Choć w Galicji język polski nie był zakazany, działały tu polskie szkoły i panowała jako taka swoboda, to większość krakowianek siedziała w domu i wybierała trzy litery „K”: Kuchnię, Kołyskę i Kościół. Kraków kształtował kobiety na posłuszne i konwencjonalne. Na szczęście zdarzały się i takie, które działały i robiły rzeczy wykraczające poza konwencje. To one interesowały mnie jako autorkę – o niezwykłych mieszkankach miasta opowiada Alicja Zioło, autorka dwóch książek z cyklu „Krakowianki”.
Z Krakowem związanych było mnóstwo ciekawych kobiet, a do drugiej książki z cyklu „Krakowianki” musiała pani wybrać konkretne bohaterki. Jak pani to zrobiła?
Opierałam się po prostu na moich zainteresowaniach. Zależało mi na tym, by opisać osoby, które sama uważam za warte uwagi. Drugim kryterium był kontekst współczesny: czy ta osoba jest pamiętana i jak?
Z tym jest różnie. Zestawia pani postaci kanoniczne z tymi zapomnianymi czy mało znanymi.
Tak, postaci takie jak Olga Boznańska czy Helena Modrzejewska są bardzo znane, ale już wybitna, przedwojenna tenisistka, Jadwiga Jędrzejowska czy XIX-wieczna rzeźbiarka, Tola Certowiczówna, zostały zapomniane. Współczesnej artystce, Marii Pinińskiej-Bereś, nadal poświęca się za mało uwagi, z kolei historia o pierwszej władczyni Krakowa, Wandzie, została przeinaczona.
Pokazuje pani pewne problemy związane z jej legendą, twierdząc, że opowieść o Wandzie, która – jak wiadomo – nie chciała Niemca, jest szkodliwa. Czemu?
Dlatego, że przez wieki została przekształcona tak, że Wanda z obdarzonej wielką mocą i mądrością, równej mężczyznom pod względem kompetencji władczyni stała się bezsilną kobietą, której sposobem na niechcianego zalotnika było samobójstwo. Do tego zalotnika-Niemca, bo ten wariant opowieści zyskał popularność w XIX wieku, w czasie zaborów i miał umacniać naszą tożsamość narodową. Tymczasem ta historia jest pozbawiona logiki. Skoro władczyni Krakowa, o którą ubiega się tyran lemański (potem mówiono, że niemiecki) po to, by przejąć jej tron, popełnia samobójstwo, zalotnik powinien mieć ułatwioną sprawę jeśli chodzi o objęcie panowania pod Wawelem.
W znanej legendzie jej śmierć jest sposobem na odparcie najeźdźcy. Przecież to nie ma sensu!
Oprowadzając wycieczki dziecięce, opowiadam im tę historię w najstarszej znanej wersji, która ma zupełnie inny wydźwięk.

A jak ona brzmi?
Przelał ją na papier Wincenty Kadłubek.
Wanda, córka Kraka, jest w niej wybitną władczynią, która odrzuca zaloty lemańskiego księcia po prostu dlatego, że nie zamierza wychodzić za mąż, aby nie dzielić się wpływami i majątkiem, a nie ze względu na jego pochodzenie. Jako że jest postacią o nadprzyrodzonej mocy, staje z nim do walki i wygrywa.
Po zwycięstwie długo kontynuuje pracę na rzecz swojego ludu i umiera bezpotomnie. W tej opowieści nie ma mowy o Polsce i Niemczech, bo dotyczy ona czasów przedchrześcijańskich, gdy te państwa nie istniały, a opis dotyczył jedynie plemion mieszkających na tych terenach. I jest to historia sukcesu Wandy.
Opowieść o niej próbuje też tłumaczyć, dlaczego pawie pióro stało się elementem stroju krakowskiego.
Tak, choć to oczywiście tylko legendy, ale barwne, dlatego warte przytoczenia. Otóż ponoć Wanda miała jeszcze jednego absztyfikanta – indyjskiego maharadżę, który przybył na Wawel otoczony wielką świtą i licznymi podarkami, wśród których były pawie. Kiedy Wanda odrzuciła jego zaloty, wyjechał, ale barwne ptaki pozostały w Krakowie. Mieszkańcy miasta szybko zaczęli używać pawich piór jako ozdoby swojego stroju. Stąd ponoć wzięła się miłość Krakowian do tego elementu garderoby.
Historia Wandy – w tej wczesnej wersji – to opowieść o bezkompromisowości i samodzielności, historia Jadwigi Andegaweńskiej zaś – raczej o oddaniu i posłuszeństwie, choć z miłosną komplikacją po drodze.

Rzeczywiście, krążą legendy, jakoby Jadwiga zanim jako dwunastolatka wyszła za mąż za Władysława Jagiełłę, wciąż – potajemnie – spotykała się z księciem austriackim, Wilhelmem Habsburgiem, czego dowodem miałby być odcisk jej stópki w klasztorze franciszkanów. To druga tego rodzaju pamiątka w Krakowie, o której istnieniu wie niewiele osób, w przeciwieństwie do stópki Jadwigi, która znajduje się na fasadzie krakowskiego kościoła karmelitów Na Piasku. Poszłam zatem do klasztoru franciszkanów, żeby zobaczyć ją na własne oczy. Dzięki franciszkańskiej uprzejmości udało się przesunąć wielką, dębową szafę stojącą w zakrystii kościoła św. Franciszka, za którą z tyłu, na ścianie, ów odcisk się znajduje. Rzeczywiście, znaleźliśmy go, ale raczej nie może to być odcisk Jadwigi. Klasztor franciszkanów budowano sto lat przed narodzinami tej władczyni i prędzej ten odcisk można przypisać Salomei Piastównie, jednej z najbardziej przedsiębiorczych kobiet średniowiecza, o której też piszę w książce.
W poszukiwaniu zaś pamiątek po królowej Jadwidze trzeba się udać na Wawel. Znajdują się tam insygnia królewskie wyjęte z jej grobu.
Są one drewniane – te wykonane ze szlachetnego kruszcu zostały zgodnie z wolą Jadwigi oddane Uniwersytetowi Jagiellońskiemu.

Nie zawsze łatwo odnaleźć ślady kobiet, o których pani pisze. Wspomina pani swoją wyprawę do tarnowskiego kościoła w poszukiwaniu rzeźby Marii Pinińskiej-Bereś. Osiągnięcia Marceliny Czartoryskiej, jednej z bohaterek rozdziału o krakowskich muzyczkach, też nie są dobrze znane.
Była bardzo utalentowana muzycznie, ale żyła w czasach, w których zadaniem kobiety nie była artystyczna kariera, a małżeństwo, wychowywanie dzieci i wspieranie męża. Marcelina z Radziwiłłów wyszła za mąż za księcia Konstantego Czartoryskiego, ale wcześniej zdążyła nauczyć się gry na fortepianie od samego ucznia Beethovena, Carla Czernego.
Z muzykiem łączyła ją szczególna więź. Szybko złapali nić porozumienia, Chopin czuł, że Czartoryska jest nie tylko słuchaczką, ale kimś, kto głęboko rozumie jego muzykę i jego samego. Ona dbała o niego, wspierała go finansowo, była obecna przy jego śmierci, a potem grała jego utwory. W Krakowie mówiono, że nikt tak nie gra Chopina jak ona. Potrafiła oddać jego ducha. Robiła to między innymi w swojej rezydencji na ulicy Sławkowskiej w Krakowie i w Willi Decjusza, gdzie prowadziła salon artystyczny, a odwiedzała ją elita Krakowa.
Była też postacią znaną z działalności charytatywnej.
Owszem, Czartoryska zabiegała o to, by nie zapomnieć o Chopinie, ale też wspierała różne inicjatywy charytatywne, które uważała za cenne. Wsparcie wychodził sobie u niej Maciej Jakubowski, pierwszy na ziemiach polskich pediatra, który donosił o tym, w jak fatalnym stanie jest zdrowie dzieci z rodzin robotniczych, mających problemy z płucami.
Dzięki Czartoryskiej powstał pierwszy dziecięcy szpital na polskich ziemiach, czyli szpital św. Ludwika na ul. Strzeleckiej w Krakowie.
Jakubowski postulował, by zrobić coś więcej. Wiedział, że zły stan płuc dzieci to też kwestia stanu powietrza w Krakowie, dlatego powinny one wyjeżdżać na rekonwalescencję poza miasto. To Czartoryska umożliwiła mu zakup pięknej działki w Rabce i wybudowanie tam budynku, by dzieci miały gdzie dochodzić do siebie. To księżna też w 1888 roku wsparła pomysł stworzenia w Krakowie Konserwatorium Muzycznego, którego kontynuacją jest dzisiejsza Akademia Muzyczna. Oczywiście szkoda, że ówczesne czasy nie umożliwiły jej kariery muzycznej, na jaką zasługiwała. Śladem jej miłości do muzyki jest jej fortepian, który dziś można oglądać w Muzeum Czartoryskich w Krakowie.
Anna Szałapak, o której też pani pisze, żyła w bardziej przychylnych dla kobiet czasach i została znaną artystką Piwnicy pod Baranami. Przypomina pani jednak, że muzyka nie była jedyną pasją Szałapak, która poniekąd wiodła podwójne życie.
Można tak powiedzieć! Nie każdy wie, że artystka przez 30 lat nie tylko występowała w soboty na scenie w Piwnicy, ale równolegle, w tygodniu, pracowała jako etatowa pracowniczka Muzeum Krakowa. Miała pod opieką konkurs szopek krakowskich. To dla wielu krakowian bardzo ważne wydarzenie. Jego tradycja sięga 1937 roku: wtedy po raz pierwszy zorganizowano konkurs, wkrótce został on zawieszony ze względu na wojnę, ale po wojnie go przywrócono.
Po upadku żelaznej kurtyny szopki stały się towarem eksportowym, a w 2014 roku szopkarstwo zostało wpisane na Listę reprezentatywną niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO.
Szopkarze pracują nad swymi dziełami nawet cały rok, ich prace bywają ogromne, ale i małe jak łupina orzecha. Anna Szałapak tak bardzo fascynowała się tą tradycją, że poświęciła jej swój doktorat zatytułowany „Szopka krakowska jako zjawisko folkloru krakowskiego na tle szopki europejskiej. Studium historyczno-etnograficzne”. Była też w świetnych relacjach z szopkarzami, nie było konkursu szopek bez Anny Szałapak.

Udało jej się też osiągnąć sukces artystyczny, a z tym rozmaicie bywa. To, jak mogą potoczyć się losy utalentowanych kobiet, bardzo dobrze pokazuje rozdział, w którym zestawia pani dwie XIX-wieczne artystki: malarkę Olgę Boznańską z rzeźbiarką Tolą Certowiczówną.
Jedna zyskała wielką sławę, nazwisko drugiej mało komu w Polsce z czymkolwiek się kojarzy. Miało to złożone przyczyny. Jedną z nich był fakt, że Certowiczówna zajmowała się rzeźbą, a w tej uważanej za męską dziedzinie kobietom było jeszcze trudniej zyskać uznanie niż w malarstwie. Poza tym Boznańska postawiła wszystko na sztukę, to jej poświęcała cały czas i energię, a Certowiczówna rozumiejąc, że pochodzi z grupy uprzywilejowanej, chciała ułatwić drogę artystyczną tym paniom, które miały w życiu gorzej, przecierać szlaki innym, utalentowanym kobietom. Założyła w Krakowie Szkołę Sztuk Pięknych dla Kobiet. Nie przetrwała ona długo, bo artystka finansowała ją z własnych pieniędzy, a nie była to działalność dochodowa.
Jak wyglądała edukacja artystyczna kobiet w tych czasach?
Marnie. Zagraniczne wyjazdy Boznańskiej, Certowicz, ale też Bilińskiej czy Dulębianki były motywowane chęcią uczenia się rzemiosła artystycznego i wynikały z tego, że na ziemiach polskich, wówczas pod zaborami, nie było żadnej uczelni, która przyjmowałaby kobiety. Przekonanie, że kobieta jest niedorozwinięta, nie ma takich samych możliwości umysłowych jak mężczyzna, było bardzo głęboko zakorzenione. W przypadku sztuki dochodziły inne uprzedzenia, na przykład związane z tym, że aby tworzyć, trzeba mieć w sobie pierwiastek boski. Uważano, że kobiety oczywiście go nie mają. Zakazywano im też pracy z nagim modelem, a namalowanie postaci ludzkiej jest przecież kluczową umiejętnością w sztuce. Pierwsze kobiety trafiły na Uniwersytet Jagielloński dopiero w 1894 roku i to jako wolne słuchaczki, status studentek zyskały później. Na krakowskiej ASP pojawiły się dopiero w 1917 roku. A najdłużej przed kobietami bronił się Wydział Prawa na UJ, przyjął je dopiero po 1918 roku, gdy zmusiło go nowe, obowiązujące wówczas prawo.

Inna bohaterka książki, Helena Modrzejewska, urodziła się w 1840 roku, więc też nie mogła studiować. Na szczęście i bez tego zrobiła wielką karierę aktorską.
Oficjalnie zadebiutowała na scenie w Krakowie w 1865 roku, ale zrobiła światową karierę: w USA spędziła 32 lata. Na emeryturę planowała wrócić do Krakowa i z tym pomysłem związana jest zabytkowa willa, Modrzejówka, której historię opisuję w książce. To dość spory dom, który znajduje się na rogu ulicy Sienkiewicza i alei Grottgera. Ziemię, leżącą początkowo w obrębie wsi Krowodrza, Modrzejewska kupiła w 1884 roku, aby stworzyć tam swój krakowski azyl. Wybudowała willę według pomysłu przyrodniego brata, Adolfa Opida. W 1897 roku Modrzejówka została sprzedana i włączona w teren nowego osiedla zaprojektowanego przez Karola Knausa. W 1910 roku Krowodrza została włączona do Krakowa, a Modrzejówka zmieniała właścicieli, aż w 2000 roku została wpisana do rejestru zabytków. Trwa tam remont, ale jej przyszłe losy nie są znane.
Takich nieoczywistych miejsc, związanych z bohaterkami pani książki, jest w Krakowie więcej. Szczególnie widać to w rozdziale o siłaczkach: tenisistce Jadwidze Jędrzejowskiej, fryzjerce Franciszce Budziaszek-Resich, która pomagała Żydówkom w czasie II wojny światowej i dyrektorce sierocińca w krakowskim getcie, Annie Reginie Feuerstein. Trzeba się natrudzić, by trafić dziś ich tropem.
Rzeczywiście, genialna przedwojenna tenisistka, Jadwiga Jędrzejowska, dziś nie ma pod Wawelem nawet swojej ulicy. Po domu, w którym mieszkała w Krakowie, nie pozostał ślad. Podobnie jest z Anną Feuerstein – sama złożyłam wniosek o nadanie jednej z krakowskich ulic jej imienia, bo nie jest nigdzie upamiętniona, a jej zasługi są znaczne – to ona kierowała założonym w 1846 roku Domem Sierot Żydowskich od 1926 roku do czasu likwidacji placówki w 1942 roku, kiedy to poszła wraz z dziećmi na śmierć.

Dużo jest jeszcze do zrobienia jeśli chodzi o upamiętnienie wybitnych krakowianek. Na razie wszystko, co mogę zrobić, to zachęcić do wędrówek ich szlakiem po mieście
– na końcu każdego rozdziału podaję adresy, pod którymi żyły, tworzyły lub które były dla nich w jakiś sposób ważne.
„Krakowianki” to książka, która bada związki niezwykłych kobiet z byłą stolicą Polski na przestrzeni wieków. Jakim miastem był dla tych Polek, które chciały w życiu czegoś więcej niż wypełniania tradycyjnych ról?
Trudnym. Było to miasto konserwatywne. Sięgnijmy do czasów zaborów. Choć w Galicji język polski nie był zakazany, działały tu polskie szkoły i panowała jako taka swoboda, to
w przeważającej większości krakowianki siedziały w domu i wybierały trzy litery „K”: Kuchnię, Kołyskę i Kościół.
W Warszawie panował większy ferment, mimo że warunki do działania były tam trudniejsze. A Kraków kształtował kobiety na posłuszne i konwencjonalne. Na szczęście zdarzały się i takie, które działały i robiły rzeczy wykraczające poza konwencje. To one interesowały mnie jako autorkę.
Jak już powiedziałyśmy, nie zawsze łatwo było dotrzeć do informacji o nich. Ma pani jakieś swoje sposoby?
Mam swoje dwie, niezawodne metody. Pierwsza to pójście w teren. Kiedy wiem, że w Krakowie jest jakieś miejsce godne uwagi, chodzę tam, krążę, stukam, pukam, aż trafię na kogoś, kto może mi opowiedzieć coś ciekawego. Kraków nie był zniszczony w czasie II wojny światowej i zachował ciągłość dziedzictwa, więc czasem okazuje się, że wystarczy pójść pod czyjś dawny adres i tam szukać informacji.
Druga metoda, która mnie często ratuje, to poszukiwania cmentarne. Cmentarz Rakowicki to w ogóle jedno z moich ulubionych miejsc w Krakowie. Osoby sobie bliskie często są pochowane w jednym grobie i dzięki temu można się dowiedzieć, jakie nazwiska po mężu nosiły czyjeś siostry lub córki. To ułatwia badanie historii kobiet. Ale traktuję cmentarze również jako skrzynkę kontaktową.
Jak to?
Zostawiam na grobie list w słoiku i proszę o kontakt. Dzięki temu dotarłam do wielu cennych informacji. Zdarza się też, że publikuję zdjęcie grobu w mediach społecznościowych, pytając, czy ktoś zna osoby z nim związane. W ten sposób dotarłam do spadkobierców rzeźbiarki Toli Certowicz.

Nie tylko pisze pani książki, ale od lat także oprowadza wycieczki po Krakowie. Pisze pani, że sposób odkrywania tego miasta zmienił się w ostatnich latach. Jak?
Przed pandemią oprowadzałam cudzoziemców, którzy chcieli zobaczyć jak najwiecej w jak najkrótszym czasie. W pandemii zaczęłam oprowadzać Krakowian. Oni nigdzie się nie spieszą, mogą przeznaczyć cały weekend na poznawanie jednego miejsca, cenią skupienie i detal. Tak pozostało do dziś. Smakujemy Kraków po kawałku, wolniej.
Alicja Zioło
Licencjonowana przewodniczka po Krakowie, autorka nagrodzonych Nagrodą Krakowa Miasta Literatury UNESCO dwóch książek z serii „Krakowianki”, uhonorowana medalem Honoris Gratia, laureatka Nagrody Kazimiery Bujwidowej, inicjatorka projektu „Chodźże na wycieczkę!”, w ramach którego promuje zwiedzanie Krakowa w duchu slow tourism.

Alicja Zioło, „Krakowianki. Kontynuacja. Herstoryczne portrety niezwykłych Polek”, wydawnictwo MANDO
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!




