Fot. Grażyna Rutowska / NAC
Tradycyjnie 5 czerwca obchodzone jest święto Krakowa – na pamiątkę nadania Krakowowi przywileju lokacyjnego przez księcia Bolesława Wstydliwego w 1257 r. To właśnie wtedy Kraków oficjalnie otrzymał status miasta na prawie magdeburskim. Co więcej, od kilku lat tego dnia obchodzone jest również Święto Flagi Miasta Krakowa – w barwach biało-niebieskich. Z tej okazji publikujemy felieton o muzeum krakowskich marzeń.
Nagle zaczęli odchodzić ci, którzy tworzyli powojenny Kraków. W grudniu 1990 roku zmarł Tadeusz Kantor, a wraz z nim fenomen teatru Cricot 2. W 1993 roku – Daniel Mróz, ilustrator i rysownik, który przyczynił się do rozkwitu „Przekroju”, czasopisma, które sprawiło, że w latach 60. spacyfikowani w 1956 roku Węgrzy niemal masowo zaczęli uczyć się języka polskiego, by – via PRL – zyskać dostęp do kultury, mody i snobizmów Zachodu. W 1994 roku zakończył życie Krzysztof Niemczyk (bratanek znanego aktora Leona), tragiczny wolny elektron, który całe swoje niespokojne, ale absolutnie niezależne życie uczynił bezkompromisowym performansem – a włączył w niego nawet służby bezpieczeństwa.
W kwietniu 1997 roku tłumy krakowian odprowadzały na cmentarz Rakowicki Piotra Skrzyneckiego, twórcę „Piwnicy pod Baranami”. Dwa lata później odszedł Jerzy Turowicz, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego. W 2004 roku – Jerzy Skarżyński, autor scenografii do legendarnych filmów Wojciecha Jerzego Hasa: „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”, „Lalki” i „Sanatorium pod klepsydrą”.
Nekrologi można by mnożyć. Konrad Swinarski, reżyser legendarnych „Dziadów”, zrealizowanych w Teatrze Starym w 1973 roku. Jerzy Nowosielski – malarz i teolog Kościoła wschodniego, Jonasz Stern – żydowski artysta, który podczas wojny trzykrotnie przeżył własną śmierć. Ewa Demarczyk – „czarny anioł” poezji śpiewanej (białym była Anna Szałapak, która „przy okazji” jako etnograf opiekowała się tradycją krakowskich szopek). Janusz Muniak – jeden z pionierów europejskiego free jazzu. Stanisław Lem, pisarz, który nagrody Nobla nie dostał chyba tylko dlatego, że w jego czasach powieści science fiction traktowano nie do końca poważnie. Ostatnimi byli Krzysztof i Elżbieta Pendereccy (zmarli w 2020 i 2025 roku). A może „Makino”, czyli Aleksander Kobyliński herbu Łodzia, zmarły wiosną 2025 roku bard szanowany przez kibiców Cracovii, stałych bywalców zwierzynieckich barów, jak i proboszczów parafii na Salwatorze.
Wszystko w pięć minut

Co łączy tych i wielu nie wspomnianych wyżej twórców? Przestrzeń, w której tworzyli. Niewielka, niemal mikroskopijna, ograniczona do kilku dzielnic, a może tylko kilkunastu ulic Krakowa,
nie zniszczonego wojną i w gruncie rzeczy peryferyjnego w oczach partyjnych notabli PRL (choć jeden z nich, Józef Cyrankiewicz, więzień Auschwitz, bon vivant i kibic Cracovii, miał do Małopolski spory sentyment).
Jak mała, a jednocześnie jak bardzo nasycona była przestrzeń powojennego Krakowa podupadających kamienic, okopconych kominów i wyrastających stopniowo blokowisk, świadczy przypadek ulicy św. Gertrudy (w okresie PRL-u: Ludwika Waryńskiego) – usytuowanej wzdłuż Plant, tuż pod Wawelem, w miejscu, gdzie przed wiekami znajdował się cmentarz, na którym od czasów Wierzynka grzebano skazanych na miecz katowski. Swego czasu jakieś sto metrów dzieliło mieszkanie jeszcze nieznanego reżysera Wojciecha Jerzego Hasa od działającego od 1912 roku kina Wanda, po którym dziś pozostała tylko fasada z secesyjną mozaiką. Ambitny Krzysztof Penderecki sąsiadował z arcymistrzem krawiectwa męskiego Józefem Turbasą. Jeszcze nie wiedział, że kiedyś będzie zamawiał u niego fraki szyte na miarę.


Przejście z redakcji „Tygodnika Powszechnego” do „Piwnicy pod Baranami” zajmowało ze trzy minuty, do Krzysztoforów, gdzie przesiadywał Tadeusz Kantor i artyści związani z Grupą Krakowską – kolejne trzy. Aby posłuchać młodego Krzysztofa Komedę, Tomasza Stańkę czy Janusza Muniaka, trzeba już było przejść przez cały Rynek
– aż na ulicę św. Marka 15, gdzie mieścił się ozdobiony freskami Wiesława Dymnego klub Helikon (zamknięty, niestety, w 1969 roku, później muzyka jazzowa przeniosła się m.in. na Rynek, Floriańską czy… do kościoła dominikanów).
Gdyby istniał jakiś przyrząd mierzący twórcze natężenie, wyniki w czasach PRL-u w okolicach krakowskiego Rynku przekroczyłyby skalę.

Ten niezwykły wybuch energii miał kilka tragicznych w swej istocie przyczyn. Po pierwsze: stolica została zrównana z ziemią, a gros jej mieszkańców wybite. Potrzeba było wielu lat, by przywrócić ją do życia, a przecież w 1945 roku nie było pewne, czy w ogóle do tego dojdzie.
Po drugie: nie wszyscy wygnańcy z ziem utraconych na wschodzie chcieli jechać w nieznane, gdzieś, gdzie ścierały się ze sobą prawo i pięść, na Dolny Śląsk czy Pomorze Zachodnie. Niektórzy – przy pomocy krewnych bądź przyjaciół – starali się osiąść pod Wawelem, gdzie mimo wojennej tragedii zachowała się nie tylko materialna, ale do pewnego stopnia (trzeba pamiętać o utracie 60 tys. krakowian-Żydów) także społeczna tkanka miejska. Ściągali tu repatrianci z Kresów, wygnańcy ze zburzonej Warszawy, nieliczni ocalali z Zagłady…
Stern urodził się w Kałuszu koło Stanisławowa. Matka Niemczyka, znana muzyczka, znalazła się w Krakowie po upadku powstania. Lem był lwowiakiem. Przybysze wzbogacili krakowskie środowisko intelektualnie i mentalnie, dodając miastu zamkniętemu w dolinie Wisły odrobinę tego świata, który sami utracili.
Mówiąc brutalnie: Kraków rozkwitł m.in. dlatego, że nie było już ani polskiego Wilna, ani polskiego Lwowa. Ani dawnej Warszawy.
Gdy zamknięto „Fafika”

Transformacja – z wszechogarniającą komercjalizacją – nie służyła pamięci. Odchodzili twórcy, na Starym Mieście coraz rzadziej spotkać można było zwykłych mieszkańców, zamykano „kultowe” miejsca, takie jak założona w 1948 roku kawiarnia „Fafik”, której wystrój nawiązywał do grafiki „Przekroju”…

Zresztą, ten proces zanikania trwa do dzisiaj. Po pierwotnej siedzibie „Tygodnika Powszechnego” przy ulicy Wiślnej 12 pozostała tylko tablica poświęcona założycielowi pisma. Najnowszym aktem tego zanikania staje się teraz przekształcenie modernistycznego budynku Miastoprojektu – gdzie od 1955 roku polscy architekci opracowywali plany urbanistyczne dla kolejnych faz rozwoju Nowej Huty, dla nowych krakowskich osiedli, ale także dla Bagdadu lub Tunisu – w kolejny luksusowy hotel (tym razem firmowanego twarzą Roberta de Niro).



Komuś, kto przyjeżdża do Krakowa dzisiaj, ba, rodzonemu krakowianinowi, który nie przekroczył 50. roku życia trudno więc udowodnić, że
w szarej rzeczywistości realnego socjalizmu prowincjonalny, mieszczańsko-kościelno-uczelniany, bardzo hierarchiczny Kraków, dziś przytłoczony masową turystyką, miał w sobie coś z Montmartru końca XIX wieku.

Jak opowiedzieć, że skromny, skryty w kącie brąz przedstawiający siedzącego przy kawiarnianym stoliku przed barem Vis-à-vis brodatego mężczyznę w kapeluszu odnosi się do fenomenu artystycznego, który – w czasach cenzury, wszechobecności bezpieki i niedoboru towarów – zagarniał całe miasto. Tak, to Piotr Skrzynecki, kreator i spiritus movens „Piwnicy pod Baranami”. Tej samej, w której wybitny lekarz Andrzej Szczeklik tańczył walca z japońską cesarzówną, której udało się zbiec z oficjalnych uroczystości, zaś stonowany katolicki intelektualista Jerzy Turowicz dyskutował z „Szajbusem”, czyli Zbigniewem Fijałkowskim – absolwentem prestiżowego Liceum Nowodworskiego, żużlowcem „Wisły”, cinkciarzem i wielbicielem striptizu, którego pokonać miała choroba psychiczna.
Jak opowiedzieć o angażujących artystów i taksówkarzy, sklepikarzy i naukowców balach i maskaradach, organizowanych przez „Piwnicę” w dniu świętego Piotra – a to na straganach Nowego Kleparza, popularnego targu między zakładem karnym na ul. Montelupich a domem opieki Helzlów, a to na zamku w Pieskowej Skale, a to na Dworcu Głównym?

Potrzebne jest nowe muzeum
No właśnie. Tak, wiem, pomysł wydaje się oderwany od rzeczywistości, ale…
Krakowowi potrzebne jest nowe muzeum. Bo przecież ostatnimi laty miasto obrodziło nowymi muzeami.
Kameralne Muzeum Podgórza w industrialnej dzielnicy, ale naprzeciw późnobarokowej figury Boga Ojca, z którą identyfikują się starzy podgórzanie. Pawilon Józefa Czapskiego. Muzeum Fotografii. Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka. W imponujący sposób rozbudowują się Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu. Na gruntowny remont czeka Gmach Główny Muzeum Narodowego i budynek dawnego hotelu Cracovia, w którym prezentowana ma być modernistyczna architektura i dizajn. Do tego wszystkiego Kraków zmaga się z gigantycznymi kłopotami budżetowymi, państwo polskie ma mnóstwo innych wydatków, a mieszkańcy bardziej martwią się kondycją służby zdrowia czy edukacji niż marzą o nowej instytucji kultury. Pozostaje też pytanie, kto mógłby się tym zająć. Czy muzeum takie powinno być osobną instytucją, czy też częścią np. Muzeum Krakowa? Czy w ogóle znajdą się na to jakiekolwiek fundusze?

A jednak dyskusję o muzeum przedstawiającym fenomen powojennego Krakowa należy rozpocząć już teraz – dopóki żyją ludzie, którzy przynajmniej dotknęli tamtej rzeczywistości. Można pisać pierwsze scenariusze, tworzyć dokumentację, prowadzić kwerendy, spisywać relacje. Wiele mogliby opowiedzieć np. Andrzej i Teresa Starmachowie, którzy nie tylko kolekcjonowali dzieła krakowskich artystów, ale przyjaźnili się z nimi (pod koniec życia opiekowali się Jerzym Nowosielskim). Albo Krystyna Czerni, autorka ważnych książek o rodzącej się w Krakowie sztuce. Albo prof. Jacek Purchla, „chory na Kraków” historyk sztuki i ekonomista.
Nadal aktywni są dziennikarze współpracujący z Jerzym Turowiczem. Na szczęście powstało też kilka ważnych książek o krakowskich fenomenach PRL-u, by wymienić tylko monografię Piwnicy pióra jej współzałożycielki Joanny Olczak-Ronikierowej czy „Przekrój Eilego. Biografia całego tego zamieszania z uwzględnieniem psa Fafika” autorstwa Tomasza Potkaja.
Zostawić politykę w cieniu
A oto pierwsze intuicje scenariuszowe.
Oczywiście, muszą się pojawić informacje o tuż powojennych migracjach, o wyrwie, którą spowodowała Zagłada, o przekształceniach wynikających z budowania Nowej Huty, o nowych osiedlach, o kolejnych kryzysach ekonomicznych.

Oczywiście, ważna jest wiedza o represjach i rodzącym się sprzeciwie wobec komunistycznej władzy – począwszy od tzw. procesu kurii krakowskiej (styczeń 1953 roku), jednego z najsilniejszych ciosów wymierzonych w Kościół katolicki, aż po tragiczną śmierć Stanisława Pyjasa 7 maja 1977 roku, po której przez miasto przeszedł wielotysięczny Czarny Marsz. W tym kontekście kulturowy fenomen „miasta na niepogodę” staje się jeszcze bardziej czytelny.
A opowiadać o nim trzeba w sposób kameralny, bo taki przecież był, skupiony w średniowiecznych piwnicach, mieszkaniach ze skrzypiącymi parkietami i zadymionych kawiarniach (do „Rio” i „Warszawianek” zaglądała Akademia Sztuk Pięknych, „Antyczna” miała charakter lekko gejowski, w „Kopciuszku” stał słynny stolik profesorski…). Może warto by spróbować odtworzyć charakter najbardziej kulturotwórczych przestrzeni tamtego Krakowa – zaczynając np. od miejscowych redakcji, bo pamiętać należy, że krakowska prasa, nawet ta regionalna, mocno oddziaływała na cały kraj.

Choćby „Dziennik Polski”, od zakupu którego większość krakowian zaczynała dzień. Oczywiście, pozostawał pod wpływem władz, próbował jednak lawirować, zaś do partii należała mniej niż połowa dziennikarzy. To właśnie w Pałacu Prasy (siedzibie przedwojennego „IKC-a”) debiutowali Wisława Szymborska i Jerzy Harasymowicz, pierwsze teksty pisał Sławomir Mrożek. Tu pojawiały się recenzje filmowe Władysława Cybulskiego i recenzje z wystaw Jolanty Anteckiej.

„Ocierając się o siebie”
Po drugiej stronie Starego Miasta, na tyłach Pałacu Biskupiego, na ul. Wiślnej 12 rezydowały „Tygodnik Powszechny” i (przez jakiś czas) „Znak”. W kilku ciemnych pomieszczeniach dawnego mieszkania na pierwszym piętrze, z których część podzielono ciasnymi boksami, zdradzającymi pedantyczny bądź bałaganiarski charakter poszczególnych redaktorów, powstawały teksty wprowadzające do Polski reformy Soboru Watykańskiego II, rozpoczynające powojenny dialog polsko-niemiecki i polsko-żydowski. Na „sapieżyńskich fotelach” siadywali Antoni Gołubiew i Hanna Malewska, Stefan Kisielewski i Józefa Hennelowa, ks. Andrzej Bardecki i Stanisław Stomma. W gabinecie Szefa stała stara szkolna tablica, na której kredą planowano kolejne numery…
Niewielka była też redakcja „Przekroju” wymyślonego przez Mariana Eilego, nota bene kolejnego lwowiaka osiadłego nad Wisłą. Jeden z najważniejszych autorów pisma Ludwik Jerzy Kern wspominał:
„Całe dnie spędzaliśmy, ocierając się o siebie, wspólnie dyskutując, myśląc i wymyślając nowe rzeczy, a wszystko na luzie, wesoło, łącznie z kolegiami redakcyjnymi u naczelnego”.

Tak rodziły się kolejne pomysły, jak – lekko i inteligentnie – przemycić do Polski kulturę Zachodu. „Przekrój” oferował teksty o muzyce jazzowej, motoryzacji, o Picassie i Pollocku. Tu Konstanty Ildefons Gałczyński przedstawiał kolejne odcinki „Teatrzyku Zielona Gęś”, Barbara Hoff – ikona mody – uczyła Polki, jak mimo niedoboru towarów dobrze się ubrać. Wojciech Plewiński publikował fotograficzne portrety kobiet, w których z czułością i delikatnością odkrywał to, co najpiękniejsze. Jadwiga Ipohorska pod pseudonimem Jan Kamyczek udzielała porad z zakresu savoir-vivre’u i serwowała czytelnikom krótkie zagadki kryminalne. Regularnie powracały „Myśli ludzi wielkich, średnich oraz psa Fafika”, przy czym ten ostatni to ukochany czworonożny przyjaciel redaktora naczelnego.
Piwnice i pytania
Wyobraźmy sobie, ile radości potencjalnemu aranżerowi muzealnej wystawy dałaby historia „Przekroju”, pisma, w którym warstwa graficzna znaczyła tyle samo, co słowo. Podobnie rzeczy się mają w przypadku „Piwnicy pod Baranami”: surrealistyczne, bajecznie kolorowe, tryskające absurdalnym humorem scenografie i kostiumy dawnych przedstawień dają pole do popisu.
A skoro o piwnicach mowa – jak przedstawić atmosferę Galerii Krzysztofory z czasów, gdy przy barze stał tam drewniany stół z karteczką informującą, że jest on zarezerwowany dla Grupy Krakowskiej, zaś Tadeusz Kantor, jeśli tylko był w Krakowie, wpadał codziennie w samo południe? Jak pokazać, że „Umarła klasa” przygotowana została z myślą o tych właśnie gotyckich podziemiach?

Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że choć z jednej strony trudno byłoby w takim muzeum pominąć fundamentalny dla Krakowa fenomen teatru Kantora i Grupy Krakowskiej (do której w 1961 roku dołączyła realizująca malarstwo materii Grupa Nowohucka), to z drugiej – działa przecież Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka, od 2014 roku w spektakularnej nowej siedzibie. Może to właśnie Ośrodek mógłby współtworzyć nową instytucję?
A skoro o piwnicach mowa – jak przedstawić atmosferę Galerii Krzysztofory z czasów, gdy przy barze stał tam drewniany stół z karteczką informującą, że jest on zarezerwowany dla Grupy Krakowskiej, zaś Tadeusz Kantor, jeśli tylko był w Krakowie, wpadał codziennie w samo południe? Jak pokazać, że „Umarła klasa” przygotowana została z myślą o tych właśnie gotyckich podziemiach?
Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że choć z jednej strony trudno byłoby w takim muzeum pominąć fundamentalny dla Krakowa fenomen teatru Kantora i Grupy Krakowskiej (do której w 1961 roku dołączyła realizująca malarstwo materii Grupa Nowohucka), to z drugiej – działa przecież Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka, od 2014 roku w spektakularnej nowej siedzibie. Może to właśnie Ośrodek mógłby współtworzyć nową instytucję?
Pojawiają się kolejne kwestie. Co z krakowskimi „wolnymi elektronami” tamtych czasów, takimi jak Krzysztof Niemczyk, który nie kryjąc się ze swoim homoseksualizmem, przypinał do ubrania papierowe skrzydła, a twarz zdobił wyrafinowanym, prowokującym makijażem. Pewnego dnia z grupą hipisów rozwinął motek wełny na drodze od kopca Kościuszki do brzegu Rudawy, by resztkę wrzucić do wody – ku czci Wandy, co nie chciała Niemca. Innym razem przywiązał się z nimi do mającego właśnie ruszyć autobusu, tworząc „Grupę Laokoona”.
Co z fenomenem Teatru Starego – domu Jerzego Treli, Anny Polony, Edwarda Linde-Lubaszenki, Wiktora Sadeckiego, Anny Dymnej, Jana Nowickiego? W którym Konrad Swinarski wystawił legendarne „Dziady”, zamieniając je w obrzęd, ceremonię, rytuał, zaś Andrzej Wajda w interpretację „Biesów” wplótł wizję szalonego galopu czwórki koni, wzięty wprost z obrazu Józefa Chełmońskiego z pobliskich Sukiennic. Co z Jerzym Jarockim, który w stanie wojennym wystawił na Wawelu „Mord w katedrze”, moralitet T.S. Eliota z Jerzym Bińczyckim w roli arcybiskupa Thomasa Becketa?

A skoro mowa o teatrach: opowiedzieć też trzeba o złotych latach Teatru Stu, budującego swoją kontrkulturową tożsamość takimi spektaklami jak „Spadanie”, „Sennik polski” czy „Exodus”, a później gromadząc tłumy na musicalu „Szalona lokomotywa” z Markiem Grechutą i Marylą Rodowicz. Albo Teatrem Ludowym z niezwykłymi wizjami plastycznyi Józefa Szajny.
Psychiatrzy i duszpasterze
Wątki zaczynają się mnożyć. Jak przejść przez skomplikowany labirynt, jakim była muzyczna rzeczywistość Krakowa, w której koegzystowali kompozytorzy tak różni jak awangardowo-monumentalny Krzysztof Penderecki, łagodnie sonoryczny Marek Stachowski, poetycki Jan Kanty Pawluśkiewicz, współpracujący z największymi polskimi reżyserami Stanisław Radwan czy hipisi z psychodelicznego zespołu „Zdrój Jana” albo lirycznego „Osjana”? Jak objąć działalność oficjalnych instytucji, choćby tylko Akademii Sztuk Pięknych, gdzie w przepięknym budynku dawnego Muzeum Techniczno-Przemysłowego Andrzej Pawłowski od 1964 roku tworzył Wydział Form Przemysłowych – pierwszą w Polsce nowoczesną szkołę dizajnu?
Pamiętać przy tym należy, że wszystkie te zjawiska mogły zaistnieć tylko w odpowiednim otoczeniu społecznym.
A składało się na nie środowisko akademickie – również pełne nietuzinkowych osobowości: od wielkich lekarzy, Antoniego Kępińskiego, Juliana Aleksandrowicza, Marii Orwid, Andrzeja Szczeklika, poprzez rzesze prawników, aż do polonistów z legendarnym prof. Janem Błońskim, twórcą krakowskiej szkoły krytyki.

Duże znaczenie miał także Kościół katolicki, kierowany przez Karola Wojtyłę, w którego kręgu pozostawało wielu ludzi kultury, choćby Karol Tarnowski, filozof i pianista, czy Jacek Woźniakowski, historyk sztuki i literatury, pisarz, który w III RP zostanie prezydentem Krakowa. Zresztą, wszędzie kościoły stawały się w owym czasie azylem dla ludzi sztuki, oferując swoje przestrzenie artystom niekoniecznie religijnym (ostatnio zobaczyć można było film dokumentalny poświęcony dominikańskiemu duszpasterstwu „Beczka”, gromadzącemu w PRL-u niepokorną młodzież).
Nazwisk, miejsc, artefaktów, zapisów jest bez liku. Ale nie tylko to stanowi wyzwanie dla kuratorów przyszłego muzeum.
Najtrudniej będzie chyba połączyć nowoczesne muzealnictwo – operujące nowymi technologiami – z kameralnością, nostalgią, swoistą prowincjonalnością, na której bazowała wielkość peerelowskiego Krakowa.

Jednak o idei muzeum krakowskich fenomenów doby PRL-u warto rozmawiać. Wszak Kantor pisał: „Buntujmy się przeciwko muzeom, ale zastanówmy się, gdzie nasze dzieła mają się zaleźć. Chcemy tego czy też nie, ale ostatecznie one tam trafią”.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!




