- kiedy w Warszawie pojawiły się pierwsze latarnie gazowe
- co oprócz platerów produkowano w fabryce Norblina
- czy budynek Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego był najwyższy w stolicy
Nie ma nic gorszego niż osobiste zwierzenia nieznanego bliżej autora. Zatem jak najkrócej: gromadzę groszową kolekcję varsavianów.
Artefakty dotyczą zazwyczaj tematów opisywanych między innymi w „Spotkaniach z Zabytkami”, czyli historii stołecznego przemysłu i architektury. I nie są kosztowne – to drobiazgi za cenę dwóch latte na sojowym w modnej sieciówce. Proponuję spacer ich śladem.
Akcja: Spółka Akcyjna Fabryk Metalowych pod firmą Norblin, B-cia Buch i T. Werner

To jedna z legend warszawskiego przemysłu. Dziś mieści się tu kompleks biurowo-gastronomiczno-handlowy wraz z Muzeum Fabryki Norblina, wplecionym w zespół odrestaurowanej zabudowy.
I słusznie, bo działka ograniczona dziś ulicami Prostą, Żelazną i Łucką służy branży metalowców od roku 1847, kiedy teren ten kupił berliński fabrykant Edward Luckfield. Nowy właściciel, do spółki z jubilerem Gustawem Henningerem, wytwarzał tu wówczas wyroby z „nowego srebra”, które wbrew nazwie było stopem miedzi, cynku i niklu. Pod koniec lat 50., po śmierci Luckfielda, fabrykę wykupiła rodzina Buchów – Niemców z pochodzenia, ale działających w Petersburgu (produkowali guziki i platerowane ozdoby mundurowe). Norblinowie pojawią się na tej scenie dopiero po kilku dekadach, bo w czasie, o którym teraz piszemy, rezydują jeszcze na pobliskiej ulicy Chłodnej.
Jednak w 1864 roku fabryka Wincentego Konstantego Norblina, produkująca posrebrzaną zastawę stołową, została odkupiona przez dzieci właściciela – Wincentego Ludwika oraz Albertynę – i połączona z warsztatem złotniczym Teodora Wernera, męża Albertyny. Na czele joint venture stanął Ludwik. W roku 1882 Norblinowie i Wernerowie wykupili fabrykę przy ulicy Żelaznej należącą do Buchów i tak wszyscy znaleźli się w miejscu, które do dziś kojarzy się z platerowanymi sztućcami (chociaż nie był to zasadniczy asortyment firmy, bo ta na przełomie stuleci wyróżniała się raczej na rynku rur miedzianych).
Mamy już zatem wszystkie nazwiska zapisane na naszej jednej akcji.
Sześć dekad później dawne akcje – skupowane jako papiery kolekcjonerskie – posłużyły do nieuczciwej próby przejęcia kontroli nad resztkami majątku firmy.



Medal: 120 lat Gazowni Warszawskiej
2. Fot. Bartosz Klimas
Zasilanie szło z gazowni przy ulicy Ludnej. 25-letniej koncesji na budowę i eksploatację stołecznej wytwórni gazu magistrat udzielił Niemieckiemu Kontynentalnemu Towarzystwu Gazowemu w Dessau. Trzy dekady później rosnące zapotrzebowanie na gaz spowodowało konieczność uruchomienia drugiego takiego zakładu. Nowa gazownia stanęła przy ulicy Dworskiej – dziś Kasprzaka. Atutem lokalizacji była bliskość linii kolejowej i możliwość doprowadzenia bocznicy. Wolski zakład stopniowo przejmował ciężar produkcji (gazownia na Ludnej przetrwała do 1930 roku).

Właścicieli z Dessau udało się wyeksmitować z Warszawy dopiero w 1925 roku i wówczas zakład stał się Gazownią Miejską. Jednak Niemcy wrócili tu jeszcze – w roku 1939 praca stanęła w pierwszych dniach września, po bombardowaniach. W październiku do zakładu wkroczyli okupanci i wznowili jego pracę. Załoga pozostała polska, co okazało się ważne kilka lat później – po wybuchu powstania warszawskiego w gazowni schroniło się wielu mieszkańców i powstańców; dostali zaświadczenia o zatrudnieniu ze wsteczną datą.
Nowa rzeczywistość rozpoczęła się na Woli w marcu 1945 roku, gdy w kotłowni, która uniknęła wojennych uszkodzeń, ruszył pierwszy kocioł parowy.
Od tego czasu wiele się zmieniło, bo dziś nie korzystamy już z gazu wytwarzanego w procesie koksowania węgla, lecz z gazu ziemnego. Zakład przy Kasprzaka wciąż jednak służy miastu, także w roli muzeum, otwartego w budynku dawnej aparatowni już w 1977 roku, a zmodernizowanego w roku 2022.
Prezentowany medal także wybito w 1977 roku. Wszystko wskazuje na to, że jego autorką była Stanisława Wątróbska-Frindt, która w tym czasie pełniła funkcję głównego plastyka-medaliera Mennicy Państwowej. Zdumiewa, że w Muzeum Gazowni Warszawskiej, które powstało – jako Muzeum Gazownictwa – z tej samej okazji co medal, nie ma informacji na jego temat.
Etykieta: Imperial, nalewka wytrawna na winie, Haberbusch i Schiele SA

Mamy rok 1948 – schyłek prywatnej przedsiębiorczości. Zgodnie z ustawą z 1946 roku o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej browar Haberbuscha i Schielego upaństwowiono. Nasza etykieta – z dość podejrzanej, przyznajmy, nalewki – nosi jeszcze dawną nazwę firmy, ale niebawem zniknie też ona i skończy się historia rozpoczęta sto lat wcześniej. A było tak: w 1846 roku Błażej Haberbusch (piwowar) i Jan Henryk Klawe (majster piekarski i młynarski, właściciel piekarni przy Marszałkowskiej) kupili na licytacji zadłużony browar przy ulicy Krochmalnej. Konstanty Schiele (który wraz z Haberbuschem pracował wcześniej w małym browarze Schäffer i Glimpf przy ulicy Ciepłej) nie uczestniczył w licytacji, jednak przystąpił do spółki.
Tak rozpoczęła się historia firmy założonej przez trzech Polaków rodem z Niemiec. Po pewnym czasie Haberbusch i Schiele wykupią udziały Klawego – który zdecyduje się przejść na rentierską emeryturę – a ich synowie stworzą spółkę akcyjną pod nazwą Towarzystwo Akcyjne Browaru Parowego i Fabryki Sztucznego Lodu pod firmą Haberbusch i Schiele.
Firma przetrwała I wojnę światową (mimo urzędowych ograniczeń produkcji i zmniejszonego popytu), a podczas II wojny – jako że mur browaru przylegał do getta – dyrektor Aleksander Schiele wraz z żoną Zofią zaangażowali się w pomoc Żydom, za co zostali pośmiertnie wyróżnieni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Nie obyło się jednak bez tragedii – w 1943 roku Niemcy zatrzymali Aleksandra Schielego i jego 19-letniego syna Jerzego. Obaj trafili do więzienia na Pawiaku. Po brutalnych przesłuchaniach Aleksandra wypuszczono, a Jerzego rozstrzelano – Gestapo uznało, że działał w konspiracji.
Browar rzeczywiście był ważnym punktem oporu – podczas powstania warszawskiego firmowe zapasy jęczmienia były wydawane ludności cywilnej i wojsku, a piwnicach składowano zapasy broni i amunicji.
Po upadku powstania Niemcy ograbili zakład z ocalałych urządzeń i podpalili. Stopień zniszczenia fabryki oceniono na 70 procent. Po dłuższej debacie, w 1950 roku zapadła decyzja o odbudowie browaru, oczywiście już jako firmy państwowej. „Obywatel Aleksander Schiele” dostał z Centralnego Zarządu Przemysłu Fermentacyjnego zawiadomienie o przejęciu jego firmy. Pierwsze powojenne butelki piwa zjechały z taśmy pięć lat później.
Na etykietach stołecznych produktów majaczyła czasem sylwetka sfinksa znana z logotypu przedwojennego browaru Haberbuscha i Schielego. Kto wiedział, ten wiedział.
Teren, wraz z nielicznymi zabytkowymi budynkami (warzelnia, laboratorium) i browarnymi piwnicami kupił deweloper, który – jak to zwykle bywa – wzniósł w tym miejscu zespół mieszkalno-biurowo-gastronomiczny. Co ostatecznie cieszy, bo zabytki – w tym willę Schiele’ów przy Grzybowskiej – odnowiono, a ogrodzony dawniej teren stał się dostępny dla Warszawiaków.
Pomiędzy Krochmalną i Grzybowską, równolegle do Wroniej, wytyczono zaś ulicę Haberbuscha i Schielego. Mierzy 135 metrów.
Rachunek: Przemysł Tłuszczowy Schicht-Lever SA

Po II wojnie światowej budynki przy ulicy Szwedzkiej zajmowała Pollena-Uroda, jednak dla mieszkańców Pragi zakład pozostał „Szychtem” – od nazwiska przedwojennego właściciela, producenta szarego mydła z jeleniem. Rachunek z 1931 roku w naszych zbiorach dotyczy innych produktów fabryki, w tym nie mniej słynnego proszku do prania Radion (który, jak zapewniało hasło z plakatu Tadeusza Gronowskiego, „sam pierze”).
Początki produkcji przemysłowej w tym miejscu sięgają 1889 roku, gdy wprowadziły się dwie firmy. W części południowej działało Akcyjne Towarzystwo Fabryki Lamp Bracia Brünner, Hugo Schneider, R. Dietmar, które wytwarzało „lampy naftowe, gazowe i elektryczne. Palniki wszelkich gatunków. Kuchenki i piecyki naftowe. Wyroby aluminiowe i z innych metali”. W części północnej ruszyło zaś Towarzystwo Akcyjne Fabryki Produktów Chemicznych „Praga”. Nie będziemy wchodzić w zawiłości kolejnych zmian właścicielskich, dość powiedzieć, że od lat 20. XX wieku zabudowania obu zakładów należały do spółki Georg Schicht AG – założonej w połowie XIX wieku, początkowo w postaci przydomowej wytwórni mydła, przez niemiecką rodzinę zamieszkałą w Czechach (lub Czechosłowacji, zależnie od tego, kiedy ich odwiedzamy).


Jednak na naszym rachunku widnieje przecież „Schicht-Lever”. Kapitały holenderski i angielski (ten ostatni w postaci firm Lever Brothers Ltd. i Unilever Ltd.) włączyły się do spółki w latach 30. Od tej pory przedsiębiorstwo działało pod nazwą Przemysł Tłuszczowy Schicht-Lever SA. Nowi udziałowcy zapewnili dostęp do oleju palmowego z plantacji w brytyjskich koloniach.
Po wojnie – i odbudowie ze zniszczeń, bo fabryka, choć na Pradze, to jednak ucierpiała – przekształcenia nie ustały. W latach 50. w dokumentach widniała Warszawska Fabryka Mydła i Kosmetyków – Przedsiębiorstwo Państwowe Uroda, zaś w latach 70. powołane już wcześniej Zjednoczenie Przemysłu Środków Piorących i Kosmetyków zyskało chwytliwą nazwę Pollena. Marka Pollena-Uroda przetrwa do połowy lat 90., a produkcja kosmetyków w tym miejscu – niespełna dekadę dłużej.
W 2005 roku zespół fabryczny trafił do rejestru zabytków; od tego też czasu pracownia Grupa 5 Architekci przygotowywała projekt przekształcenia dawnej Polleny w kwartał mieszkaniowy wzbogacony o funkcje handlowo-gastronomiczne.
Udało się, choć nie bez zawirowań spowodowanych czynnikami zewnętrznymi (kryzys finansowy z 2008 roku). Prace dobiegły końca w roku 2025. Zabytkowe budynki odzyskały blask, zatem pan Kowalewski z Łosic – gdyby miał tu znów zajechać po partię Radionu – chyba by się nie zgubił.
Pocztówka: Centrala telefoniczna

A dokładniej, budynek Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego w Warszawie, na rogu Nowogrodzkiej i Poznańskiej. Oddany w 1934 roku, był wówczas największym budynkiem użyteczności publicznej w stolicy.
„Urzędy telefonów międzymiastowych, telegrafu i radjotelegrafu, rozrzucone dotychczas po całem mieście i mieszczące się w ciasnych, nieodpowiednich lokalach, częściowo odnajmowanych (…) po zainstalowaniu się w nowym gmachu (…) będą mogły swobodnie rozwijać się w miarę przybywania nowych linij telekomunikacyjnych”
– prognozował miesięcznik „Architektura i budownictwo”.
Miejsca rzeczywiście było dużo – na tyle, że całe piąte i szóste piętro wieży można było, na razie, przeznaczyć na Muzeum Poczty i Telekomunikacji.
Modernistyczny gmach projektu Juliana Putermana-Sadłowskiego mienił się drugim co do wysokości wieżowcem w Polsce. Choć – jak pisał Waldemar Radlow, autor konstrukcji budynku – mógł być najwyższy, bo
Oba wieżowce łączyła nowatorska stalowa konstrukcja szkieletowa – tu także trwała swego rodzaju rywalizacja o miano pierwszego w Polsce. Wypada więc ogłosić remis – siedzibę telekomunikacji otwarto wcześniej, ale „Prudential” był wyższy.
Po uszkodzeniach z września 1939 roku gmach został odbudowany i był wykorzystywany przez Niemców jako siedziba Deutsche Post Osten.
Prawdopodobnie z tego okresu pochodzi nasza pocztówka.
W czasie powstania warszawskiego budynek pozostał w niemieckich rękach. Uniknął poważniejszych szkód, jednak po 1945 roku wprowadzono tu nieco zmian (jak stropy, którymi podzielono efektowne pomieszczenia o wysokości dwóch kondygnacji). W latach 60. przedłużono skrzydło od strony Nowogrodzkiej, co zmieniło proporcje całego założenia i nie przydało mu elegancji, na której najwyraźniej zależało przedwojennym projektantom, skoro pokryli fasady czerwonym piaskowcem i szlachetnym tynkiem terrazytowym. Autor opisu w karcie ewidencyjnej zabytku zwraca też uwagę, że wieżowiec, który w latach 80. stanął na obrzeżu wewnętrznego dziedzińca, przygniótł wybitne dzieło architektury funkcjonalistycznej.
Dzieło doceniono o tyle, że już w 1965 roku trafiło do rejestru zabytków. Od niedawna budynki są w rękach prywatnego inwestora, który w planach ma zmianę funkcji na biurowo-mieszkalną.
Przypinka: Elektrownia Warszawska 1904–1974

gdy William Heerlein Lindley (budowniczy stołecznych wodociągów i kanalizacji) przedstawił projekt miejskiej elektrowni zlokalizowanej przy ulicy Dobrej. Magistrat początkowo przyjął koncepcję, jednak ostatecznie ją odrzucił – brak funduszy skłonił władze miasta do sprzedaży koncesji na budowę elektrowni zamiast finansowania inwestycji komunalnej. I dlatego w 1902 roku miasto podpisało z Rosyjskim Towarzystwem Elektrycznym Schuckert i S-ka umowę na wyłączność dostaw energii elektrycznej w granicach Warszawy. Kontrakt zakładał budowę elektrowni wraz z siecią energetyczną i ich utrzymanie przez 35 lat. Przedsięwzięcie miało realizować Towarzystwo Elektryczności w Warszawie Spółka Akcyjna (Compagnie d’Electricité de Varsovie Société Anonyme) z siedzibą w Paryżu, powołane przez Schuckerta i Spółkę. Za francuskim szyldem rosyjskiego towarzystwa kryły się niemieckie pieniądze – Johann Sigmund Schuckert pochodził bowiem z Norymbergi.
Elektrownia ruszyła w 1904 roku, a dwa lata później na warszawskich ulicach rozbłysło światło elektryczne.
Niestety, problemów z francuskimi koncesjonariuszami nie brakowało – począwszy od ich ucieczki wraz z wybuchem I wojny światowej, przez proces z miastem przed Trybunałem Sprawiedliwości Międzynarodowej w Hadze, po przejęcie zakładu przez magistrat w 1936 roku (inicjatorem był tu prezydent Stefan Starzyński).
We wrześniu 1939 roku budynki elektrowni zostały poważnie uszkodzone, jednak udało się je prowizorycznie odtworzyć na potrzeby dalszej produkcji prądu dla miasta. Niemcy objęli zakład nadzorem wojskowym, a następnie cywilnym, utrzymując polską dyrekcję. To ważne, bo od 1942 roku naczelnym dyrektorem został Stanisław Skibniewski ps. Cubryna, późniejszy dowódca miejscowego zgrupowania AK. Przez cały sierpień 1944 roku powstańcy utrzymali się na terenie zakładu. Produkcję prądu wznowiono w kwietniu 1945 roku.
W latach 50. elektrownia stała się elektrociepłownią i w tej formie działała do końca stulecia.

A wtedy – wobec zapowiedzi o rozbiórce wiekowych zabudowań – rozpoczęła się kolejna batalia, zakończona zwycięstwem w postaci wpisu do rejestru zabytków. Konserwator uznał, że zespół stanowi cenny dokument rozwoju przemysłu warszawskiego i znaczący element współczesnego krajobrazu Powiśla.
Nowy, komercyjny właściciel przystąpił do rewitalizacji, podczas której ze starych murów usunięto wszelkie ślady czasu.
Wiadomo – na tak atrakcyjnej działce musi być „ładnie”. Ostatecznie jednak wygrali wszyscy – inwestor ma eleganckie centrum handlowe otoczone apartamentowcami, mieszkańcy i turyści – nową przestrzeń spacerową, a entuzjaści architektury przemysłowej – powidok czasów, w których miasto wchodziło w nowoczesność. No i tę przypinkę.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!


















