- że Diana Reiter była pierwszą architektką aktywną zawodowo w Krakowie
- kiedy padła propozycja wprowadzenia zmiany w statucie SARP: „Osoby narodowości żydowskiej nie mogą być zwyczajnymi i nadzwyczajnymi członkami”
- który konkurs przez magazyn „Architekt” został nazwany jednym z „najpoważniejszych i najbardziej interesujących konkursów architektonicznych odrodzonej Polski”
W dzienniku budowy poświęca dużo miejsca lastriko. Docinaniu, dopasowywaniu, polerowaniu. Układa je w dwa równoległe pasy: szeroki czarny, wąski czerwono-rudy, które na piętrach prowadzi prosto, na półpiętrach zaś – łukiem. Ładnie grają z łagodnie wygiętą, modernistyczną balustradą.
Domyślam się, że jest staranna. W dzienniku notuje: „omurowuje się śmietnik”, „stawia się kuchnię”, „ustawia się wannę”. Na planach zaznacza detale: wmurowane skrzynki na listy, lampę nad wejściem, maszt flagowy. Podpisuje je zaokrąglonymi literami, które kojarzą się z typografią Bauhausu: „Elewacja frontowa” – trzy piętra, parter z okładziną, wykusz. „Elewacja tylna” – pionowy ciąg okien na klatkach schodowych, balkon przy każdym z mieszkań. „1., 2., 3. piętro” – na każdym dwa mieszkania: trzy pokoje, kuchnia, łazienka, hall, służbówka.
Podpis zamaszysty: „Inż. Reiterówna”. Inżynier Diana Reiter i jej kamienica przy ul. Pawlikowskiego 16 w Krakowie. Niemal jedyne, co po niej zostało.
Dwóch kreślarzy i ona jedna
W międzywojniu Kraków rósł. Piąte największe miasto w Polsce, stolica województwa, ważny ośrodek naukowy, gospodarczy, kulturalny i administracyjny, zapełniał się budynkami, które miały pomieścić przedstawicieli każdej z tych dziedzin. Dla tych pierwszych wznoszono: gmach Akademii Górniczej, Bibliotekę Jagiellońską, budynki dzielnicy medycznej na Wesołej, dla drugich: siedziby Pocztowej Kasy Oszczędności i Banku Polskiego, dla trzecich: Muzeum Narodowe, dla czwartych swój kostium zmienia Poczta Główna z neorenesansowego budynku, przeobrażając w przykład rodzimego art déco. Mieszają się funkcje, style, pokolenia. To starsze, wykształcone jeszcze przed wojną, hołduje starym wzorcom czerpiącym z klasycyzmu. Młode, zapatrzone w eksperymenty europejskiej awangardy, wprowadza do miasta modernistyczne rozwiązania.
Projekty powstają w prywatnych przedsiębiorstwach i w państwowych instytucjach. Jedna z nich, Dyrekcja Robót Publicznych, ma siedzibę przy samym Rynku Głównym, w pałacu Pod Krzysztofory, zwanym potocznie Krzysztoforami.
W biurze konstrukcyjnym pracuje sześć osób, w tym dwóch kreślarzy i ona – Diana Reiter. Diana – inżynier. Diana – pionierka, jedna z pierwszych absolwentek Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej, pierwsza architektka w Krakowie.

Surowy modernizm i art déco
Nie tylko staranna, lecz także pewna siebie musiała być z Reiterówny osoba. Instytucja, w której zatrudnia się zaraz po studiach, to urząd o dużym znaczeniu, odpowiedzialny za przygotowywanie projektów budynków użyteczności publicznej, planów melioracji i budowy dróg. – To było dobre miejsce pracy w ogóle, dla kobiet zaś, z uwagi na ich ówczesną pozycję społeczną, wręcz prestiżowe – tłumaczy Barbara Zbroja, historyczka sztuki, zajmująca się m.in. badaniem losów Diany Reiter. – Znajomości raczej nie pomogły jej w zdobyciu pracy, konkurencja w Krakowie była duża, a prym wiedli architekci z tutejszych rodzin. Zdecydowały kompetencje – zaznacza.
W prestiżowej instytucji na deski kreślarskie trafiają prestiżowe projekty. Rozbudowa Krzysztoforów, wiele budynków dla UJ: Zakłady Anatomii Porównawczej, Psychogenetyki oraz Zoologii, Zakład Embriologii, Biologii i Histologii, Szkoła Pielęgniarek i Higienistek i inne. Pod wszystkimi widnieje podpis „inż. Reiterówna” – sama lub z zespołem.
Prawdziwą perełką w dorobku jest jednak projekt nowego gmachu Biblioteki Jagiellońskiej, stworzony w 1928 roku wspólnie ze Zdzisławem Kowalskim i Adamem Moschenim, na jeden z – jak określono w magazynie „Architekt” – „najpoważniejszych i najbardziej interesujących konkursów architektonicznych odrodzonej Polski”. W ich wizji budynek miał być połączeniem surowego modernizmu z art déco, w którym monumentalizm fasady łagodziła lekka konstrukcja pergoli, stanowiącej przedłużenie parteru. W protokole komisji konkursowej pochwalono układ magazynów i pomieszczeń administracyjnych, skrytykowano oświetlenie czytelni. „Budynek zwarty, ekonomiczny. Architektura w bryłach dobra” – napisano. Przyznano III nagrodę, wręczono pięć tysięcy złotych. Jak na owe czasy całkiem sporo. Przykładowo – czynsz za wynajem niewielkiego mieszkania wynosił wówczas około 40 złotych.

Transatlantyk cumuje w zaułku
Międzywojenny Kraków to ważny ośrodek naukowy, gospodarczy, kulturalny i administracyjny, to też dom dla coraz większej liczby ludzi. W 1921 roku jest ich 183 tysięcy, w 1939 będzie ponad ćwierć miliona. Rosną więc dla nich domy – firmy budują je dla pracowników, zamożni – dla siebie, zamożni i przedsiębiorczy – na wynajem. Tak samo jak dziś był to niezły sposób na pomnożenie majątku.
Diana łapie kilka takich zleceń – parterowy dom przy obecnej ul. Czeladniczej, funkcjonalna willa przy dzisiejszej Beliny-Prażmowskiego. W 1937 roku podejmuje się zadania o zdecydowanie większej skali – zaprojektuje kamienicę.
Działka przy ul. Pawlikowskiego 16, na której ma stanąć ów dom, to jedno z tych miejsc, które w miastach szczególnie się ceni – niby w samym centrum, ale na uboczu, na końcu ślepej uliczki. Wybrał je Józef Elsner – właściciel zakładów wapiennych w podkrakowskim Zabierzowie. Miał głowę do interesów, a kamienica miała być kolejnym z nich.
– Być może już wcześniej współpracował z Dianą? Albo ktoś ze wspólnych znajomych polecił mu usługi Reiterówny? W jakimkolwiek punkcie przecięły się drogi tej dwójki, Elsner musiał być bezwzględnie przekonany o jej talencie i umiejętnościach – ocenia Barbara Zbroja.
Talent czasem oznacza eksperyment, czasem zaś umiejętność powściągania fantazji. Kiedy w Krakowie rosną kamienice w stylu rodzimego art déco, których fasady przypominają jubilerskie cacka, ona proponuje funkcjonalny modernizm. Cztery kondygnacje, front z wykuszem, okna ułożone w poziome pasy, okładzinę z ciemnego kamienia dla parteru i piaskowy tynk dla pięter. Bez windy, bez centralnego ogrzewania. Komfort, ale bez luksusu. Nowoczesność, ale oswojona. Solidne mieszkania dla dobrze sytuowanych ludzi.
Nic wartego uwagi więc? Przeciwnie – to właśnie uwagi trzeba, żeby ten dom docenić. Bo przecież: wykusz, nadający bryle dynamiki, jakby ciągnący ją do przodu. Pasy okien, wpuszczające światło i powietrze w ascetyczną płaszczyznę fasady. Do tego gzymsy symbolicznie tylko oddzielające kondygnację. Wreszcie ten maszt po prawej stronie, intrygujący, jedyny taki w mieście.
Wszystkie te triki sprawiają, że bryła wydaje się lekka, ale i mocna zarazem, jakby gmach za moment miał oderwać się od ziemi i ruszyć do przodu. Niewiele wyobraźni trzeba, by skojarzyć go z bryłą statku. Powiązać z odmianą modernizmu nazywaną okrętową, która w Polsce z oczywistych powodów najlepiej przyjęła się w Gdyni. W Krakowie wygląda jak z innego świata. Jakby na końcu ślepej uliczki zacumował transatlantyk.
Wewnątrz domu zaś zamiast luksusów – udogodnienia właściwe modernizmowi. W korytarzu – wbudowane w ścianę szafki. W kuchni – spiżarka za sprytnie ukrytymi drzwiami. Na balkonie – drzwiczki do zsypu. W drzwiach łazienki – zamek, który w zależności od ustawienia pokazuje napis „wolne” lub „zajęte”. Parapety z metalu, przyjemnie nagrzewające się zimą od ciepła kaloryferów. Uchylne okna. Przede wszystkim jednak, układ: duże, ustawne pomieszczenia, oświetlane słońcem od wschodu i zachodu.
Elsner postawił na talent oraz umiejętności i dobre to były lokaty.
– Istnieje jednak opinia, że o podjęciu współpracy z Reiterówną mógł zdecydować jeszcze jeden czynnik – opowiada Barbara Zbroja, zaznaczając, że to tylko przypuszczenia. – Diana była Żydówką, a on pozostawał w bardzo dobrych stosunkach z osobami z tej społeczności. Po prostu ich lubił.
Choć jak wiadomo, w latach 30. sympatia do Żydów wcale nie była takim „po prostu”.
„Etyka i psychika żydowska jest nam obca”
Kolega Pieńkowski argumentuje, protokolant notuje: „W Polsce coraz wyraźniej przejawia się szkodliwy wpływ kultury obcej”. „Powinniśmy dążyć do odgrodzenia się od wpływów żydowskich. Bowiem etyka i psychika żydowska jest nam obca”. „Jest to (…) obrona granic ducha polskiego w naszej kulturze”. Na koniec konkluduje: sprawę należy załatwić „raz śmiało i po męsku”.

– Były wśród nich osoby takie jak Diana, należące do społecznej elity, byli prawnicy, przemysłowcy, handlarze, ale była też biedota, byli mówiący po polsku i byli ograniczający się do jidysz, byli Żydzi religijni i świeccy – mówi dr Edyta Gawron z Instytutu Judaistyki UJ. – Tworzyli bardzo zróżnicowaną społeczność – dodaje.
Im dalej w lata 30., tym bardziej dawano im odczuć, że nie są u siebie, we własnym mieście, we własnym kraju. Sposobów było wiele: minimalizowanie autonomii gmin żydowskich, ograniczenie dostępu do szkół wyższych, utrudnianie wykonywania zawodu, słowna i fizyczna agresja.
Jak wielu i jak różnych form antysemityzmu doświadczyła Diana? Trudno powiedzieć – nie zachowały się po niej pamiętniki czy listy, na podstawie których można by stwierdzić, jak czuła się w Krakowie lat 30. Jak bardzo zabolało ją wprowadzenie przez SARP tzw. paragrafu aryjskiego i wykluczenie z zawodowego stowarzyszenia w 1939 roku? Czy została wykluczona na jego mocy, czy też sama zrezygnowała wcześniej z członkostwa? Tego pozostaje się domyślać.
Na pewno jednak wiemy, że wobec zachodzących zmian nie pozostawała bierna. Gdy w 1936 roku w Krakowie powstaje Związek Inżynierów Żydów, wstępuje w jego szeregi.
– Podobne związki działały m.in. w Wilnie i we Lwowie, a ich celem była obrona interesów zawodowych, dokształcanie, udzielanie wsparcia np. przez pomoc w szukaniu zleceń – tłumaczy dr Edyta Gawron. – Czas powstania krakowskiej organizacji nie był przypadkowy. W połowie lat 30. mocno zaostrza się selekcja przy przyznawaniu zleceń na projekty. Żydowscy inżynierowie są odsuwani na zawodowy margines, tworzą więc sieć koleżeńskiego wsparcia – dodaje.
2.
W marcu 1939 roku Diana w dzienniku budowy kamienicy przy Pawlikowskiego notuje: „rozpoczęto roboty flizowe”, „osadza się parapety i futryny drzwi wejściowych”, „ukończono piece kaflowe”. Za kilka miesięcy do budynku wejdą pierwsi lokatorzy, a ona skupi się na planowania przebudowy kamienicy przy Lea. Prawdopodobnie ostatnim przedwojennym projekcie.
Schody
Kiedy spojrzy się na przekrój kamienicy przy Pawlikowskiego, można dostrzec schody prowadzące do piwnicy. Dzisiejsi lokatorzy mówią, że w czasie wojny Elsner ukrywał w niej Żydów, ponoć w służbówkach wybito przejścia prowadzące do podziemia. Być może jest to prawda – za wiele bohaterskich aktów człowieczeństwa w 1992 roku został uhonorowany tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Diana nie znalazła się wśród ocalonych. Wiosną 1941 roku trafiła do krakowskiego getta, dwa lata później – do obozu pracy przymusowej KL Plaszow.
Dobra, koszmarna praca
Spielberg poświęcił na scenę 90 sekund. W pierwszych Diana z placu budowy przybiega do strażników i informuje, że fundamenty wznoszonej właśnie konstrukcji są wadliwe. Jeśli nie zostaną poprawione, dojdzie do katastrofy. W 30. sekundzie mężczyźni kpią z faktu, że jest wykształcona, posiada dyplom inżyniera. W 60. komendant wydaje rozkaz: zastrzelić. Ona krzyczy, że stara się tylko wykonywać swoją pracę. On odkrzykuje, że też wykonuje swoją. W 90. pada strzał.

W krótkiej scenie z „Listy Schindlera” jest trochę fikcji, ale jest też sporo prawdy. Na przykład zgodne z faktami jest to, że Diana wykonywała swój zawód do końca życia.
W początkach 1943 roku, wtedy gdy Diana trafia do obozu Plaszow, jest to prowizorka. Drewniane baraki bez okien, podłóg i światła, brak wody, kuchni, jedna latryna na cztery tysiące kobiet. Zespołem, który ma zmienić tę przejściową formę w pełnoprawny obóz, jest Bauleitung – biuro rozbudowy, którego zadaniem jest planowanie i realizowanie prac na terenie placówki. Ekipa liczy około 40 żydowskich fachowców, pośród których prawdopodobnie Diana jest jedyną kobietą.
Ich praca była uznawana za dobrą – umysłowa, pod dachem, w biurze ulokowanym w budynku komendantury. Jednak to, co w obozowy kategoriach uchodzi za „dobre”, w rzeczywistości i tak jest „koszmarne”.
– Osoby z Bauleitungu w żaden sposób nie były chronione przed samowolnym terrorem ze strony załogi. Często karano ich fizycznie za opóźnienia i niedociągnięcia – tłumaczy Justyna Sagan-Morawska z Muzeum KL Plaszow. – Czytałam kiedyś relację o pokazowej karze na placu apelowym. Za rzekomą opieszałość członkom Bauleitungu i Barackenbau – ekipy wykonawczej, wymierzono karę chłosty. Prawdopodobnie wśród ukaranych była i Diana – zaznacza.

W Bauleitungu Reiterówna odpowiadała m.in. za wykonanie projektu budynku komendantury. Musiała się sprawdzić, ponieważ później powierzono jej kierowanie budową Wachkaserne – koszar wachmanów. Ponoć czasem powtarzała, że to zadanie przypłaci życiem.
– Komendant obozu, Amon Göth, wymyślił, że całość ma być gotowa w kilka miesięcy. Tempo było więc szalone, setki ludzi pracowały na dwie zmiany – opowiada Sagan-Morawska.
Ostatni dzień Diany różnie zapamiętano. Czasem była zima, czasem lato, czasem wózek wjeżdżał we wznoszoną konstrukcję, czasem zawodziło rusztowanie. Raz upadała tylko ściana, innym walił się „cały interes”. Raz Diana padała od pojedynczego strzału, innym „esesman nie przestawał siekać jej pejczem”.
– Trudno jednoznacznie ocenić, która wersja jest najbliższa prawdy. Do wypadku najpewniej doszło latem. Moim zdaniem zawaliła się jedna ze ścian działowych, murowana na słabej zaprawie, wznoszona na grząskim gruncie. Esesman Albert Hujar prawdopodobnie wysłuchał wyjaśnień Diany, a potem, gdy odwróciła się, by odejść, strzelił jej w plecy – opowiada Sagan-Morawska, zaznaczając, że nie potrafi zweryfikować prawdziwości tej wersji, i przytacza ją jako jedną z kilku, z którymi może się spotkać osoba pracująca z relacjami z czasów wojny.

Nie zostało po niej prawie nic. Nie ma pamiętników, zdjęć, listów, szkolnych zeszytów, osobistych pamiątek, tego z czego zwykło się lepić biografie.
Jak w przypadku wielu ofiar Holokaustu – nie ma grobu, który byłby śladem w przestrzeni. Nie ma dzieci i wnuków, które mogłyby o niej opowiedzieć. Jedyne, co przetrwało, to budynki.
Po co poprawiać dobre?
Kiedy się wprowadziła, wyburzyła tylko służbówkę. Bo po co poprawiać to, co dobre?
– Sąsiedzi pruli ściany, likwidowali przedsionki, wyburzali piece, wymieniali okna, skuwali kafelki, a ja zostawiałam. Zależało mi, żeby zachować jak najwięcej z pierwotnego wyglądu mieszkania, które prawie 90 lat po swoim powstaniu wciąż zdaje egzamin – opowiada Anna, architektka, lokatorka kamienicy przy Pawlikowskiego 16. – Kiedy 20 lat temu pierwszy raz weszłam do tego mieszkania, oczywiście spodobała mi się duża, funkcjonalna przestrzeń. Jednak tym, w czym naprawdę się zakochałam, było światło. Delikatne rozproszone, wpadające przez wielkie okna – zaznacza.
Kiedy ja odwiedzam kamienicę, jest wczesna wiosna. Na zewnątrz mdło, ale w środku zaskakująco jasno. Światło mogłoby wydobywać bolączki właściwe starym budynkom – wilgotne liszaje, odpadające płaty farby, prowizoryczne reperacje. Tu jednak takich problemów nie ma. Kamienica jest bardzo dobrze utrzymana, a sporo z oryginalnego wyposażenia udało się zachować.
– Setki razy słyszałam od robotników „nie da się”, choć na końcu i tak wszystko się udawało – opowiada Anna i dodaje, że takich komentarzy nasłuchała się nie tylko we własnym mieszkaniu, lecz także w częściach wspólnych budynku. – Na schodach i klatkach pilnuję, żeby nie prowadzić instalacji po lastriko, dobierać kolorystycznie kontakty. Razem z grupą mieszkańców mam też marzenie: odnowić maszt i przywrócić oryginalny kolor elewacji – dodaje.
Kamienica zmieniła kolory 20 lat temu – po dobudowaniu czwartego piętra, otynkowano ją na biało. Choć ingerencja projektu Tomasza Długosza wydaje się znacząca, dla budynku okazała się korzystna – dodatkowe piętro zachowuje podziały fasady, a przedłużony wykusz wysmukla całość. Przy odrobinie wyobraźni można pomyśleć, że to komin transatlantyku, cumującego w zaułku.

Mniej szczęścia miały pozostałe realizacje Diany. Skromny dom przy Czeladniczej zyskał dodatkowe piętro, plastikowe okna i kolorowe tynki. Charakter jednopiętrowej willi przy Beliny-Prażmowskiego zatarto podczas termomodernizacji. Z niewielu realizacji Diany ostała się więc tylko jedna, która mogłaby służyć za wizytówkę jej twórczości.
„Są architekci, którzy zasługują przynajmniej na zaułek”
Co to jednak za wizytówka bez imienia, nazwiska, funkcji, możliwa do odszyfrowania tylko przez tych, którzy i tak znają jej właściciela? Może jednak Diana wkrótce doczeka się upamiętnienia z prawdziwego zdarzenia – kilka miesięcy temu w internecie pojawiała się petycja do Komisji Kultury i Ochrony Zabytków Rady Miasta Krakowa o uczczenie pamięci architektki przez nadanie końcowemu fragmentowi ul. Pawlikowskiego nazwy „zaułek Diany Reiter” oraz zamontowanie na budynku tablicy biograficznej.
– Postać Diany jest znana historykom sztuki, miłośnikom architektury, tym, którzy interesują się historią Krakowa, jednak w szerszej świadomości nie funkcjonuje. Brakuje punktu w przestrzeni, który mógłby przyciągnąć uwagę osób nieznających jej postaci, zaintrygować i skłonić do dalszych poszukiwań
– tłumaczy autorka petycji, Magdalena Gawęda.
Pod stworzonym przez nią pismem podpisało się ponad 200 osób, poparcia dla wniosku udzieliły też m.in.: SARP, Gmina Wyznaniowa Żydowska w Krakowie, Muzeum KL Plaszow, Żydowskie Muzeum Galicja i pracownicy Muzeum Narodowego w Krakowie. Sygnatariusze pod petycją mogą dodawać komentarze: „Reiter była wyjątkowa”, „Przywracanie historii kobiet to ważna sprawa”, „Są tacy architekci, którzy zasługują przynajmniej na swój zaułek” – to tylko kilka z nich.
– Uważam, że gdyby wojna nie przerwała jej kariery, Diana mogłaby być jedną z lepszych polskich architektek
– podsumowuje Magdalena Gawęda. – Dlaczego na tak długo o niej zapomniano, choć jej biografia mogłaby być nośnikiem tylu ważnych wątków? Bo do niedawna nie były to popularne wątki. Herstoria, losy mniejszości, nawet sama modernistyczna architektura – to zainteresowania ostatnich kilkunastu lat. Równolegle do nich pojawiła się moda na lokalność, ciekawość tego, skąd wzięliśmy się w naszych miastach, dzielnicach, mieszkaniach, dlaczego, kto był przed nami, co się z nim stało? Może popularyzacja losów Diany pomoże komuś znaleźć odpowiedzi na te pytania.
PS. Wydział Geodezji Urzędu Miasta Krakowa negatywnie zaopiniował pomysł nazwania końcowego odcinka ul. Pawlikowskiego zaułkiem Diany Reiter. Magdalena Gawęda zapowiada jednak, że nie będzie ustawać w działaniach zmierzających do upamiętnienia architektki.
Artykuł pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 4/2024
















