- co kryje dom Magdaleny Abakanowicz
- dlaczego sensację wywołały związki w życiu prywatnym
- z kim zawarła układ „tradycja tkacka kontra awangarda”
Domy artystów często zamieniają się po latach w pomniki, tracąc to, co
najcenniejsze: obecność właściciela. Pracownia Magdaleny Abakanowicz pozostaje rodzajem intymnego archiwum codzienności.
W takich miejscach wszyscy spodziewają się twórczego chaosu. Tu go nie ma, bo Pani Profesor – jak ją nazywają współpracownicy – miała skłonność do porządkowania i katalogowania.
– Archiwum było takie, że o którejkolwiek trzeba było wysłać choćby
faksem do Stanów Zjednoczonych jakieś zdjęcie, to wszyscy zawsze wiedzieli, gdzie ono jest – mówi Tomasz Piątkowski, który przez wiele lat
był asystentem artystki, a dziś jest prezesem Fundacji Magdaleny
Abakanowicz-Kosmowskiej i Jana Kosmowskiego.



Dziwnie opis domu zaczynać od archiwum, ale to jest to, co naprawdę
zwraca uwagę. Szufladki biblioteczne z fiszkami oznakowane bardzo
dokładnie. Na jednej napis „Rzeźby wysłane do Gayle Maxon-Edgerton Santa Fe, wrzesień, 2005”, na innej enigmatyczne „Gwasze dla Japończyka”, dalej „Hess Collection” albo „Król Artur” (do niego jeszcze wrócimy). A do tego całe półki z pudełkami i teczkami rozmaitych archiwaliów. Albo kasetami wideo o sztuce artystki.
Nad całością archiwum czuwał jej mąż, Jan Kosmowski. – To on prowadził specjalne zeszyty, w których kolorowymi cienkopisami zapisywał wszystko – dodaje Tomasz Piątkowski.
Wchodząc do pracowni Magdaleny Abakanowicz, ma się dziwne poczucie naruszenia czyjejś prywatności.

Może to dlatego, że sama dość wyraźnie wyznaczała linię oddzielającą jej sztukę od życia prywatnego? Jakby za chwilę artystka miała wrócić, poprawić coś w szkicu. To pejzaż po intensywnej obecności. Miejsce, w którym sztuka nie została „ustawiona”, ale nadal trwa w swoim naturalnym środowisku, czasem niedokończeniu…
To wygląda jak druga skóra
– Nie spotkałam się nigdy z Magdaleną Abakanowicz – mówi otwarcie Marta Kowalewska, dziś jedna z najlepszych w Polsce specjalistek od tkaniny artystycznej i przewodnicząca rady fundacji. – Ale mam taki obraz, który znam m.in. z opowieści Tomka. Wyłania się z nich osoba niezwykle wrażliwa, uważna, opiekuńcza. Ludzie, którzy dziś tworzą fundację, najbliżsi jej współpracownicy, mówią, że tęsknią za sytuacją, w której cokolwiek by się stało, Abakanowicz będzie osobą, która da poczucie bezpieczeństwa i stabilizację. To zaskoczenie tej opowieści. Bo
wokół Abakanowicz przez lata narósł osobliwy pancerz legendy. Artystki chłodnej, wyniosłej i zdystansowanej do rzeczywistości. Trochę niedostępnej jak własne monumentalne figury.

Dominik Kuryłek, kurator wystawy „Abakanowicz” w Muzeum Narodowym w Krakowie w 2010 roku, pracował z artystką w dość specyficznej sytuacji. Było to kilka lat przed jej śmiercią, demencja dawała o sobie znać, więc i kontakt był dość ograniczony.
– Jedną rzecz zapamiętałem bardzo dobrze. Przyjechała zobaczyć ostateczny efekt. I gdy chodziła między tymi wszystkimi dziełami na wystawie zaaranżowanej przez Roberta Rumasa, powiedziała: „Podoba mi się. To wygląda jak skóra”. I zabrzmiało to jak zaakceptowanie pracy naszego zespołu – mówi Dominik Kuryłek.
Nie była wylewna, nie wdawała się w dyskusje, nie streszczała swojej sztuki, choć przecież na tej wystawie można było przejść od chronologicznie rozpoczynającego ekspozycję „Abakanu okrągłego” z 1967 roku, przez cykle „Plecy” (1976), „Embriologię” (1978–1980), „Runę” (z cyklu „Gry wojenne” – 1993), „Ugłowione” (1998) dochodziliśmy do „Przyjaciół” (2009) i „Ptaki” znajdujące się przed gmachem (z 2008 roku). Była to ostatnia w gruncie rzeczy w Polsce taka – powiedzmy – retrospektywa artystki.

Wcześniej bywało inaczej.
O podejściu Magdaleny Abakanowicz krążyły w środowisku kuratorów i galerzystów legendy. Że była zdecydowaną i pewną siebie artystką, która do ostatniej chwili lubiła czuwać nad swoimi wystawami. Ona była przekonana, że wie najlepiej, jak powinny być eksponowane jej dzieła.
– Wszystko prawda. I dodajmy od razu: nigdy by nie osiągnęła swojej pozycji, gdyby taka nie była. A wymagania dotyczyły najdrobniejszego szczegółu. Jak ustawiała światła do „Hurmy”, którą żeśmy wystawiali w naszej galerii, to przez trzy dni pracownicy nie zeszli z drabin. Aż osiągnęła efekt, który chciała. Aczkolwiek pozostaje tylko jej tajemnicą, czy chodziło o to, żeby zbudować odpowiednie napięcie i atmosferę. Czy rzeczywiście chciała osiągnąć ten efekt? Bo według mnie było tak samo, jak było na początku – mówi Andrzej Starmach, znany krakowski marszand i właściciel Starmach Gallery.
I przypomina anegdotę z lat 90., gdy Abakanowicz od lat była już artystką w stajni słynnej galerii Marlborough, czyli pierwszej ligi w dziedzinie handlu sztuką. Wtedy odwiedziła go przedstawicielka tego prestiżowego adresu i – widząc rzeźbę polskiej artystki – zapytała:
„Jak wam się pracuje z Abakanowicz?”.
– „Różnie bywa” – odpowiedziałem. Na co usłyszałem:
„My mamy taką zasadę, że każdy nowy pracownik dostaje pod opiekę Magdalenę Abakanowicz. Jak wytrzyma pół roku, to znaczy, że nadaje się do tej pracy”
– opowiada Starmach. Takich historii przez lata w środowisku krążyło wiele.
– Wiem, jaki jest jej obraz – mówi Kowalewska. – Myślę, że taka postawa miała ją chronić przed ludźmi, którzy chcieli zbyt mocno wkroczyć w jej prywatność.
Na piętrze wisiał nawet napis: „Jak najmniej świata zewnętrznego”.
Nie było rzeczy niemożliwych. Czyli spawarka


Tomasz Piątkowski, który przez lata pracował przy realizacjach rzeźb, przypomina historię, gdy wyjechała do Niemiec. On utyskiwał, że spawarka by się do pracy przydała – w Polsce wówczas była nie do kupienia. Taka „z prawdziwego zdarzenia”. No ale jak ją sprowadzić? Przecież ciężka, ze 20 kilo. – Przyjeżdżam rano do pracy i mam spawarkę. Przywiozła ją jako swój bagaż. Dla niej nie było rzeczy niemożliwych – zaznacza Piątkowski.
To widać też na przykładzie… nauki języków. Znała – jak to panienka ze szlacheckiego domu – francuski i niemiecki. Angielskiego nauczyła się późno, już po pięćdziesiątce. – Pamiętam, jak chodziła ze słuchawkami i powtarzała. Przez jakiś czas to był charakterystyczny widok w domu. Anglicy mówili do niej po angielsku, ona odpowiadała im swoim angielskim. Ale nie przejmowała się i mówiła – przypomina sobie Stefania Zgudka (zwana Stefą), która zaczęła współpracę z Abakanowicz jeszcze w latach 60. (…)
Cały artykuł ukazał się w papierowym wydaniu kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” (nr 3/2026).
Na rynku dostępny od 1 lipca. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!