że Szwarc okazał się pośrednikiem nie tylko w handlu dziełami sztuki, ale również między historiami dwóch królewskich rezydencji. Dzięki jego inicjatywie element wyposażenia związany z dworem Wettynów (a więc polskich królów) rozpoczął drugie życie na Wawelu. Co więcej, nie był to jedyny przypadek jego współpracy z krakowskim zamkiem. W latach trzydziestych przekazywał Wawelowi także inne cenne obiekty, między innymi zabytki związane z kulturą osmańską, które zasiliły późniejsze kolekcje sztuki orientalnej. Mowa o namiotach tureckich, zdobyczach Jana III Sobieckiego spod Wiednia, które stały się podstawą najcenniejszej takiej kolekcji w Europie.

Dziś nazwisko Szymona Szwarca pozostaje w cieniu architektów, konserwatorów i historyków sztuki. Tymczasem bez jego rozeznania na europejskim rynku antykwarycznym i bez jego propozycji złożonej Szyszko-Bohuszowi nie byłoby jednej z najbardziej rozpoznawalnych dekoracji wnętrz wawelskich.

Trudno o lepszy przykład tego, jak wielką rolę w budowaniu muzealnych kolekcji odgrywali nie tylko uczeni i konserwatorzy, ale również kolekcjonerzy, handlarze sztuką i antykwariusze, którzy potrafili rozpoznać znaczenie zabytku, zanim dostrzegli je inni.

Zakupione dekoracje rozmieszczono w reprezentacyjnych wnętrzach. Braki uzupełniano później, m.in. dzięki pracy krakowskiego artysty Wacława Szymborskiego. W rezultacie powstał nie tylko największy zachowany zespół kurdybanów w Polsce, ale jeden z najcenniejszych zespołów tego typu w Europie. Co ważne, wraz z tymi z Moritzburga (część z nich pozostała w miejscu swojej pierwotnej ekspozycji) stanowią bardzo ciekawy przykład tego typu dekoracji. I co ważne, one pozostają dziś wciąż nie elementem muzealnym, ale znajdują się na ścianie – zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Gdy trzeba dosztukować

W tym miejscu warto przywołać wspomnianą już, a mało znaną postać, którą pozostaje Wacław Szymborski, artysta i konserwator, bez którego wawelskie kurdybany nie przetrwałyby w obecnej formie.

Fot. fot. A. Engelman / Zamek Królewski na Wawelu
Skórzane złoto Wawelu
Wacław Szymborski (z lewej) w wawelskiej pracowni

Kiedy kurdybany z Moritzburga dotarły do Krakowa, szybko okazało się, że ich wykorzystanie nie będzie łatwe.

Dekoracje projektowano dla innych wnętrz, o innych proporcjach i układach ścian. Wiele fragmentów było uszkodzonych, część zaginęła jeszcze przed przybyciem na Wawel, inne wymagały skomplikowanych zabiegów konserwatorskich.

To właśnie wtedy do pracy przystąpił Szymborski. Jego zadanie wykraczało daleko poza zwykłą konserwację.

Musiał nie tylko zabezpieczać zabytkowe skóry, ale również odtwarzać brakujące partie dekoracji, rekonstruować ornamenty i tworzyć uzupełnienia, które harmonijnie połączą się z osiemnastowiecznym oryginałem.

Była to praca wymagająca niezwykłej znajomości dawnych technologii. Trzeba było zrozumieć sposób tłoczenia wzorów, technikę srebrzenia, zasady nakładania laserunków oraz charakter historycznej polichromii. W praktyce oznaczało to odtworzenie niemal zapomnianego rzemiosła.

Dzięki jego wysiłkowi możliwe stało się rozmieszczenie kurdybanów w kolejnych komnatach zamku.

Wiele partii, które dziś uznajemy za integralny element wystroju, powstało właśnie jako efekt jego konserwatorskiej i artystycznej pracy.

To jeden z tych paradoksów konserwacji, które fascynują historyków sztuki. Wawelskie kurdybany są jednocześnie osiemnastowiecznym zabytkiem, dwudziestowiecznym dziełem konserwatorskim i świadectwem poglądów na ochronę dziedzictwa obowiązujących w okresie międzywojennym. I dlatego obok Augusta Mocnego, Szyszko-Bohusza czy Szymona Szwarca swoje miejsce w tej historii powinien mieć również Wacław Szymborski – człowiek, który sprawił, że skórzane złoto Moritzburga mogło rozbłysnąć na nowo w królewskich komnatach Wawelu.

Fot. fot. A. Engelman / Zamek Królewski na Wawelu
Skórzane złoto Wawelu
Montaż kurdybanów w sieni przed salą Pod Orłem, Wawel, Kraków 1938 r.

Dziś kurdybany wawelskie opowiadają kilka historii jednocześnie. Są świadectwem fascynacji Europy Orientem. Opowiadają o przepływie wzorów pomiędzy Hiszpanią, Włochami, Saksonią i Rzecząpospolitą. Dokumentują kulturę luksusu epoki baroku i rokoka. Są także przykładem najwyższej klasy rzemiosła artystycznego. Jednocześnie pozostają pomnikiem odbudowy Wawelu po okresie zaborów. Przypominają o sporach konserwatorskich początku XX wieku i o wielkim wysiłku pokolenia, które chciało przywrócić królewskiej rezydencji dawną rangę. A przede wszystkim pozostają fascynującą zagadką. Jednym z tych zabytków, które mimo stuleci badań wciąż nie zdradziły wszystkich swoich tajemnic. Być może właśnie dlatego patrzy się na nie dziś inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Już nie tylko jako na dekorację królewskich komnat, ale jako na klucz do opowieści o Europie, pamięci i nieustannym poszukiwaniu źródeł własnej historii.

Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!


Malwina Górecka

Specjalistka ds. promocji szkolnictwa w kraju i zagranicą, dokumentalistka, scenarzystka i producentka filmowa. W swojej karierze zajmowała się promocją osiągnięć polskiej nauki i nowoczesnych technologii, ale także zagadnieniami feminizmu, równości czy historią kinematografii.

Popularne