Założyciel Muzeum, prof. Zbigniew Mirek
Fot. Paweł Ulatowski
Wywiady

Zanim zamilkł wiejski krajobraz

Młotki z własnym ornamentem do zdobienia kowalskich okuć, narzędzia do robienia rynien, a nawet… grzebienie. Prywatne Muzeum Wsi w Lanckoronie to nie zbiór staroci, lecz archiwum wiedzy o świecie, w którym praca, przyroda i wspólnota tworzyły jedną całość. O tym wszystkim – także w kontekście roku 2026 ogłoszonego przez ONZ Rokiem Pastwisk – opowiada założyciel miejsca, prof. Zbigniew Mirek.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz

Zacznę nietypowo. Czym są antropogeniczne przemiany szaty roślinnej?

To rzeczywiście nietypowe pytanie, ale może nie aż tak odległe od tego, o czym mamy rozmawiać. Najkrócej: antropogeniczne, to spowodowane przez człowieka, w tym przypadku przemiany czy przekształcenia bioróżnorodnorości flory i roślinności składających się na szatę roślinną. Zwykle nadajemy im wydźwięk pejoratywny, ale są one związane z bardzo różnymi typami ingerencji w środowisko, począwszy od klasycznej działalności rolno-pasterskiej (to tak w nawiązaniu do „Roku Pastwisk” ONZ). Jej  efektem  są pola uprawne i trwałe użytki zielone w np. w postaci górskich polan kośno-pasterskich.

Przemianami antropogenicznymi objęte były także biotopy uważane za naturalne – rzeki, jeziora, czy lasy. Jednak współczesna ekologizacja wielofunkcyjnej gospodarki leśnej sprawia, że część dawnych błędów przeszłości, skutkujących antropogenicznymi przekształceniami  lasów, nie jest już popełniana  i znikają powoli z naszego krajobrazu.

Nie sadzi się już w większości przypadków obcych gatunków drzew, a także drzew rodzimych na nieodpowiednich dla nich siedliskach.

Przez długie dziesięciolecia, na wzór gospodarki niemieckiej, w górach promowano na przykład świerka a niemal wszystkich możliwych siedliskach, a na niżu sosnę, co prowadziło do poważnych przekształceń nie tylko drzewostanów, ale także siedlisk i tym samym całych środowisk.

Fot. Wojciech Matusik / Forum
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Lasy w okolicach rezerwatu Przełom Białki. Nowa Biała 2013 r.

Z kolei w dolinach rzecznych, przekształcanych zarówno przez zabudowę techniczną, jak obwałowania czy regulacje, ale i przez dawne, tradycyjne formy zagospodarowania związane z budową, młynów, tartaków czy foluszy. Te ostatnie to zwykle niewielkie obiekty w przestrzeni krajobrazowej, często doskonale poprawiające retencję. Są wreszcie przekształcenia skrajne, krajobraz miejski czy jeszcze bardziej przekształcony krajobraz przemysłowy wielkich hut,  odkrywkowych kopalni, osadników, hałd poprzemysłowych czy wielkoskalowych wysypisk śmieci. W takich przypadkach mówimy już o krajobrazie zdewastowanym, wymagającym poważnej rekultywacji i rewitalizacji.

Fot. Radek Jaworski / Forum
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Kominy dawnego zakładu “Celwiskoza” (zamkniętego pod koniec lat 80. XX w.), największego “truciciela” w Kotlinie Jeleniogórskiej

Dość katastroficzna wizja. Ale udział człowieka w przekształcaniu krajobrazu nie zawsze był destrukcyjny.

Zależy jak rozumieć destrukcję. Znaczna część tej „klasycznej” bioróżnorodności, którą dziś uznajemy za naturalną i oczywistą, jest w istocie pochodzenia antropogenicznego. Dobrym przykładem są łąki i pastwiska, które powstały po wycięciu lasów a dziś chronione są jako bardzo cenne biotopy w ramach europejskiego systemu Natura 2000. Dość wspomnieć polany tatrzańskie: tylko po polskiej stronie jest ich około 120. Wszystkie powstały po wycięciu lasu lub kosodrzewiny. Słynne łąki krokusowe, które podziwiamy każdej wiosny  na większości z nich, są elementem stosunkowo młodego krajobrazu kulturowego. Najstarsze nie mają więcej niż około 500 lat. Mało kto zdaje sobie sprawę, że brak gospodarki wypasowej musiałby prowadzić do ich zniknięcia w bardzo krótkim czasie. W wielu miejscach, z których wycofano pasterstwo, polany już zarosły lasem. Wystarczy trzydzieści lat bez wypasu, by łąka krokusowa zniknęła zupełnie. Z moją żoną Haliną –co może wydać się komuś zajęciem dość dziwnym – liczyliśmy krokusy w Tatrach. Stąd wiemy, że jest ich tam ponad sto milionów.

Na samej Polanie Chochołowskiej, największej, liczącej nieco ponad dwadzieścia hektarów, naliczono 54 miliony krokusów. To więcej niż liczba obywateli Rzeczypospolitej; jeśli uwzględnimy, że w całej polskiej części Tatr jest ich ponad 100 milionów,  to średnio wypada po dwa i pół krokusa na osobę.

Bez klasycznego wypasu i nawożenia zniknąłby cały niezwykle barwny ekosystem. Bo nie chodzi tylko o krokusy. Na 100 metrach kwadratowych takiej polany rośnie nawet ponad siedemdziesiąt gatunków roślin kwiatowych.

Fot. Wojciech Matusik / Forum
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Krokusy na Polanie Chochołowskiej, kwiecień 2016 r.

Z tym krajobrazem wiąże się także bogata tradycja kulturowa. Już sama polana i budująca ją  bioróżnorodność są w istocie zjawiskiem kulturowym, związanym z gospodarką pasterską. Psy pasterskie i owce, to są elementy kultury, których w „dzikiej” przyrodzie nie znajdziemy; więcej, często nie występują poza danym regionem. Są związane z tzw. kulturową bioróżnorodnością danej krainy geograficznej , także i jako takie podlegają ochronie w ramach Międzynarodowej Konwencji o Różnorodności Biologicznej. Ale także wszystkie materialne i niematerialne elementy  czysto kulturowego dziedzictwa związanego z wypasem budują tożsamość regionu i podlegają dziś ochronie – stare szałasy, sprzęty do wyrobu serów górskich  (oscypków) o niepowtarzalnym smaku, stroje itp .

I dlatego rok 2026 ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Pastwisk i Pasterzy.

Z pewnością ONZ chce zwrócić uwagę na fakt, że w całej Europie, od Skandynawii po Morze Śródziemne,

tradycyjne pasterstwo ginie na niewyobrażalną skalę, a z nim niepowtarzalne bogactwo różnorodności krajobrazów oraz natury i kultury.

Współczesna konwencja o ochronie różnorodności biologicznej chroni nie tylko elementy naturalne, ale także kulturowe na poziomie gatunków, ekosystemów i całych krajobrazów. Krajobraz jest w tej konwencji najwyższym poziomem ochrony bioróżnorodności. Dlatego warto o tym pamiętać, bo bardzo często pojęcie „antropogenicznych przemian” kojarzy nam się wyłącznie negatywnie, a przecież klasyczny krajobraz, z barwnymi od chwastów polami,  łąkami, pastwiskami, polanami, ogłowionymi wierzbami, jest właśnie efektem dawnej, ekstensywnej gospodarki rolno-pasterskiej.

1. Fot. Daniel Pach / Forum
2. Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Wypas owiec. Szymoszkowa, październik 2021 r.
Wypas bydła w beskidzie niskim. Jasionka, 2010 r. (slajd pierwszy), oraz wypas owiec. Szymoszkowa, 2021 r. (slajd drugi)

Cieszę, że tak szeroko pan o tym opowiadał, bo chciałem w ten sposób zarysować kontekst miejsca, w którym się znajdujemy. Pana muzeum i kolekcja w Lanckoronie również opowiadają o tym, jak dawniej człowiek wpływał na krajobraz poprzez rolnictwo, wypas  oraz narzędzia i narzędzia pracy.

„Maszyny rolnicze” to jest chyba zbyt duże słowo. Starałem się odtworzyć zagrodę mojego dziadka, którą pamiętam z lat pięćdziesiątych XX wieku;  w tamtym czasie było tu jeszcze absolutne, można powiedzieć, średniowiecze. Nie było nawet tych prostych maszyn, które pojawiły się później, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jak konna kosiarka listwowa,  przewracarka i zgrabiarka. Jednak w czasach mojego dzieciństwa, kiedy wychowywałem się tutaj i pracowałem z dziadkami na roli

w latach pięćdziesiątych ub. wieku, cała „maszyneria” sprowadzała się do kosy, grabi, sierpa, pługa i bron. To był czas naprawdę bardzo ciężkiej pracy fizycznej.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

Do młócenia wciąż używano cepów, bo stodoły i wiele domów kryto wówczas strzechą i potrzebna była niezmierzwiona słoma (tzw. równionka), którą ponownie po wymłóceniu wiązało się w snopki i nimi, niczym dużymi i długimi dachówkami, kryto dach – tak ułożona strzecha wytrzymywała od 15 do nawet 50 lat (po tym czasie trzeba było je wymieniać).  Młócenie cepami wymagało pewnej wprawy – uderzało się tylko w kłosy na końcach źdźbeł, aby nie połamać ich pozostałej części. Można było oczywiście  młócić większą lub mniejszą młocarnią (te mniejsze napędzano przez kierat konny), ale słoma wychodząca z maszyny, tak zwana mierzwa, nie nadawała się do krycia dachów, a jedynie na podściółkę dla krów czy świń.

Do mojego jedenastego roku życia nie było tu elektryczności, świeciło się lampą naftową. Nie było radia, tym bardziej telewizji, nie mówiąc o bardziej zaawansowanych mediach – kraina odcięta od świata. Samochodów wówczas tu także nie było, te nieliczne były głównie w miastach,  a przez moją wieś, tutaj pod Lanckoroną, samochód by nie przejechał; w wielu miejscach trudno było przejechać nawet traktorem. Najbliższa szutrowa droga, którą raz lub dwa razy na dzień przejeżdżał jakiś samochód była odległa o dwa kilometry. Co do traktora, to na początku był  tylko jeden w kółku rolniczym; jadąc przez wieś musiał nierzadko wyjeżdżać na sąsiadujące z drogą pola,  bo ta była wąska i głęboko wcięta w teren (dodatkowo z dwoma koleinami wyrzeźbionymi przez żelazne rafki/obręcze kół wozów zwanych nie bez powodu „rafiokami”). Od tamtego czasu jakże zmienił się cały krajobraz.  Pola, niegdyś wymuskane, pełne „postawków” i kop siana, dziś najczęściej leżą odłogiem lub zarosły lasem.

Niewielu wie, że nieuprawiane pole,  po dwudziestu latach staje się lasem. Wraca tu sam, w drodze naturalnej i spontanicznie przebiegającej sukcesji.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

Użył pan kiedyś pojęcia „liturgia trzech porządków”, albo „harmonia trzech liturgii”

Tak, na ówczesnej wsi panowała pełna harmonia trzech liturgii: przyrody, pracy na roli i liturgii roku kościelnego. Liturgia natury to wyraźne fenologiczne pory roku – wiosna, lato, jesień, zima. Liturgia pracy uzależniona od pór roku, pogody i rytmu dnia; harmonizowała z rytmem przyrody.  W to wszystko wpleciona była w sposób naturalny codzienna i całoroczna liturgia kościoła i katolickiej religii. Dzień zaczynano pacierzem, nierzadko na głos odmawianym i śpiewem godzinek; w południe dzwon z wieży kościelnej wzywał na  Anioł Pański, ludzie przystawali, zatrzymywali się w pracy i tam gdzie byli odmawiali „Pozdrowienie Anielskie”, wspominając – dla nich najważniejsze – wydarzenie w dziejach kosmosu.  Miedzy tymi liturgiami nie było najmniejszej dysharmonii. Tworzyły niepowtarzalną polifonię bogatą rozmaitością linii melodycznych – przyrody, odgłosami pracy, śpiewem i modlitwą. To była polifonia krajobrazu, którego dziś już nie ma, i który trudno sobie nawet wyobrazić komuś, kto go nie znał. Zniknęły żaby, skowronki, rytuały żniw. Sama tylko młocka dużą młockarnią, napędzaną z zamachowego koła traktora przez szeroki, parciany pas transmisyjny, stanowiła część tej liturgii i tej polifonii: dwunastu ludzi tworzyło wspólnotę pracującą w ogromnym znoju przez cały dzień. A kto policzy wcześniejszy czas koszenia kosą wielkich połaci pól całymi dniami, wiązanie snopków, stawianie „postawków”, zwózkę do stodoły dużym drabiniastym wozem. Dziś jeden kombajn zamyka cała tę pracę z godzinę.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Założyciel muzeum, prof. Zbigniew Mirek

Chodząc dziś z panem i oglądając kolekcję pomyślałem, że w pewnym sensie ratuje pan świat, którego już nie ma. Jest w tym coś z nostalgii, wdzięczności, może nawet spłaty długu wobec przodków?

Ratowanie świata, którego już nie ma? Tego uratować się nie da. Ale chyba warto próbować uratować to co stanowiło jego esencję stanowiącą osnowę kultury służebnej wobec życia w każdym czasie.  Na pewno pierwszym powodem, dla którego zacząłem to robić, była bardzo prosta wdzięczność wobec mojego dziadka; człowieka prostego (skończył tylko cztery klasy szkoły ludowej), a równocześnie wyjątkowo mądrego i szlachetnego, któremu zawdzięczam niemal wszystko co prawdziwie wartościowe w moim życiu?

Zawdzięczam mu etos pracy: prostej, ciężkiej, zwyczajnej, ale równocześnie wymagającej ogromnej niekiedy inwencji i wyobraźni. Dziś, gdy czegoś potrzebuję, idę do sklepu  albo zamawiam na portalach zakupowych w internecie, bo tam jest wszystko.

Mój dziadek miał natomiast w warsztacie starą, dużą szufladę, do której przez całe życie wrzucał tzw. szpeja.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

Gdziekolwiek był, jeśli tylko zobaczył jakiś zardzewiały kawałek blaszki, stary gwóźdź, skobel, nietypowe zawiasy, stary zamek od drzwi, fragment okucia itp. – zabierał je ze sobą. Wszystko mogło się przydać i wcześniej czy później się przydawało.

Jak stare tarcze zegarków, które zobaczyłem?

Te także, do tej szuflady dosłownie wszystko. A gdy trzeba było coś zrobić, coś naprawić albo stworzyć, wysypywał całą zawartość na stół lub podłogę i wtedy zaczynała pracować wyobraźnia: z czego można zrobić to coś, co akurat było potrzebne. Potem tu coś przycinał, coś wygiął, gdzieś zrobił otwór, i potrzebna rzecz była gotowa.

To była sztuka oszczędzania i ówczesny recykling – świat, w którym nic się nie marnowało. Potrzeby były proste, ale umiejętności ich zaspokajania niezwykłe. Dziś rozbudzamy w ludziach całe mnóstwo bezsensownych, sztucznych potrzeb, które potem zaspokajamy całą gamą produktów, kosztem energii i zasobów środowiska (często nioeodnawialnych).

Tamto życie było ciężkie, ale pozbawione sztucznych potrzeb, zgodne z naturą; było wewnętrznie spójne, oszczędne i sensowne.

Czyli ówcześni ludzie byli takimi MacGyverami, zanim dowiedzieliśmy się z serialu, że tak można.

Tacy właśnie byli. Wymagało to ogromnej inwencji i wyobraźni twórczej, i oni ją mieli, oczywiście w różnym stopniu. Mój dziadek miał ją w stopniu fantastycznym. Nauczył mnie wszystkiego: od kucia konia i koszenia, przez robienie powróseł słomianych, po prace stolarskie, murowanie czy szycie skóry. Gdy miałem około pięć i pół roku powiedział mi z całą powagą:

„Pamiętaj, chłop musi umieć som syćko zrobić — i murować, i budować, i mebel zrobić, szydłem i dratwą skórę zeszyć, zabitego królika oskurować” i drzewko w sadzie zaszczepić. I rzeczywiście tak było.

Ówcześni ludzie na wsi, nawet ci zamożniejsi, byli tak naprawdę biedni i żyli bardzo skromnie – takimi byli i moi dziadkowie. Mieli jedno odświętne ubranie do kościoła. Wszystkie inne rzeczy, używane i niekiedy już dobrze znoszone, dostawali z miasta w zamian za mięso, jajka, kiełbasę, ser czy masło.  Tak było w zasadzie do czasów tzw. gierkowskich, czyli do lat siedemdziesiątych. Dopiero wtedy coś zaczęło się zmieniać. Ale tych lat mój dziadek już nie dożył.

Dziadek nie tylko uczył mnie pracy, ale też objaśniał przyrodę. Chodzenie za pługiem czy bronami przez cały dzień, praca przy zbiorze zbóż, kopaniu ziemniaków, sianokosach –  wszystko to było jednocześnie uczeniem się świata.

Przy  braku wówczas dzisiejszej chemizacji rolnictwa, bogactwo owadów, płazów i gadów oraz ptaków i np. innych stworzeń było niewiarygodne. Dziadek pokazywał mi gniazda trzmieli ukryte w ziemi, tłumaczył jak robią miód, i że można go wypić przez słomkę, ale tylko troszeczkę. Nieraz mi powtarzał: „możesz wziąć tylko z jednego pojemniczka, bo inaczej zabierzesz im pokarm, którego potrzebują, by wyżywić potomstwo”. To była prosta, ale bardzo głęboka lekcja szacunku dla świata i wszelkich form życia.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Prof. Zbigniew Mirek

Nazwalibyśmy to dzisiaj ekoetyką.

Tak. A najprościej szacunkiem dla otaczającego nas świata, ziemi, która żywi i wszystkich istot, które z niej korzystają. Kiedy pokazywał mi gniazdo ptaka uwite na ziemi, podchodził bardzo ostrożnie i zatrzymywał się w odpowiedniej odległości i mówił: „nie podchodź za blisko i nie dotykaj piskląt — matka by się odrzekła i wtedy czeka je niechybna śmierć”. Dodawał też: zachowaj to w tajemnicy i nie pokazuj tego miejsca innym, bo mogliby zrobić krzywdę ptaszkom.

Widziałem to samo przy koszeniu, bardzo uważał by nie przeciąć żaby; jeśli jakąś zobaczył, podsuwał pod nią tępy brzeg końca kosy i przerzucał o metr dalej, żeby jej nie skrzywdzić. Stworzeń tych, tzn. żab, było wówczas wszędzie pełno; idąc przez wieś trzeba było cały czas patrzeć pod nogi, by jakiejś nie nadepnąć. Dziś można przejść kilka wsi i nie spotka się ani jednej żaby. Wracając do koszenia, szczególnie koniczyny. Przy przechodzeniu każdego kolejnego pokosu dziadek sprawdzał, czy nie  ma gniazda uwitego zazwyczaj przez kuropatwy. Gdy trafiał na takie miejsce i zobaczył że w gnieździe są jeszcze jajka, obsiekał je  zostawiając odpowiednio duży, niewysieczony płat koniczyny. To wymagało dodatkowej pracy, ale był dla niego było oczywistym „ekoetycznym” odruchem (żeby nawiązać do Pana pytania). I chyba właśnie dlatego zostałem przyrodnikiem i całe życie zajmowałem się też ochroną przyrody. Co do ekologii, to szybko nauczyłem się dzięki dziadkowi, że każda roślina ma swe ulubione środowisko, w którym rośnie. Stąd wiedziałem, że gdy babcia wysyła mnie po kminek do kapusty, znajdę go jedynie na pastwisku, gdzie krowy go omijają z powodu intensywnego smaku, zgryzają natomiast konkurentów wokół niego, dzięki czemu tworzą  przestrzeń pozwalającą mu swobodnie rosnąć. Na łące, pełnej wyższych od niego roślin, raczej bym go nie znalazł. To była ekologia praktyczna.

Do roślin jeszcze wrócimy, ale chciałem zatrzymać się przy tej kreatywności, o której pan mówił. Zwiedzając dziś z panem różne kolekcje, zauważyłem wiele sprzętów czy narzędzi w większej często liczbie egzemplarzy. Na przykład wialnie czy młynki, każdy egzemplarza służył temu samemu, wyglądają bardzo podobnie, ale każdy nosi jakiś indywidualny rys twórcy, rzemieślnika – prawdziwe rękodzieło.

Tak, i to była z jednej strony ambicja rzemieślnika, żeby nie tworzyć rzeczy identycznych; nazwalibyśmy to postawą twórczą. Stwórca nie robi dwóch rzeczy jednakowych;  prawdziwy twórca, prawdziwy artysta, naśladując Go, też nie robi dwóch identycznych przedmiotów. Nawet jeśli wykonuje rzeczy podobne, to nigdy nie powiela. Mam tu ponad dwadzieścia wspomnianych przez Pana młynków (to wialnie, tyle że dodatkowo wyposażone w sita) nie służą jednak – jak można by sądzić z nazwy – do mielenia, tylko do odwiewania, czyli do oczyszczania ziarna zbóż z plew i z nasion chwastów. Wszystkie mają taki sam schemat budowy, ale nie ma dwóch takich samych egzemplarzy. Na każdym widać indywidualną rękę twórcy. Często zresztą sam zamawiający miał swoje oczekiwania. To samo widać przy okuciach wozów. Każdy kowal miał swój znak formowy, swoje „logo”, umieszczał je przy końcówce dyszla w takiej czy innej formie. Jeden robił pieska z zakręconym ogonkiem, inny jakiś fantazyjny kwadracik, trapez, zawijasy różnego typu. To były znaki rozpoznawcze, indywidualne była także ornamentyka okuć, po której rozpoznawało się danego kowala. Nie była, jak widać, anonimowa produkcja. To było rzemiosło z ambicją.

Wspominał pan o specjalnych młotkach, którymi wybijano na okuciach wozu te ornamenty.

Te młotki kowale robili sobie sami. Były niepowtarzalne, podobnie jak ornamentyka, która stawała się ich znakiem rozpoznawczym. Gdy okuwano wóz, nie chodziło wyłącznie o wzmocnienie konstrukcji, ale równie ważny był sposób wykonania i ornamentyka.

To samo dotyczyło drewna.

Wiedza rzemieślnika o materiale była ogromna. Wiedział, że nawet  ten sam gatunek drzewa może mieć bardzo różne właściwości, w zależności od tego, czy rósł nad potokiem, czy na zboczu północnym bądź południowym. Znaczenie miała też pora wyrębu, bo zimą, po odprowadzeniu soków, drewno było trwalsze. To była praktyczna ekologia.

Pamiętam, jak dziadek zabrał mnie do lasu by znaleźć odpowiedni styl do grabi. Dziś kupuje się gotowy toczony styl, który jest słaby, bardzo łatwo się łamie, a jeśli postoi na zewnątrz przez jeden rok, jest praktycznie zgnity. Dawniej taki styl, jaki wybraliśmy w lesie z dziadkiem,  nie tylko był mocny i sprężysty, ale też mógł leżeć na ziemi dwadzieścia lat i nic mu się nie działo. Robiono go z jodły rosnącej w głębokim cieniu, tak zwanej „suszycy”. Drzewo wyglądało rachitycznie, ale miało niekiedy kilkadziesiąt lat; w głębokim cieniu rosło bowiem bardzo powoli, jego słoje były bardzo gęste, drewno było zbite – okorowany styl był niezwykle mocny i trwały.

Głowicę grabi robiło się z graba, a zęby strugano z nasadowych części starych róż rosnących na miedzach. Były sprężyste i nie łamały się.

To było jednocześnie materiałoznawstwo i ekologia w jednym, wiedza w pełni osadzona w przyrodzie i doświadczeniu przekazywanym bez podręczników z pokolenia na pokolenie.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Założyciel muzeum, prof. Zbigniew Mirek

Z czasem zrozumiałem, że wszystkie te doświadczenia i towarzyszenie w pracy dziadkowi, zbudowały we mnie bogatą „bazę danych”, ogromny zasób obserwacji przyrodniczych,  wrażeń estetycznych, głosów przyrody, kolorów zmieniających się wraz z porami roku, zapachów kwietnych łąk i siana, faktury liści i kory drzew, do których później może pracować twórcza wyobraźnia.

Krajobraz nie jest tylko obrazem, to polifonia odbierana wszystkimi zmysłami. Dziś młody człowiek rzadko buduje taką bazę. Poznaje głównie świat wirtualny, jednowymiarowy. A przyroda wymaga uważności i obecności, poznajemy ją wszystkimi zmysłami: wzrokiem, dotykiem, węchem, słuchem, smakiem. Dziadek wprowadzał mnie w ten świat mimochodem, ale z pasją, poprzez obserwację, skupienie na niezauważalnych często drobiazgach, wtajemniczał w rzeczy niezrozumiałe.

Ta obserwacyjna uważność przydawała się potem w pracy, na przykład przy skurowaniu królika, czy kuciu konia lub prostowaniu gwoździ.

Porozmawiajmy o chwastach. Dziś właściwie już ich nie ma. A kiedyś były integralną częścią krajobrazu.

Fot. Paweł Szadkowski / Forum
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Rumianek w zbożu

Tak; w dodatku chwasty to jeden z najbardziej niedocenianych elementów dawnego krajobrazu rolniczego. Dziś mówimy „chwasty” i myślimy: coś niepożądanego, coś do usunięcia. A tymczasem, w klasycznym agroekosystemie one były absolutnie fundamentalnym składnikiem bioróżnorodności i pełniły też swoja pozytywną role. W jednym polu pszenicy czy żyta mogło występować w tamtym czasie nawet do siedemdziesięciu gatunków chwastów. To było nieprawdopodobne bogactwo. Każdy z tych gatunków miał swoją funkcję biocenotyczną, swoje miejsce, swoją strategię przetrwania. I co ważne, wiele z nich było całkowicie uzależnionych od człowieka i całej agrokultury. Dziś, przy chemizacji i intensyfikacji rolnictwa, chwasty praktycznie wyeliminowano. Krajobraz stał się biologicznie ubogi, jednowymiarowy. A propos chwastów, czy Pan wie skąd się wzięło powiedzenie „lepszy rydz niż nic”?

Nie mam pojęcia, choć zawsze wydawało mi się ono niedorzeczne, biorąc pod uwagę docenianie walorów rydza w polskiej kuchni.

No właśnie, jaki sens miałoby to powiedzenie w stosunku do wyjątkowo smacznego grzyba? Tymczasem wszyscy do niego je odnoszą? Jednym z chwastów dawnych upraw była lniczka, zwana w staropolszczyźnie rydzem – krewniaczka rzeżuchy, chrzanu, rzepaku i kapusty.

Czyli nie chodzi o grzyba?

Była pospolitym chwastem lnu, ale jako forma dzika, pojawiała się także w innych zbożach. I teraz rzecz kluczowa: w czasach, gdy czyszczenie ziarna było procesem mechanicznym, opartym na mało selektywnym odwiewaniu, najpierw na wietrze,  potem w wialniach i „młynkach”, nigdy nie udawało się ziarna oczyścić idealne. Zawsze jakieś nasiona chwastów, większe od przeciętnych i  zbliżone wielkością do nasion rośliny uprawnej, np. lnu, odwiewane były razem z nimi, a wysiewane także z nimi, miały doskonale przygotowane siedlisko do życia – uprawioną przez rolnika glebę.  Stopniowo, przez taką niezamierzoną, wielowiekową selekcję, nasiona lniczki tak upodobniły się wielkością do nasion lnu, że oddzielenie jednych od drugich na drodze odwiewania okazało się niemożliwe. Nie robiono z tego problemu, szczególnie jeśli chodzi o len uprawiany na olej, bo szybko się okazało, że i nasiona lniczki dają także doskonały jadalny olej.  Z czasem zauważono, że len na glebach skrajnie ubogich bardzo cierpi od szkodników i przynosi plony marne, w przeciwieństwie do lniczki, która jako chwast była odporna na szkodniki, a nasion produkowała, w takich miejscach, znacznie więcej od lnu. Część z rolników w XIX wieku doszła do wniosku, żeby na takich ubogich siedliskach wysiewać samą lniczkę i z niej tłoczyć wcale dobry olej, bo wysiewanie tam lnu jest zupełnie nieopłacalne.  Oczywiście i lniczka, czyli ów rydz, nie dawała w takich miejscach zbyt wielkich plonów, stąd przeciwnicy jej uprawy ukuli uszczypliwe powiedzenie, że „kto sieje rydz, ten zbiera nic”. Jednak zwolennicy  uprawy rydza odpowiadali: „lepszy rydz niż nic” podkreślając, że żadna roślina na tych skrajnie ubogich glebach nie mogłaby rosnąć i przynosić jakichkolwiek plonów, więc „lepszy rydz, niż nic”.  Dziś, olej rydzowy, jako bardzo smaczny, wrócił do łask i jest  chętnie używany do robienia sałatek oraz rozmaitych przypraw. Rydz, czyli lniczka siewna, jest także wykorzystywany do robienia roślinnego oleju napędowego zbliżonego do diesla.

Fot. domena publiczna
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Lnicznik siewny (Camelina sativa)

Tylko ten przykład, pokazuje dlaczego

wątek chwastów jest tak ważny. Widać, że nawet to co uznajemy często za „złe”, szkodliwe lub z innych powodów niepożądane, może okazać się dobrodziejstwem. Podobnie ciekawych historii o chwastach można by opowiedzieć bardzo wiele. Na ich przykładzie można także pokazywać, jak ściśle splata się natura z kulturą.

Czyli to porzekadło o rydzu; często nie od razu rozpoznawanym ma bardzo dosłowne, biologiczne źródło.

Jak widać także kulturowe (a przynajmniej agro-kulturowe). To nie jest metafora oderwana od rzeczywistości. To zapis realnego doświadczenia ludzi żyjących w krajobrazie niedoboru. Chwasty nie były tylko problemem, często były zasobem, choć często nie od razu rozpoznawanym. Co więcej, wiele z nich wykształciło niezwykle sprytne strategie przetrwania. Biologia jest bezlitosna, ale i genialna zarazem, a życie ma zaskakujące mechanizmy obronne. Jeśli jakiś chwast nie dostał się do ziarna siewnego, to w kolejnym roku po prostu nie miał dogodnego dla siebie siedliska i musiał rosnąć w niekorzystnych warunkach i w niewielkiej nierzadko populacji, co nie zapewniało mu trwałej egzystencji; w skrajnych przypadkach po prosu ginął i znikał trwale z krajobrazu (jak choćby piękny kąkol, który w moim dzieciństwie rósł w zbożach w tysiącach osobników). Więc tylko te osobniki, które potrafiły „oszukać” system, przetrwały. Na części wystawy poświęconej narzędziom do oczyszczania ziarna chcę pokazać jak  zmyślne i fascynujące są niektóre z tych strategii przetrwania oraz inne ciekawostki dotyczące chwastów.

Fot. domena publiczna
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Kąkol w zbożu

Czyli chwasty były współuczestnikami tego samego systemu.

Tak. To była często koewolucja roślin uprawnych i chwastów, a mechanizmy tej szczególnej (ko)ewolucji fundował nieświadomie i mimowolnie człowiek. My tworzyliśmy krajobraz kulturowy, a chwasty się do tego krajobrazu dostosowywały, bo nie miały wyboru. Wiele z nich nie istnieje dziś w dzikiej przyrodzie. Bez człowieka znikają. To pokazuje, jak bardzo korzystna, z punktu widzenia ochrony bioróżnorodności, może być ekstensywna  gospodarka. Ogromna część bioróżnorodności, którą znamy i cenimy, istnieje w naszym krajobrazie dzięki człowiekowi i ma za sobą bardzo ciekawą, liczącą wiele tysięcy lat historię.

Gdyby miał pan wskazać trzy najbardziej zaskakujące obiekty w kolekcji, co by to było?

Dla mnie same obiekty nie są może aż tak zaskakujące, bo ja się w tym świecie wychowałem. Zaskakujące, a równocześnie fascynujące jest raczej to, czego sam musiałem się nauczyć, kiedy postanowiłem odtworzyć wyposażenie wszystkich dawnych, tradycyjnych warsztatów, które na tej ziemi funkcjonowały. Nie ze wszystkimi miałem wcześniej do czynienia, choć znałem wieś od podszewki.

Gromadząc wyposażenie kuźni, sam odkrywałem rzeczy, które były dla mnie nowe. Musiałem się zatrzymać i zapytać: do czego to właściwie służyło? Na przykład nie zdawałem sobie sprawy, że osie do wozów w tamtych czasach wykuwano ręcznie i służyły do tego odpowiednio dobrane i wyprofilowane młotki oraz tzw. „babki” (zupełnie inne niż te do klepania kos). U mojego dziadka nie było warsztatu kowalskiego, choć on wiele rzeczy, takich jak kucie konia, robił sam i do kowala z takimi pracami nie jeździł. Ale okuwanie wozów, czy wykonywanie rafek (stalowych obręczy na koła), to już wyższa szkoła jazdy. Nigdy nie widziałem całego procesu prowadzącego od koła wykonanego przez bednarza po okucie i montaż całego wozu. Dopiero kompletując narzędzia, zobaczyłem, jak bardzo wyspecjalizowany był warsztat kowala. Pokazuję tu np. blisko trzydzieści typów samych tylko szczypiec kowalskich, każdy do nieco innej czynność  i wykonywania innych przedmiotów. Kowal robił je sam, dbał o to by były ergonomiczne, wygodne, dawały pewność uchwytu. Wiele narzędzi będących na  wyposażeniu innych warsztatów zdobywałem niekiedy przypadkowo i musiałem sam dojść do tego, jak, przez kogo i w jakich celach były używane.

Czasem zaskoczeni byli nawet ludzie, od których te przedmioty kupowałem. Zdarzyło się, że na strychu znalazłem coś, co wyglądało jak drewniany, tępy miecz. Właściciel nie miał pojęcia, do czego to służyło. Tymczasem był to specjalny „nóż” używany przy kryciu dachów strzechą, narzędzie sprytne, funkcjonalne, dziś całkowicie zapomniane. To akurat znałem dobrze, bo w dzieciństwie asystowałem przy kryciu dachu strzechą. Niestety, dziś nie znam już nikogo, kto potrafiłby go użyć.

Podobnie było z prostym narzędziem w kształcie niewielkiego drewnianego noża z charakterystycznym wyżłobieniem, służącym do czyszczenia jelit przy świniobiciu. Dziś  kupuje się gotowe „jelita” wyrabiane fabrycznie i sprzedawane na metry. Wtedy świniobicie było na porządku dziennym i nieraz przyglądałem się różnym etapom pracy rzeźnika czy masarza – w tym czyszczeniu jelit.  Największym chyba zaskoczeniem i zadziwieniem nie są dla  mnie same przedmioty, ale fakt ich przetrwania do dziś na mojej Ziemi Lanckorońskiej.  Choć zupełnie się tego nie spodziewałem, zachowały się jednak tu i ówdzie. W kolekcji mam ich czasem po kilka czy kilkanaście sztuk, każdy inny. Największym

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

zaskoczeniem jest to, że wiedza – jeszcze tak niedawno powszechna – znika całkowicie wraz z narzędziami i ludźmi, którzy potrafili je używać . Dzieje się to samo, co ze starymi chwastami, niegdyś powszechnymi, a dziś – jak kąkol – zupełnie nieobecnymi w naszym krajobrazie.

Takich narzędzi jest zresztą więcej.

Choćby te do wykonywania drewnianych rynien, żłobienia i formowania niecek. To był bardzo wyspecjalizowany sprzęt, podobnie jak wiele innych narzędzi ciesielskich czy stolarskich. Dziś trudno znaleźć kogoś, kto potrafi się tymi narzędziami wprawnie posługiwać.

Podobnie było z warsztatami, których wcześniej w ogóle nie znałem, jak na przykład powroźnicze. Były stosunkowo proste, ale nigdy nie widziałem ich w użyciu. Kiedy postanowiłem zgromadzić klasyczne wyposażenie wszystkich warsztatów rzemieślniczych, okazało się, że część narzędzi była także i dla mnie zupełną nowością; czasem niełatwo było nawet ustalić, do jakiego rzemiosła w ogóle jakieś narzędzia należały. Przykładem są niektóre wyspecjalizowane narzędzia szewskie czy kaletnicze, ale nie tylko.

Dobrym przykładem jest choćby ogromna liczba specjalistycznych młotków. Każdy miał swoje przeznaczenie: inne były młotki ciesielskie, inne stolarskie, szewskie, murarskie czy kowalskie (tu różnorodność jest szczególnie duża – sam zebrałem około siedemdziesięciu, a jest ich grubo więcej). Zgromadzenie całego tego bogactwa narzędzi zmusiło mnie do uważnego przestudiowania i zrekonstruowania całego algorytmu pracy w poszczególnych warsztatach na tyle, bym mógł dziś opowiadać o niej innym i uruchamiać ich wyobraźnię.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

Jest też opowieść o warsztacie grzebieniarza.

Było to dla mnie jedno z największych „odkryć”. Jest to rzemiosło, o którym w dzieciństwie w ogóle nie słyszałem i do niedawna nic o nim nie wiedziałem. Nie spodziewałem się, że parę kilometrów od Lanckorony działał do lat 60-tych ubiegłego wieku, wielopokoleniowy, rodzinny warsztat grzebieniarski. Dotarłem do tych wiadomości dzięki koledze z Kalwarii Zebrzydowskiej, także pasjonatowi historii lokalnej. Sam warsztat się nie zachował, bo został wyrzucony przez wnuka ostatniego grzebieniarza, ale jego córka, która przez wiele lat uczestniczyła w pracy ojca, opisała mi cały proces bardzo dokładnie. Grzebienie wykonywano głównie z krowich rogów: rogi były, na gorąco rozmiękczane, nacinane i  prostowane, a potem cięte i odpowiednio obrabiane.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Zaskakujące było to, że typologia grzebieni, ich kształt, gęstość zębów, od tysięcy lat praktycznie się nie zmieniły. Z wyjątkiem najnowszych, wyspecjalizowanych form, grzebienie są niemal takie same jak przed paroma tysiącami lat. Jedna z gablot w muzeum będzie poświęcona właśnie temu rzemiosłu. Bardzo żałuję, że sam warsztat się nie zachował, bo był wyjątkowo rzadkim przykładem ręcznej manufaktury rozwijanej przez cztery pokolenia. I takich historii w mojej kolekcji jest więcej.

Na koniec porozmawiajmy jeszcze o modzie na świętych, obecnych w chłopskiej chałupie. Tu też panowały trendy.

W okresie  międzywojennym i  po wojnie na ścianach wszystkich niemal chałup czy domów na wsi obecny był obraz  świętej Teresy z Lisieux (tzw. Małej Tereski). Jej popularność wynikała z tego m. in., że została wtedy właśnie (tj. w latach dwudziestych) wyniesiona na ołtarze. Powszechny był w tamtym czasie kult Dwu Serc: Serca Jezusa i Serca Maryi. Oleodruków tych obrazów, znanych w kilku co najmniej wersjach, nie mogło braknąć w żadnym domu. Były tak powszechne, jak współcześnie obrazy Jezusa Miłosiernego  „Jezu, ufam Tobie”, świętej Faustyny i świętego Jana Pawła II. Nierzadkie były też starsze obrazy o tematyce pasyjnej i maryjnej, obrazy przedstawiające świętego Józefa, świętego Antoniego czy świętego Franciszka. Były to zazwyczaj także zwyczajne oleodruki, ale niosące nadzwyczajne przesłania. Obowiązkowy w każdym domu był także krzyż z pasyjką, wiszący na widocznym miejscu. Nie mogło także zabraknąć odmawianego na co dzień różańca czy szkaplerza. Te przedmioty kultu religijnego uczestniczyły w kształtowaniu nie tylko pobożności prostych ludzi, ale także w kształtowaniu całego etosu chłopskiego, który mnie osobiście do dziś fascynuje. W wymiarze etycznym była to uczciwość, odpowiedzialność, solidna praca i poczucie jej służebności wobec elementarnych potrzeb życia – wszystkie te cechy uczestniczyły w budowanie zdrowych relacji i więzi wspólnotowych.

Kiedy o etosie mowa, to chciałbym się odwołać do trzech ważnych dokumentów eksponowanych w odtworzonym warsztacie masarskim. Ale podobne były w obiegu do drugiej wojny i tuż po niej, w każdym tradycyjnym rzemiośle. Nawiązywały do odwiecznej niemal tradycji i wiązały się z metoda kształcenia ucznia oraz odpowiedzialnością mistrza. Dawniej mistrz nie wypuszczał ucznia, jeśli nie sprawdził nie tylko jego umiejętności, ale też charakteru. Świadectwo moralności (jeden z trzech wspomnianych dokumentów) było podstawą „wyzwolenia” w zawodzie. Wystawiały je trzy osoby; odpowiedzialna za wspólnotę religijną (zwykle proboszcz parafii), odpowiedzialna w sensie administracyjnym (burmistrz, wójt czy sołtys) i zawodową. Mistrz brał odpowiedzialność za to, kogo wprowadza do środowiska; wiedział, że może wprowadzić tylko kogoś, kto potrafi  służyć innym swoją rzetelną pracą.

Fot. Paweł Ulatowski
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Muzeum Wsi w Lanckoronie

Jak więc widać, nie zbieram tych przedmiotów po to, żeby pokazywać starocie. Chodzi mi raczej o zgromadzenie nośników pamięci o życiu prawdziwym, które nie jest indywidualne, ale jest wspólnotowe. Jako biolog wiem, że dotyczy wszelkich form życia i wszelkich form jego organizacji – od komórki, przez organizm, po ekosystem i krajobraz. Każdy element ma swoją rolę. Żaden nie istnieje sam dla siebie. Tymczasem dziś boimy się różnorodności. Ulegamy swoistej macdonaldyzacji świata. Wszędzie to samo, ten sam krajobraz, ta sama estetyka, ten sam sposób myślenia. A logika życia jest dokładnie odwrotna: nie ma dwóch identycznych bytów. Nawet bliźnięta jednojajowe, z tym samym kodem DNA, są istotowo różne. Różnorodność jest fundamentem harmonii. Uczę studentów, by projektując, nie „wymyślali” krajobrazu, tylko go dokładnie najpierw czytali. Bo każde miejsce ma swoją tożsamość, którą powinno się zachować. Krajobraz jest dynamiczny, zmienia się, ale nie powinien się rozpadać, dezintegrować; nie powinien tracić swego niepowtarzalnego oblicza. Sztuką nie jest jego zamrożenie, zakonserwowanie, lecz takie wprowadzanie zmian, by zachować w nim sens i ciągłość życia oraz jego środowisko o niepowtarzalnej tożsamości. I o tym chcę tutaj przypominać.

1. Fot. Paweł Ulatowski
2. Fot. Paweł Ulatowski
Założyciel Muzeum, prof. Zbigniew Mirek
Zanim zamilkł wiejski krajobraz
Założyciel muzeum prof. Zbigniew Mirek w rekonstrukcji chłopskiej izby opowiada o świecie polskiej wsi, który odchodzi do przeszłości

Prof. dr. hab. Zbigniew Mirek – polski biolog, specjalizujący się w antropogenicznych przemianach szaty roślinnej oraz systematyce i geografii roślin naczyniowych, dyrektor Instytutu Botaniki im. Władysława Szafera PAN w latach 1999–2011, prezes Polskiego Towarzystwa Botanicznego w latach 1998–2004).


Łukasz Gazur

Krytyk sztuki i teatru, wieloletni szef działu kultury w "Dzienniku Polskim" i "Gazecie Krakowskiej". Publikował i współpracował m.in. z "Przekrojem", "Tygodnikiem Powszechnym", "Wprost", TVP Kultura. Wykładowca akademicki na kierunkach kolekcjonerskich i antykwarycznych oraz dziennikarskich. Czterokrotnie wyróżniony Nagrodą Dziennikarzy Małopolski. Członek polskiej sekcji międzynarodowego stowarzyszenia krytyków AICA. Zastępca redaktora naczelnego magazynu "Spotkania z Zabytkami". Laureat jubileuszowej edycji nagród „Kolekcjonerstwo – nauka i upowszechnianie” im. Feliksa Jasieńskiego.

Popularne

Podniebny koncert pana Stanisława

Nie wiadomo, czy lira korbowa przetrwałaby w polskiej tradycji muzycznej, gdyby nie jeden uparty chłopak z Haczowa na Podkarpaciu. Stanisław, rocznik 1927, urodził się jako dziesiąte, przedostatnie dziecko w muzykalnej rodzinie Wyżykowskich. Choć trudno w to uwierzyć, rodzice mojego rozmówcy prowadzili gospodarstwo jeszcze pod austriackim zaborem. A właśnie w Galicji i na wschodnich rubieżach przyszłej niepodległej Rzeczypospolitej najdłużej zachowała się lira korbowa, początkowo znana w średniowiecznej Francji i Hiszpanii pod nazwą organistrum...