Słynny polski pawilon pokazany w 1925 roku na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa w Paryżu wywołał furorę, zdobywając ogrom nagród, ale nie przetrwał do dziś i do niedawna był jedynie legendą. Dzięki współczesnym projektantom parającym się VR – Tobiaszowi Bułynko z Narodowego Instytutu Dziedzictwa i Karolinie Polkowskiej ze studia Cudawidy – od niedawna pawilon istnieje ponownie w wirtualnej przestrzeni, pozwalając na zanurzenie się w kolorach i formach polskiego art déco.
Zacznijmy od przypomnienia formuły wystaw międzynarodowych – od XIX wieku pozwalały one państwom pochwalić się osiągnięciami w rozmaitych dziedzinach. Paryska wystawa zorganizowana w 1925 roku na nadsekwańskich bulwarach dotyczyła akurat designu. Przy Cours la Reine stawiano narodowe pawilony uosabiające ducha danej kultury i pokazywano wybitne przykłady sztuki użytkowej w Grand Palais, a wszystko to już w nurcie kiełkującej modernistycznej wizji nowoczesności przełamanej wdziękiem art déco. Pierwszy raz w tej paradzie artystycznych osiągnięć wzięła udział niepodległa Polska i – co tu dużo gadać – podbiła Paryż, zdobywając niemal 200 nagród, wyróżnień, złotych medali, w tym Grand Prix dla samego budynku pawilonu projektu Józefa Czajkowskiego. Wszystko to chłonęłam na studiach z historii sztuki, ale nie liczyłam wtedy, że do tego budynku będę mogła kiedyś sama wejść i na własne oczy zobaczyć feerię barw ściennych malowideł Zofii Stryjeńskiej. Dzięki wam – mogę. Jest to wielka i nieoczekiwana przyjemność, którą miałam okazję przeżyć dzięki specjalnemu pokazowi dzieła „Pawilon Polski 1925 VR”, zorganizowanemu przez Narodowy Instytut Dziedzictwa, operatora tego projektu. Jak doszło do jego realizacji?


Tobiasz Bułynko: Na co dzień pracuję w Narodowym Instytucie Dziedzictwa jako grafik. Karolina prowadzi zewnętrzne studio Cudawidy, które zajmuje się projektami 3D, i w warstwie technologicznej oraz modelarskiej była w tym projekcie absolutnie kluczowa – bez niej ten pawilon po prostu by nie powstał. Ja z kolei byłem mocniej zanurzony w research historyczny i w część instytucjonalną: łączyłem projekt z NID. Ten parasol instytucji bardzo nam pomógł, zwłaszcza przy zdobywaniu zgód, w kontaktach z muzeami i przechodzeniu oficjalnych ścieżek.
Karolina Polkowska: Oboje jesteśmy absolwentami Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i znamy się z Tobiaszem jeszcze ze studiów. Skończyliśmy Wydział Sztuki Mediów, gdzie liznęliśmy tej artystycznej i trochę też technicznej sfery działania ze współczesnymi technologiami. Dyplom magisterski robiłam w Pracownię 3D i Zdarzeń Wirtualnych i już wtedy moja praca dyplomowa miała formę doświadczenia VR. Tak zaczęła się moja przygoda z tym medium.

Sześć lat temu pracowaliśmy razem z Tobiaszem przy projekcie wirtualnego muzeum rzeźbiarza Jana Szczepkowskiego. To był nasz pierwszy głębszy kontakt ze sztuką tego okresu i polską wersją art déco. Wtedy zaczęliśmy bardziej świadomie odkrywać wystawę paryską z 1925 roku, ołtarz Szczepkowskiego nagrodzony Grand Prix i sam pawilon polski zaprojektowany przez Józefa Czajkowskiego.
Powiedzieliśmy sobie wtedy, że na stulecie wystawy zrobimy rekonstrukcję budowli w 3D. Na początku było to bardziej marzenie niż plan: nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy w stanie to zrobić, czy udźwigniemy taki projekt, czy znajdziemy finansowanie. Mimo to postanowiliśmy zacząć od prostej wersji, którą można pokazać, i dopiero z nią szukać środków. Bez pierwszych efektów trudno byłoby przekonać innych, że jesteśmy w stanie zrobić taki projekt we dwoje.

Ja też na początku byłam przekonana, że pracował nad tym wielki zespół, a nie dwoje ludzi.
K.P.: To wszystko rozbijało się przede wszystkim o czas, który musieliśmy na to poświęcić. Większy zespół na pewno zrobiłby to szybciej, ale my mieliśmy dużą determinację i dość jasno podzielone zadania.
T.B.: Całość zajęła nam około roku. Pierwsza, początkowa część powstała w trzy miesiące i była bardzo ważna, bo wtedy wypracowaliśmy procesy, które później stały się naszą bazą i mocno przyspieszyły dalszą pracę.
2. Fot. Karolin Polkowska / Cudawidy
Wspomniałeś o tym, że instytucjonalna afiliacja projektu pozwoliła łatwiej zdobyć różnego rodzaju zgody.
T.B.: Wiele materiałów archiwalnych dotyczących pawilonu i polskiej ekspozycji znajduje się dziś w muzeach, dlatego tak ważne było zdobycie ich w możliwie najlepszej jakości. Czasem chodziło o fotografie, czasem możliwość obfotografowania konkretnego obiektu, a czasem o zdobycie lepszych skanów, na podstawie których byliśmy w stanie wyciągnąć więcej informacji do tworzenia naszych modeli 3D.
K.P.: Często chodziło też o zgody spadkobierców, np. Zofii Stryjeńskiej, na wykorzystanie jej dzieł w projekcie. Część materiałów, jak sgraffita z herbami miast autorstwa Wojciecha Jastrzębowskiego, jest już w domenie publicznej. Inne nadal są chronione prawem autorskim.
Z tego, co słyszałam, oprócz kwerendy archiwalnej odbyła się też „wizja lokalna” w Paryżu?
T.B.: Mieliśmy przyjemność pojechać tam w zeszłym roku, w trakcie realizacji projektu. Nie tylko zbieraliśmy materiały dotyczące pawilonu, lecz także zobaczyliśmy miejsce, w którym naprawdę stał. Okazało się, że ta lokalizacja nie zmieniła się aż tak bardzo: nadal jest tam szpaler kasztanowców i stary murek wzdłuż ścieżki. Udało nam się ustalić dokładne położenie pawilonu polskiego oraz holenderskiego, stojącego vis-à-vis. O nim też moglibyśmy sporo opowiedzieć, bo postawiliśmy sobie poprzeczkę wysoko i zbadaliśmy również otoczenie polskiej budowli, żeby móc je wiarygodnie odtworzyć.
Podobno było w Paryżu chodzenie z miarką i mierzenie.
T.B.: Paryżanie i turyści musieli dziwnie się na nas patrzeć, bo rzeczywiście wypożyczyłem z ambasady miarkę i mierzyłem odległości między drzewami, murkiem i chodnikiem. Chodziło o to, żeby możliwie dokładnie uchwycić skalę pawilonu i jego posadowienie w przestrzeni. To bardzo pomogło w rekonstrukcji otoczenia. To była wyjątkowa sytuacja, bo nie odtwarzaliśmy czegoś, co nadal istnieje i co można porównać ze stanem obecnym.
2. Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Pracowaliśmy z czymś, co zniknęło – z dziedzictwem, które trzeba było zrekonstruować na podstawie śladów. Chcieliśmy stworzyć wiarygodną iluzję rzeczywistości dla obiektu, którego już nie ma.
2. Fot. Karolin Polkowska / Cudawidy
2. Fot. Karolin Polkowska / Cudawidy
Jeśli mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia, bo już byłam w środku pawilonu i go zwiedzałam wirtualnie – ma się poczucie bycia w otoczeniu naturalnym, wchodzi się do budynku z parku, wokół są drzewa, słońce i wrażenie przestrzeni. Myślę, że właśnie ta zmysłowość i przestrzeń to dwie kategorie, o które chodzi, kiedy chce się uzyskać poczucie realnego istnienia w VR.
K.P.: Chodzi o wrażenie immersji – całkowitego zanurzenia w danym środowisku. To pojęcie jest bardzo ważne w projektowaniu VR. Właśnie do tego dążymy: żeby osoba w goglach na chwilę zapomniała o tej „prawdziwej” rzeczywistości i uwierzyła w przestrzeń, w której się znalazła.

A co się stało z tym, co było? Co się stało z fizyczną budowlą?
T.B.:
Z Jerzym Warchałowskim, komisarzem działu polskiego na czele, dopilnowano, żeby wszystko było gotowe na czas. Bardzo wszystkim zależało, żebyśmy mieli jako niepodległa Polska co pokazać, i zrobili to dobrze. W dniu otwarcia byliśmy jednym z niewielu gotowych pawilonów, sąsiedzi potrzebowali jeszcze kilku dni, by się otworzyć dla publiczności.



Pokaz trwał około pół roku i zakończył się w październiku. Po zamknięciu wystawy elementy budynku zostały rozebrane. Mamy zdjęcia z widokiem tej rozbieranej szklanej wieży, jej konstrukcji. Szalenie ciekawym wątkiem jest list, który znaleźliśmy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Rok po zamknięciu wystawy Jerzy Warchałowski wciąż stara się o to, że żeby ten pawilon został odbudowany na polskiej ziemi.
Tutaj jest ten fragment: „Ta posadzka to własność fabryki Bracia Rudolf w Warszawie, która przechowuje ją w nadziei, że będzie użyta przy rekonstrukcji wnętrza”.

K.P.: Warchałowski śledził losy prac i elementów wyposażenia w nadziei, że uda się jeszcze postawić pawilon w Polsce.
A przedmioty, wyposażenie, tkaniny?
T.B.: Duża część kilimów, akcesoriów i obiektów, które kojarzymy z wystawą z 1925 roku, znajdowała się w części wystawowo-dekoracyjnej w Grand Palais – one w większości wróciły do Polski. W samym pawilonie ciekawa jest np. kwestia sgraffitów z herbami miast autorstwa Wojciecha Jastrzębowskiego w atrium. Trudno je przecież po prostu „wyciąć” ze ściany, więc zastanawialiśmy się, czy były wykonane na panelach, które można było zdemontować. Tego nie wiemy. Wiemy za to, że ogromne obrazy (każdy miał wymiary około 3,1 na 3,95 metra) autorstwa Zofii Stryjeńskiej pod tytułem „Pory roku” wróciły po wystawie do Polski w całości. Do 1939 roku zdobiły ściany Sejmu. Później, na początku wojny, autorka pocięła je na fragmenty, żeby je uratować. Po wojnie te części trafiły w różne miejsca. Dziś znajdują się zarówno w Polsce, jak i za granicą, w kolekcjach prywatnych oraz instytucjach. Fragment „Kobieta z warkoczem” mieliśmy przyjemność oglądać w Bibliotece Polskiej w Paryżu – Stryjeńska sama go tam podarowała.
Te części, które nie zachowały się w pierwotnej formie, musieliśmy odtworzyć cyfrowo.
W praktyce oznaczało to dla mnie wiele godzin kolorowania i porównywania materiałów, by uzyskać właściwe barwy. Tu z pomocą przychodziły np. pocztówki, zdjęcia kolorowe, fragmenty obrazów, które się zachowały. Zbieranie takich informacji trwało latami i zaczęło się dużo wcześniej niż sam projekt VR. Z każdego dostępnego fragmentu pobieraliśmy próbki kolorów i porównywaliśmy je z innymi obrazami, żeby możliwie wiarygodnie odtworzyć całość.

K.P.: Niektóre przedstawienia Stryjeńskiej powtarzają się w kilku wersjach, dlatego przyglądaliśmy się kolorystyce innych prac i sprawdzaliśmy, czy mogła użyć podobnych zestawień barwnych także w panneau z pawilonu. Korzystaliśmy również z kilku zachowanych fotografii kolorowych, które pomagały w podejmowaniu takich decyzji.
(…)
Cały artykuł w kwartalniku „Spotkania z Zabytkami” 3/2026. Na rynku od 1 lipca. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!
Więcej o Pawilonie Polskim na stronie projektu: pawilon1925.pl























