Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
„Z jednej strony Mnichów jest błogosławionym przybytkiem miękkich puchowych betów i arcy wytwornego piwa, tak z drugiej strony jest prawdziwą stolicą sztuki, i pod tym względem nie ma równego mu miasta w Europie” – pisał Ludomir Benedyktowicz, mając na myśli Monachium, tak bowiem w środowisku polskim to miasto zdrobniale i trochę żartobliwie określano.
„Bo proszę sobie wystawić, że to miasto o połowę blisko mniejsze od naszej Warszawy, liczy przeszło dwa tysiące artystów, pomiędzy którymi mieszczą się najpierwsze znakomitości Europejskie!”
– dodawał. Sam w latach 1868–1872 kształcił się w stolicy Bawarii. I jest jednym z reprezentantów monachijskiej kolonii artystycznej, zwanego „Monachijczykami”. Im to nową wystawę poświęciło Muzeum Narodowe w Lublinie.

Muzeum Narodowe w Lublinie, Zamek Lubelski, 22 listopada 2025 – 8 marca 2026 r.
Słowa Ludomira Benedyktowicza, przytoczone na tej ekspozycji, dobrze oddają fenomen tego miasta. Jest ona zresztą kolejną ważną wystawą po zorganizowanym w 2023 roku „Wróblewskim i po… Sztuka realizmu bezpośredniego” oraz zeszłorocznej „Co babie do pędzla?!. Artystki polskie 1850–1950” – przygotowaną przez tutejsze Muzeum Narodowe. Ta ostania była także dużym frekwencyjnym sukcesem: obejrzało ją blisko 40 tys. osób. Aktywność w ostatnich latach tego muzeum sprawiła, że Lublin stał się znaczącym miejscem na mapie wystawienniczej Polski.

Miało oczywiście konkurencje w samych Niemczech, by tylko wymienić bardzo ceniony w tym samym czasie Düsseldorf, ale przede wszystkim w postaci Wiednia oraz Paryża.
Jednak to stolica Bawarii przyciągała zwłaszcza osoby z naszej części Europy. Była to polska kolonia artystyczna – szacuje się, że przewinęło się przez Monachium blisko czterystu artystów i artystek pochodzących z ziem dawnej Rzeczypospolitej.
To jedno z najważniejszych zjawisk w polskiej historii sztuki. Nie tylko ze wzglądu na liczbę, ale przede wszystkim na znaczenie artystek i artystów, którzy zdobyli tu edukację. Co więcej, Monachium jest ważne nie tylko dla polskiej sztuki. Wystarczy wymienić najważniejszych malarzy węgierskich ostatnich dekad XIX i początku XX wieku: Mihála Munkácsy’ego, Pála Szinyeia Mersa czy Józsefa Rippl-Rónai. Albo czeskich artystów: Karela Vítězslava Maška i Alfonsa Muchę. Ale też chociażby Williama Merritta Chase’a, jednego z najciekawszych przedstawicieli amerykańskiego impresjonizmu, czy malarki Dunkę Berthę Wegmann i Norweżkę Harriet Backer, które uczyły się w prywatnych pracowniach.
Bardzo ciekawe byłoby zresztą pokazanie Monachijczyków w kontekście twórczości artystów z innych krajów, którzy studiowali w tym samym czasie w Monachium.
Zobaczenie tego, w jaki sposób wyniesioną stamtąd wiedzę, a także doświadczenie konfrontowali z lokalnymi tradycjami artystycznymi, gustami, ale też rynkiem sztuki.

Zresztą lata 70. tego stulecia były też najlepszym okresem w dziejach monachijskiej Akademii. Stanisław Witkiewicz pisał o tych czasach, co prawda z nutą ironii, że była
„najrozumniej zorganizowanym zakładem wychowawczym dla artystów. Mogła ona wyrządzić minimum szkody, jaką zawsze każdy system kształcenia artystów im wyrządza, ponieważ, ściśle biorąc, nie było w niej żadnego systemu.”
„Była ona rozbita na szereg szkół, prowadzonych samodzielnie przez różnych mniej lub więcej zdolnych lub nudnych i niedołężnych profesorów. Tym sposobem zostawała uczniowi pewna swoboda pójścia za swoimi upodobaniami, pewna możność wcześniejszego określenia się lub uświadomienia się indywidualności”.
Wtedy przebywali w mieście artyści uznawani obecnie za czołowych przedstawicieli Monachijczyków. Jednak już w ostatnich dwóch dekadach XIX stulecia sama Akademia Sztuk Pięknych ulega coraz większemu skostnieniu. Staje się coraz bardziej konserwatywna, nie potrafi odnaleźć się wobec nowych zjawisk w sztuce, z impresjonizmem na czele. Coraz bardziej różnicuje się samo środowisko.
2. Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
m.in. Lovisa Corintha, Maxa Liebermanna i Franza von Stucka. Doprowadziło to do ożywienia życia artystycznego w mieście. W wystawach Secesji bierze udział m.in. Olga Boznańska. Do Monachium nadal przybywają osoby z Polski, m.in. w 1911 roku Zofia Stryjeńska podając się za mężczyznę rozpoczęła studia na Akademii. Jednak już od dawna to Paryż dla polskich artystek i artystów jest podstawowym punktem odniesienia.


Matejki brak
Lubelska wystawa, bardzo obszerna – obejmie ponad 250 dzieł autorstwa 67 artystów i artystek – skupia się na „klasycznym” okresie istnienia polskiej szkoły monachijskiej i jej reprezentantach. Pokazuje jednak również tych, którzy trafiły tam wcześniej, a także w ostatnich dekadach XIX i pierwszych XX wieku. Stąd na wystawie prace Juliusza Kossaka, Olgi Boznańskiej, Włodzimierza Tetmajera czy wspomnianej Zofii Stryjeńskiej. To powoduje, że ekspozycja pokazuje mniej oczywisty obraz tego fenomenu w historii polskiej sztuki. Szkoda tylko, że nie przypomniano o obecności artysty, który niewątpliwie miał największy wpływ nie tylko na polską sztukę, ale też tożsamość, czyli
o Janie Matejce. On to trafił w 1858 roku do tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych.
Zetknął się tu z twórczością Carla von Piloty’ego, jednego z najwybitniejszych malarzy historycznych tego czasu. Spotkanie to miało zasadniczy wpływ na późniejsze wybory artystyczne Matejki.
Pięć lat później przyjeżdża do Monachium Józef Brandt. Szybko zdobywa uznanie. Wystawia swe prace w całej Europie i staje się też nieformalnym przywódcą polskiego środowiska artystycznego w tym mieście. Wtedy też formuje się grupa określania mianem Monachijczyków.
Łączy ich wspólnota pokoleniowa. Józef Brandt urodził się 1841 roku. Przywoływany na wstępie Ludomir Benedyktowicz w 1844 roku. Adam Chmielowski, przyszły święty brat Albert, urodził się w 1845 roku, a rok później jego przyjaciel Maksymilian Gierymski. Józef Chełmoński i Alfred Wierusz-Kowalski przychodzą na świat w 1849 roku. Do Monachium trafia wreszcie brat Maksymiliana Gierymskiego, Aleksander – rocznik 1850. To on będzie też łącznikiem z młodszym pokoleniem artystów i artystek, znacznie bardziej otwartych na artystyczne eksperymenty.
2. Fot. NAC
Łączy ich jednak nie tylko wspólnota urodzenia. Równie istotne było dla nich formacyjne doświadczenie, jakim było powstanie styczniowe. Część z nich, jak Adam Chmielowski, Maksymilian Gierymski czy Ludomir Benedyktowicz brała w nim udział. I to Monachijczycy kreują potem obraz tego powstania, który do dzisiaj funkcjonuje w polskiej wyobraźni.
Jednak ich odziaływanie było znacznie szersze.
Twórcy lubelskiej ekspozycji podkreślają, że to Monachijczycy stworzyli „wizję Rzeczypospolitej – nieistniejącej politycznie, ale żywej w pamięci i kulturze”.
Tak ich znaczenie postrzegali im współcześni. Henryk Sienkiewicz w liście do Józefa Brandta pisał: „otwarcie wyznaję, że waszemu mistrzostwu i waszemu niezrównanemu poczuciu rycerskiego i stepowego życia dawnych Polaków, zawdzięczam niejedno natchnienie, niejeden pomysł i wprost niejedną scenę̨ w mojej Trylogii. Pomiędzy tysiącami ludzi sławiących Wasze dzieła, ja należę̨ do tych, którzy je najlepiej rozumieją̨ i najgłębiej odczuwają̨”. Zresztą malarze z monachijskim rodowodem nie tyko wpłynęli na naszego wyobrażenie I Rzeczypospolitej. Do dzisiaj chociażby polską wieś widzimy przede wszystkim oczami Józefa Chełmońskiego.
Z sukcesem finansowym i własnymi pracowniami
To odziaływanie było możliwe, bo udało im się zmienić polskie malarstwo, umiejętnie wchodząc w dialog z twórczością ważnych artystów tego czasu. I dzięki temu opowiedzieć o polskim doświadczeniu za pomocą uniwersalnego języka, kodu artystycznego zrozumiałego także dla innych nacji. Nowoczesnego, a nie archaicznego.
Łączy ich również coś innego: osiągnęli wielki sukces artystyczny, a także finansowy, wykraczający poza krajowe ramy.
Józef Brandt, Maksymilian Gierymski czy Józef Chełmoński jako pierwsi polscy artyści – obok Jana Matejki i Henryka Siemiradzkiego – sprawnie wpisali się w międzynarodową sieć instytucji sztuki: wystaw, salonów, rozwijających się wówczas galerii prywatnych. A ich prace trafiały do ważnych muzeów. „W atelier Władysława Czachórskiego zastałem tylko jedną małą główkę na sztalugach, reszta w świat poszła” – relacjonował Kazimierz Przerwa Tetmajer swą wizytę w Monachium. Na zakup obrazów tego artysty trzeba było zapisywać się z dużym wyprzedzeniem.
Monachijskie pracownie artystów to zresztą odrębny, fascynujący temat. Im też twórcy wystawy poświęcili szczególną uwagę. Niektóre z nich – co przedstawili sami artyści – były miejscem pracy. Przestrzenią intymną, przede wszystkim dla ich użytku. Część z nich była jednak miejscem publicznym – niektóre stały się nawet stałym punktem odwiedzin przyjeżdzających do Monachium. Narzędzie do autokreacji samych twórców i prezentacji ich dzieł. Józef Ignacy Kraszewski w 1875 opisywał najsłynniejszą z polskich pracowni: Józefa Brandta. „Jest ona obszerną i z wielkim smakiem i fantazją, malowniczo bardzo rozpieszczoną. Dwa salony do pracy, przybrane w zabytki dawne, sprzęty, rzeźby, pamiątki, zbroje, połączone z sobą, stanowią atelier właściwe”. I dodawał: „Z tych wchodzi się do gabinetu w kształcie namiotu, przybranego w sam oręż, siodła, przybory do koni, zbroje itp. Są tu wysokiej ceny i niezmiernej dziś rzadkości siedzenia całe, z prawdziwym amatorstwem ustawione, tworzące maleńkie muzeum”.

Na wystawie w Muzeum Narodowym pokuszono się o rekonstrukcję fragmentów trzech innych, bardzo różnych pracowni. Zaprezentowano zachowane fragmenty wyposażenia oraz prace samych artystów.
Pracownia Alfreda Wierusza-Kowalskiego, który podobnie jak kilku innych polskich malarzy na stałe osiadł w Monachium, mogła konkurować z siedzibą Józefa Brandta. Była podobnie okazała, urządzona w obowiązującym w tym czasie historyzującym stylu. Łączyła funkcje miejsca do pracy z burżuazyjnym salonem, ale też była miejscem prezentacji prac. Zresztą, jak notował z pewnym przekąsem Kazimierz Przerwa-Tetmajer wyglądała nieco „jak salon kunsthӓndlerski. Mnóstwo obrazów, widocznie malowanych na sprzedaż i w stylu widocznie sprzedażnym, bo podobnych do siebie, stoi rzędami jedne za drugimi i jedne obok drugich: patrz, wybieraj i kupuj”.
Niezwykle staranie była też urządzona pracownia Władysława Czachórskiego. Ona również była połączeniem miejsca do pracy z salonem, ozdobionym cennymi przedmiotami, w tym na ścianie wisiał gobelin powstały ok. 1600-1625, który teraz znalazł się na wystawie w Lublinie.

Inny charakter miała pracownia pejzażysty Romana Kochanowskiego, w której było miejsce m.in. na polskie stroje ludowe. Należał bowiem do tych, którzy zafascynowani byli m.in. ideami Arts and Crafts, projektowali przedmioty codziennego użytku, uznając odrodzenie rzemiosła artystycznego za jeden najważniejszych celów. To zainteresowanie sztuką użytkową wiąże się z inną, bardziej zasadniczą zmianą: coraz mocniejszą krytyką poprzedników.
Wystawa “Monachijczycy. Gierymscy, Stryjeńska, Wierusz-Kowalski, Chełmoński i inni” – GALERIA ZDJĘĆ
Kolejne pokolenie, pod wpływem impresjonizmu i innych nowych nurtów, zaczyna negować styl Brandta i innych czołowych Monachijczyków.

To idzie młodość
Twórczość urodzonego w 1857 roku Romana Kochanowskiego jest zapowiedzią kolejnego pokolenia artystów, którzy zawitają do Monachium. Jego obecność na wystawie, podobnie, jak Teodora Axentowicza (ur. 1859), Olgi Boznańskiej (ur. 1865) czy Stanisława Grocholskiego (ur. 1860) pokazuje bardziej skomplikowany obraz tamtejszego środowiska. Podobnie jak wyjście twórców wystawy poza pejzaż, malarstwo rodzajowe czy batalistykę, z którymi obiegowo są kojarzeni Monachijczycy. Ważnym punktem na wystawie jest malarstwo portretowe, z niezwykłym intymnym „Portretem chłopca w niebieskim płaszczyku” Olgi Boznańskiej (1889-1894). Jest też obecne w lubelskim Muzeum Narodowym malarstwo religijne (obrazy Adama Chmielowskiego), martwe natury, wreszcie nurt społeczny z pracami Stanisława Grocholskiego czy Wacława Szymanowskiego. Nie mniej istotna jest obecność wielu twórców, którzy dziś są trochę zapomniani…
Największą wartością tej ekspozycji jest właśnie wyjście poza kanon dzieł Monachijczyków.

Na wystawie, dzięki wypożyczeniu z mniejszych muzeów i prywatnych kolekcji można zobaczyć prace mało znane, nieopatrzone, a niejednokrotnie wybitne, by wymienić „Obóz Cyganów II” Maksymiliana Gierymskiego, „Wnętrze stajni w Konarach” (1868) Józefa Brandta czy „W pracowni” (1898) Olgi Boznańskiej. Kilka tych i innych prac to wystarczający powód, by wybrać się do Lublina.
Wreszcie częścią wystawy jest specjalna „kapsuła”, która opowiada o fenomenie otwartego w 1870 roku Muzeum Polskiego w Raperswilu. Instytucji będącej jeszcze jednym przykładem życia artystycznego Polek i Polaków pod zaborami. I która, jak pisał jej fundator, Władysław Broel-Plater, „będąc obrazem Polski pod względem historycznym, naukowym, literackim i artystycznym, odda znakomitą przysługę sprawie polskiej i stanie się instytucją użyteczną wielkiemu dziełu oświaty i wolności ludów”.
W Lublinie zaprezentowano dzieła artystek i artystów związanych z Monachium, znajdujących się w aktualnej kolekcji tego muzeum, w tym kilka rzeczywiście bardzo ciekawych prac. Jest to okazja, by poznać znane w Polsce przede wszystkim ze słyszenia zbiory.
„Monachijczycy. Gierymscy, Stryjeńska, Wierusz-Kowalski, Chełmoński i inni”
Muzeum Narodowe w Lublinie, Zamek Lubelski, 22 listopada 2025–8 marca 2026,
kuratorzy wystawy: Andrzej Frejlich, Eliza Ptaszyńska, Beata Skrzydlewska.










