Była pierwszą polską artystką o żydowskim pochodzeniu, która została profesjonalną malarką. O niezwykłej artystce, która przełamywała bariery w życiu zawodowym i osobistym opowiada Sylwia Zientek, pisarka, autorka książek o sztuce i powieści historycznych, która pracuje nad biografią Meli Muter.

„Tylko sztuka i miłość nas ocali. Trzeba je pielęgnować bardziej niż kiedykolwiek, aby przetrwać” – pisała Mela Muter w liście w 1919 roku. Czy rzeczywiście trzymała się w życiu tych słów?
Tak, Muter była osobą, której życie opierało się na wielkich ideach. Żarliwie kochała sztukę, która była treścią jej istnienia. Traktowała ją z wielką powagą, nie jako hobby, sposób na zdobycie sławy czy pieniędzy. Jako kobieta zaś poszukiwała miłości. Wiele artystek, jak choćby Olga Boznańska, świadomie rezygnowało ze związków romantycznych, całkowicie poświęcając się sztuce, ale nie Mela. Przez wiele lat tkwiła w nieszczęśliwym, ograniczającym ją małżeństwie, cierpiała z powodu uczucia do Leopolda Staffa, który zawiódł ją jako człowiek, ale wreszcie w dojrzałym wieku, bo po czterdziestce, znalazła uczucie, jakiego szukała. Jej wielka miłość trwała tylko trzy lata i zakończyła się nagłą śmiercią partnera, jednak dała jej siłę i na zawsze wzmocniła jej poczucie wartości. Kiedy zabrakło w jej życiu ukochanego mężczyzny, Muter zwróciła się ku religii katolickiej i przez przeszło 40 lat z wielkim żarem kochała Boga.
Zacznijmy od początku, czyli od chwili narodzin artystki w XIX-wiecznej Warszawie…
Jak wyglądała wtedy stolica, wiemy choćby z „Lalki” Prusa; było to miasto o ogromnym rozwarstwieniu społecznym.
Mela żyła na styku kilku światów: była zasymilowaną Żydówką, a zarazem uczennicą państwowego gimnazjum, w którym mówienie po polsku groziło surowymi karami.
Pochodziła z bogatej, kupieckiej rodziny, ale stykała się z biedą, widoczną w mieście na każdym kroku, zwłaszcza wśród biedoty żydowskiej, którą rodzice artystki wspierali finansowo. Obcowanie z ludźmi skrajnie ubogimi i pokrzywdzonymi przez los naznaczyło Melę jeśli chodzi o tematykę jej prac, a także poglądy socjalistyczne, którym była wierna do końca życia.
To nie były czasy, w których kobiecie, szczególnie pochodzącej z tradycyjnej rodziny żydowskiej, łatwo było zostać artystką. Meli Muter się to udało. Jak?
Muter przetarła szlak – była pierwszą artystką polską o żydowskim pochodzeniu, która została profesjonalną malarką.

Wcześnie ujawniła talent i uczyła się rysunku od dziecka. Zapewne podziwiała karierę Boznańskiej, która wówczas wyznaczała drogę ambitnym twórczyniom, jednak jako Żydówce było jej znacznie trudniej osiągnąć takie cele, jakie realizowała Olga. Żydówki z zaboru rosyjskiego dopiero w XX wieku zaczęły tworzyć i działać w sferze publicznej. Muter powodzenie zawdzięczała głównie silnemu charakterowi.
W karierze artystycznej nie zaszkodziło jej nawet małżeństwo, które w tych czasach oznaczało dla kobiet najczęściej oddanie rodzinie i przekreślenie planów twórczych.
Mela Muter bardzo potrzebowała uczuć – brakowało jej ich od dziecka, bo wychowała się w domu, w którym ich nie okazywano. Jako młoda dziewczyna związała się z Michałem Muterlichem; był to tradycyjny, usankcjonowany przez rodziny związek. W 1889 roku wzięli ślub w synagodze. Mutermilch zapewne wydawał się najlepszym kandydatem na męża: był intelektualistą, socjalistą, początkującym pisarzem, rozumiał i w jakimś stopniu wspierał aspiracje żony. Niebawem Mela została też matką.

Jak to na nią wpłynęło?
Bardzo chciała być matką, ale pomimo uczuć do syna, odczuwała też ograniczenia, jakie wiązały się z opieką nad dzieckiem. Połączenie roli artystki i matki na początku XX wieku było sprawą niemal niespotykaną.
A młoda para postanowiła jeszcze bardziej skomplikować swoje losy i podjęła decyzję o przeprowadzce do Paryża w 1901 roku. Czemu?
Motywy nie do końca są znane. Pomysł był rzeczywiście szalony, tym bardziej, że wyjechali z rocznym synkiem, a w tamtych czasach nawet Paryżanie wywozili małe dzieci poza miasto, które uważano za niezdrowe miejsce do wychowywania latorośli. Wyjazd był prawdopodobnie pomysłem Muter, która pragnęła zostać artystką. W Warszawie jako małżonka i matka funkcjonująca w dużej rodzinie żydowskiej nie miała żadnych możliwości rozwijania talentu i kariery. Paryż był jedyną szansą na uwolnienie się od mieszczańskich konwenansów i zostanie artystką. I to się Meli udało.
Czym dokładnie był Paryż dla artystów na początku XX wieku?
Ziemią obiecaną, stolicą sztuki. To tam właśnie w tym czasie dokonywała się rewolucja w sztuce współczesnej. Muter miała okazję uczestniczyć w tym modernistycznym przełomie, kiedy akademickie malarstwo i dotychczasowe zasady określające drogę artysty uległy zasadniczej zmianie. Na wystawach pokazywano retrospektywy van Gogha, Gauguina i Cézanne’a – ci trzej twórcy wywarli ogromny wpływ na ukształtowanie się malarskiego stylu Muter. Edukacja akademicka przestała mieć znaczenie, Mela mogła więc skupić się na samorozwoju i wkroczyć na pole sztuki jako samouk.
A Bretania? Ponoć też była dla niej ważnym miejscem.
Tak, była miejscem niezwykle modnym wśród artystów, głównie za sprawą szkoły z Pont-Aven Paula Gauguina. Dzika przyroda, kraina niezniszczona przez rozwój cywilizacji, miejscowy folklor: wszystko to stanowiło inspirację dla młodych twórców. Praktycznie każdy twórca z kręgu Szkoły Paryskiej, m.in. Kisling, Zak, Hayden i Muter malowali w plenerze właśnie w Bretanii, która stanowiła laboratorium rozwijającego się stylu tych twórców.
Jak można opisać ten Meli Muter?
Artystka wypracowała swój indywidualny styl jeszcze przed I wojną światową. Czerpała dużo z postimpresjonistów, ale podejmowała też społeczne tematy, skupiając się na cierpieniu i wykluczeniu ludzi biednych, chorych i dotkniętych przez los. Leitmotivem jej twórczości było macierzyństwo odbiegające od cukierkowych wizji błogiego szczęścia młodej matki. Muter ukazywała matki proletariackie, kobiety udręczone przez los, mające ambiwalentne odczucia wobec macierzyństwa. To podejście artystki było w tamtym czasie bez wątpienia rewolucyjne.
„Ona kocha smutek, nieszczęście, starość brzydotę” – pisał krytyk Robert Kemp w 1913 roku w „L’Aurore”. Czy te słowa rzeczywiście trafnie podsumowują jej prace?
Francuska krytyka miała od początku problem z recepcją sztuki Muter, tak bardzo była odmienna, radykalna, inna od tego, co tworzyły ówczesne artystki. Krytycy sztuki zaszufladkowali ją jako „wielbicielkę brzydoty”, łącząc skłonności malarki z jej słowiańskim pochodzeniem, kontaktem z literaturą rosyjską, zwłaszcza z książkami Tołstoja i Dostojewskiego.

Podczas gdy artystka rozwijała swoje twórcze możliwości, jej małżeństwo zaczęło się rozpadać.
Muter wielokrotnie powtarzała, że czuła się w małżeństwie jak w klatce. Mutermilch był zaborczym mężczyzną, dodatkowo nie radził sobie z karierą żony. Mela szybko zwróciła uwagę krytyki, podczas gdy Michał pozostał podrzędnym literatem, któremu nie udało się zyskać uznania. Ten element zapewne ciążył na ich relacji. Mieli kompletnie inne temperamenty.
Mela nie dawała się poskromić, zamknąć w domu, potrzebowała wolności. Była jednak matką.
Wybawieniem na krótszą metę stały się podróże. W pewnym momencie uwikłała się też w romans z Leopoldem Staffem. Była w nim ogromnie zakochana i liczyła na to, że ten podejmie decyzję o ich wspólnym życiu. Uciekła nawet od męża, przebyła zimą dystans z Paryża do Zakopanego, aby spotkać się z ukochanym. Ten jednak stchórzył, zawiódł ją, nie umiejąc podjąć decyzji o wspólnej przyszłości. Mutermilch przyjechał za żoną do Zakopanego i tam poddał małżeński spór pod sąd Jana Kasprowicza. Staff dostosował się do decyzji poety: Mela miała przez sześć miesięcy pozostawać bez kontaktu z Leopoldem, a jeśli po tym okresie chciałaby nadal zostawić męża, para mogłaby być razem.

Artystki nikt nie zapytał nawet o zdanie, co dobitnie pokazuje, jaką pozycję miały kobiety w tamtych czasach.
Relacja ze Staffem nie przetrwała.


W 1917 roku w życiu osobistym Muter nastąpił duży przełom: będąc tuż po czterdziestce poznała młodszego o 15 lat mężczyznę. To on okazał się być jej największą miłością. Nie zważając na różnicę wieku, para zdecydowała się na związek.
Raymond Lefebvre był pisarzem, komunistą, dziennikarzem, zadeklarowanym pacyfistą i politykiem. Poznali się w trudnym momencie życia Muter, kiedy jej syn chorował na gruźlicę kości, a Mutermilch był na froncie. Lefebvre poważnie chorował na płuca, musiał przebywać w sanatoriach. Artystka była rozdarta między rolą opiekunki syna i ukochanego. Jednak Lefebvre potrafił dać jej miłość o takim stopniu intensywności, jakiego oczekiwała. Planowali wspólne życie, wspierali się w swoich aspiracjach. Niestety, Raymond zmarł w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach w 1920 roku, w trakcie powrotu z bolszewickiej Rosji. Prawdopodobnie został zlikwidowany przez Lenina.
Niebawem artystkę spotkała kolejna tragedia w życiu osobistym: umarł jej syn…
Utopił się w wannie w wieku zaledwie 24 lat. Była to tragedia, która naznaczyła artystkę do końca życia.

W cieniu osobistych przełomów i tragedii nastąpił okres największej popularności artystki, który przypadł na lata 20.
Tak, to były lata największego uznania artystki, która zyskała w Paryżu status renomowanej portrecistki francuskich elit.
Malowała portrety ówczesnych sław, intelektualistów, pisarzy, muzyków i polityków m.in. Maurice’a Ravela, Romain Rollanda czy Paul Vaillant-Couturiera. Przeżywała swoje pięć minut sławy.

Jak jej życie i twórczość naznaczyła II wojna światowa?
Mimo, iż Muter była obywatelką francuską, przechrzczoną katoliczką, z uwagi na żydowskie pochodzenie musiała się ukrywać. Spędziła czas wojny w Awinionie w skrajnie trudnych warunkach materialnych, w samotności. Ratowały ją wówczas rozległe intelektualne zainteresowania, pisała książki i pogłębiała swoją wiedzę.

Jak wyglądało jej życie po wojnie?
Niestety, po wojnie nie udało się jej odzyskać dawnej pozycji na rynku sztuki. Żyła na skraju nędzy, doświadczona przez liczne przeciwności losu, choroby i samotność. Do końca tworzyła.
A co z późniejszą recepcją jej twórczości?
W PRL-u jej nazwisko było kompletnie pomijane, we Francji wymazano ją z historii sztuki. Zainteresowanie jej twórczością, podobnie jak całą Szkołą Paryską, pojawiło się wraz z przemianami ustrojowymi po 1989 roku. Na początku lat 90. prace Muter trafiły do prywatnych kolekcji, a ich ceny znacząco wzrosły. W ostatnich latach jej nazwisko powoli, choć sukcesywnie budzi zainteresowanie, jednak w mojej ocenie pozostaje nadal niedostatecznie uznane na polu polskiej historii sztuki. Mam nadzieję, że ta sytuacja zmieni się wraz z otwarciem wystawy retrospektywnej jej twórczości. Muter była jedną z najwybitniejszych artystek XX wieku i zasługuje na należyte miejsce w kanonie sztuki europejskiej.
Podobnie jest z innymi artystkami, o których pisała pani eseje w swoich zbiorowych książkach. Dlaczego postanowiła pani napisać biografię właśnie Meli Muter?
Ta fascynacja trwa od niemal 10 lat, o czym świadczy chociażby to, że umieściłam Muter jako postać w mojej powieści, w drugim tomie cyklu „Hotel Varsovie”, który ukazał się przed ośmiu laty. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zobaczyłam jej obrazy na żywo, ale na pewno było to w Villi La Fleur w Konstancinie. Na początku uznałam jej płótna za niepokojące, wymagające oswojenia. Nie dawały mi spokoju i skłoniły do poszukiwania informacji, kim była artystka, która za nimi stała. Od dawna chciałam napisać biografię Muter, już w 2018 roku zgłaszałam propozycję takiej książki mojemu ówczesnemu wydawcy, jednak wówczas postać artystki nie była dostatecznie znana. Pisałam o Meli w „Polkach na Montparnassie” i w książce „Tylko one. Polska sztuka bez mężczyzn”. W końcu uznałam, że zgromadzona ilość materiałów i nowe odkrycia wymagają poświęcenia artystce odrębnej biografii.

Jakie były największe wyzwania związane z jej pisaniem?
W przypadku życiorysu Muter istnieje wiele białych plam, co jest frustrujące. W swoim długim, intensywnym życiu Mela bardzo dużo podróżowała, znała wiele osób z różnych środowisk, brakuje jednak ich świadectw dotyczących tego, jaka była. Niektóre wydarzenia z jej życia pozostają niewyjaśnione, nie zawsze wiadomo, jakie motywy stały za pewnymi decyzjami artystki.
Jak sobie pani z tym radziła?
W takich sytuacjach pisałam wprost, że brakuje informacji na dany temat i zastanawiałam się nad możliwymi zdarzeniami albo wariantami życiowych ścieżek. Miałam świadomość, że niektórych elementów prawdopodobnie nigdy nie uda się uzupełnić, jest po prostu za późno na zebranie źródeł.
Artystka zmarła w osamotnieniu w wieku 91 lat, przeżyła swoją rodzinę i przyjaciół, jej archiwum jest skromne i niekompletne.
W jaki więc sposób docierała pani do potrzebnych źródeł?
Latami i z trudem. Na pewno nie da się dotrzeć do odpowiednich informacji w szybkim tempie. Poza przeszukiwaniem archiwów i zbieraniem dokumentacji bardzo rzetelnie weryfikowałam prasę z epoki. W przypadku Muter były to tysiące rozmaitych tekstów i wzmianek we francuskich pismach, często niszowych. Cennym źródłem wiedzy były katalogi wystaw, do których niekiedy trudno dotrzeć, bo były wydane w 100 egzemplarzach 100 lat temu.
Należę do osób, które odwiedzają miejsca, w których przebywali moi bohaterowi. To dla mnie istotny element budowania więzi z postacią i zrozumienia jej drogi artystycznej. W przypadku Muter te wyprawy trwają od przeszło ośmiu lat. Właściwie nie odwiedziłam tylko Kraju Basków, który zafascynował Melę malarsko jeszcze przed I wojną światową. Inne ważne dla niej miejsca, jak Katalonia, południe Francji, miasteczko Collioure czy Bretania, nie wspominając o Paryżu, już odwiedziłam.

Ciekawa jest droga twórcza nie tylko Muter, ale też pani. Po czterdziestce postanowiła pani rzucić bezpieczną posadę i pisać książki.
Już jako kilkunastoletnia dziewczynka chciałam być pisarką. Ostatnio przeczytałam wywiad z Hanną Krall, która przyznała, że zapragnęła pisać zainspirowana „Anią z Zielonego Wzgórza”. Ja podobnie, chciałam być jak Ania. To dziecięce marzenie nigdy mnie nie opuściło. Pisałam przez lata do szuflady, śmieszne powieści w czasie podstawówki, poważniejszą powieść na studiach, a opowiadania kiedy zaczęłam pracować zawodowo jako prawniczka. Długo to trwało, zanim pokazałam komuś to, co tworzę. Zadebiutowałam w wieku 38 lat i od tamtej pory nieustająco czekałam na moment, kiedy będę mogła zrezygnować z pracy w korporacji i poświęcić się pisaniu książek. Wymagały one długiego researchu. Nie byłabym w stanie napisać takich książek, jak cykl historyczny „Hotel Varsovie” czy pozycje non fiction o sztuce, pracując na pełen etat w biurze. Bałam się oczywiście utraty finansowej stabilności, ale wreszcie dziesięć lat temu odeszłam z firmy i uważam, że to najlepsza decyzja, jaką podjęłam.
Biografia Meli Muter pióra Sylwii Zientek ukaże się w 2026 r. w Wydawnictwie Znak.
Sylwia Zientek jest autorką książek o sztuce i powieści historycznych m.in. „Polki na Montparnassie”, „Blask Montparnasse’u”, „Tylko one. Polska sztuka bez mężczyzn”, „Kolonia Marusia”, „Hotel Varsovie”.
Do 24 sierpnia w siedzibie warszawskiej Art&Modern Foundation można obejżeć wystawę „Odbite w sztuce. Kwestie społeczne w twórczości Leopolda Gottlieba i Meli Muter”.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!








