Rembrandt van Rijn, „Jeździec polski”, 1655 r., olej, płótno, 117,1x134,8 cm, The Frick Collection, USA
Repr. Getty Images
Wywiady

Inspirujące polonika

Katarzyna Wąs i Leszek Wąs, czyli doradczyni w dziedzinie zakupu dzieł sztuki oraz marszand i kolekcjoner, a prywatnie córka z ojcem, w naszej stałej rubryce „NieWĄSkie spojrzenie” rozmawiają o obiektach dostępnych na aukcjach, ich historii i wartości. Tym razem tematem stały się polonika znajdujące się w obcych kolekcjach.


W naszej rozmowie o meblach, opublikowanej w portalu www.spotkaniazzabytkami.pl, wspomniałeś o tzw. stoliku cieszyńskim (Table de Teschen) znajdującym się od paru lat w Luwrze. Jakie inne dzieła sztuki zawierają w swoich nazwach skojarzenia z Polską?

To np. bardzo rzadka grupa jedwabnych kobierców perskich, wytwarzanych od końca XVI do XVII wieku zwanych

Tapis Polonaise – kobierce w stylu polskim. Swoją nazwę zawdzięczają nie miejscu powstania, lecz faktowi, że pierwsze egzemplarze prezentowane na Zachodzie pochodziły ze zbiorów polskich właścicieli, stąd przekonanie o ich polskim rodowodzie.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Inspirujące polonika
Kobierzec tzw. polski, i poł. XVIII w.

Jestem pewna, że powszechnie jest znany

„Jeździec polski”, zwany też „Lisowczykiem”, Rembrandta z 1655 roku,
sprzedany w 1910 roku przez Zdzisława Tarnowskiego do znakomitej – swoją drogą – kolekcji Henry’ego Claya Fricka w USA.

Obecnie prezentowany jest w The Frick Collection. To jeden z tych bolesnych ubytków w krajowym zasobie wybitnych dzieł, niespowodowany zewnętrznymi, wrogimi siłami, lecz wynikający z wątpliwych z dzisiejszej perspektywy, „patriotycznych” celów – przypomnę, chodziło o wykupienie przez Tarnowskich majątku Mokrzyszowa z rąk niemieckich właścicieli. Rembrandt jest już nie do odzyskania, a ze zmiany właścicieli nie byli zadowoleni chyba nawet okoliczni chłopi, którzy w 1919 roku napadli i doszczętnie złupili myśliwski pałacyk Tarnowskich w tej miejscowości.

Repr. Getty Images
Inspirujące polonika
Rembrandt van Rijn, „Jeździec polski”, 1655 r., olej, płótno, 117,1×134,8 cm, The Frick Collection, USA

„Jeźdźca polskiego” mogliśmy obejrzeć w kraju w 2022 roku podczas pokazów w Warszawie i Krakowie. Potem obraz wrócił za ocean.

Naukowe spory na temat tego, którego wojownika uwiecznił Rembrandt na płótnie, są nieistotne. Nazwa przylgnęła i – szczególnie w tej drugiej wersji – niesie w świat wiedzę o tej formacji jazdy polskiej.

Notabene, lisowczycy nie mieli zbyt chlubnych zasług podczas interwencji w krajach habsburskich (np. złupienie Skoczowa i Strumienia), a także dawali się we znaki w samej Rzeczypospolitej. Cóż, taka ocena ich działań wynika z określonej perspektywy geograficzno-historycznej – ale to już inna historia.

W literaturze naukowej zajmującej się drobną plastyką niemiecką funkcjonuje określenie „Ciechanowiecki Master” dotyczące grupy niewielkich, często złoconych brązów powstałych – jak się przypuszcza – w Augsburgu około połowy XVII wieku.

Andrzej S. Ciechanowiecki to postać o ogromnych zasługach dla polskiej kultury. Jego życiorys, działalność kolekcjonerską, aktywność zawodową w roli marszanda i wreszcie hojnego mecenasa opisała wnikliwie i obszernie Magdalena Białonowska w monografii wydanej w 2012 roku „Andrzej Stanisław Ciechanowiecki. Kolekcjoner, marszand i mecenas”.

Warto w tym miejscu zacytować fragment wstępu z tej publikacji, a dotyczący zawodu marszanda: „Pośrednie motywy podjęcia tego tematu tłumaczą przytoczone przeze mnie słowa Andrzeja Ryszkiewicza (1922–2005) o roli kolekcjonerów i mecenasów dla dziejów sztuki i dla rozwoju instytucji, jakimi są muzea. Należy zauważyć, iż podobną rolę mogą odgrywać również marszandzi. Pejoratywne, a co najmniej ambiwalentne podejście historyków sztuki do tematu rynku sztuki skutkuje, zwłaszcza w Polsce, brakiem podejmowanych badań w tym zakresie”.

Wśród wielu zainteresowań kolekcjonerskich Ciechanowieckiego znalazły się również rzeźby francuskie, włoskie i niemieckie.

Fot. Getty Images
Inspirujące polonika
„Ciechanowiecki Master”, Herkules, Rzym, wys. (bez podstawy) 33,3 cm, przełom XVI/ XVII w., Victoria and Albert Museum, Londyn

W zespole tych ostatnich wyodrębnił około 50 egzemplarzy małych brązów o wspólnych cechach stylistycznych, które od nazwiska kolekcjonera są atrybuowane właśnie jako dzieła „Ciechanowiecki Master”.

Czyż może być większa nagroda dla kolekcjonera niż powiązanie nazwiska z określoną grupą dzieł sztuki? Dzisiaj kolekcja brązów pochodzących z Fundacji Zbiorów im. Ciechanowieckich jest pokazywana w Zamku Królewskim w Warszawie.

Stolik cieszyński wykonany na pamiątkę podpisania pokoju cieszyńskiego w 1779 r. dla barona
Louisa Auguste’a de Breteuila, Luwr
Stolik cieszyński wykonany na pamiątkę podpisania pokoju cieszyńskiego w 1779 r. dla barona
Louisa Auguste’a de Breteuila, Luwr

Kolekcjonera i marszanda… właśnie bardziej jako antykwariusz i bibliofil utrwalił swoje nazwisko urodzony na terenie historycznego Wielkiego Księstwa Litewskiego Michał Wojnicz herbu Abdank (31 października 1865 w Telszach, zm. 19 marca 1930 w Nowym Jorku). We współczesnym literaturze znany bardziej jako Wilfrid Michael Voynich. To jego nazwisko po naturalizacji w Wielkiej Brytanii w 1904 roku. Wiem, że ta postać przez związany z nią tajemniczy artefakt jest szczególnie bliska twoim zainteresowaniom.

W tym miejscu musimy przenieść się myślami do Pragi, do czasów panowania cesarza Rudolfa II. W jednej z licznych biografii władcy – tej autorstwa Jacqueline Dauxois pod tytułem „Cesarz alchemików, Rudolf II Habsburg” – autorka opisuje losy czarodziei, alchemików, a może nawet angielskich szpiegów sprowadzonych do Polski przez Olbrachta Łaskiego w osobach Johna Dee i Edwarda Kelleya.

Tu zacytuję charakterystyczny fragment z tej biografii:

„Przed przybyciem do Pragi mieszkali w Polsce, kraju żubrów i ciemnych lasów”.

Lokalizacja miasteczka Telsze, miejsca narodzin Wojnicza, trochę odpowiada temu opisowi. Z kolei dziś Rudolfa II uważa się za pierwszego potwierdzonego właściciela tajemniczego rękopisu, znanego dzisiaj jako „Voynich Manuscript”, przechowywanego w Beinecke Rare Book and Manuscript Library of Yale University w New Haven w Connecticut.

Rękopisowi Wojnicza poświęcono wiele publikacji – artykułów zarówno naukowych, jak i popularyzatorskich. Stał się również inspiracją dla scenariuszy filmowych, literatury przygodowej, a nawet muzyki. W 2015 roku New Haven Symphony Orchestra zamówiła skomponowanie symfonii inspirowanej manuskryptem. Inspiruje również współczesnych artystów i artystki. Ostatnio moja kolekcja wzbogaciła się o prace duetu Inside Job. Jest to precyzyjna, laserowa wycinanka ze stali listków ostów występujących w manuskrypcie Wojnicza. A Inside Job mają akurat wystawę w Pradze! Skąd taka jego popularność i sława „naszego” Michała Wojnicza?

Sam życiorys Wojnicza nadaje się na dobrą powieść. Był dobrze wykształconym chemikiem i farmaceutą, a z powodu działalności rewolucyjnej w carskiej Rosji został zesłany na Syberię, skąd w 1890 roku zdołał uciec. Dotarł do Londynu, gdzie rozpoczął karierę jako znawca starych ksiąg. Jego największym sukcesem z tamtego okresu było odnalezienie w 1902 roku we Włoszech słynnej Biblii Nicolò Malermiego z 1490 roku. Interesy musiały iść świetnie, skoro w 1914 roku otworzył drugi antykwariat w Nowym Jorku.

Najważniejszego zakupu w swojej karierze dokonał zaś w 1912 roku we Włoszech. W willi Mondragone we Frascati nabył od jezuitów średniowieczny rękopis nieznanego autora – rękopis, którego pismo, a więc i treść, pozostają do dziś nierozszyfrowane.
Inspirujące polonika
Folio 33 z rękopisu Wojnicza, ok. 1401–1599 (?) r.

Nie poradziło sobie z nim wielu kryptologów i językoznawców. Podejrzewano nawet, że manuskrypt mógł być falsyfikatem stworzonym przez samego antykwariusza, jednak badania radiowęglowe przeprowadzone w 2009 roku wykazały, że powstał w latach 1404–1438.

Dokładne opisy manuskryptu, jego losy od pojawienia się w Pradze na początku XVII wieku można znaleźć bez trudu również w internecie, skany wszystkich stron w dobrej rozdzielczości pobrać jako PDF, wydano również wiele faksymiliów dzieła. A jak trafił do obecnej kolekcji?

Wojnicz umiera w 1930 roku, a księgę dziedziczy wdowa po nim, pisarka Ethel Lilian Voynich. Po jej śmierci w 1960 roku manuskrypt stał się własnością jej bliskiej przyjaciółki i sekretarki Wojnicza – Anne Nill, która rok później sprzedała księgę antykwariuszowi, Hansowi P. Krausowi. To znacząca postać XX-wiecznego antykwarstwa. Pochodził z Wiednia, gdzie rozpoczął swoją karierę jako specjalista od iluminowanych manuskryptów, inkunabułów i rzadkich ksiąg z XVI i XVII wieku. Po aneksji Austrii w 1938 roku trafił jako Żyd do obozu koncentracyjnego w Dachau, a później do Buchenwaldu. Po zwolnieniu z nakazem opuszczenia Austrii przedostał się do Nowego Jorku. Tam odniósł najbardziej spektakularne sukcesy.

Manuskrypt Wojnicza kupił w 1961 roku
za 24500 dolarów
i przez następne 7 lat bezskutecznie próbował go sprzedać
za 160 tysięcy dolarów.

Wielki antykwariusz i kolekcjoner wczesnych inkunabułów. Co za postać! Jak znacząca to była wtedy kwota?

Przyjmuje się, że dzisiaj to mniej więcej osiem razy więcej, co daje sumę w przybliżeniu miliona. Po tych niepowodzeniach Kraus podarował dzieło bibliotece Beinecke przy Yale University, gdzie znajduje się do dzisiaj.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Kraus swoją filozofię streszczał w trzech słowach: „Push on, hit hard, follow through” (Naciskaj, uderzaj mocno, dąż do końca) – najwyraźniej była skuteczna. A co z rozwiązaniem zagadki języka i przedstawień. Jakie są najnowsze ustalenia? Oprócz poważnych teorii pojawia się masa – często zgoła fantastycznych – rozwiązań. W internecie funkcjonują rozmaite fora, na których wypowiadają się zarówno kompletni amatorzy i fantaści, jak i naukowcy z różnych dziedzin.

Ciekawą teorię opublikował w 2022 roku Fletcher Crowe pod tytułem „The Voynich Manuscript Decoded”. Przeprowadził badania porównawcze, w wyniku których doszedł do wniosku, że tekst jest pisany rodzajem języka arabskiego, a treść zawiera przesłania ruchu katarskiego z Langwedocji.

Według Crowe’a zleceniodawcą finansującym sporządzenie rękopisu mógł być Alfons V Aragoński (1396–1458), który chciał przekazać wiedzę katarów – czyli ruchu religijnego działającego w XI–XIII wieku – chrześcijańskiej sekcie bogomiłów, funkcjonujących na terenach Bałkanów i dzisiejszej Bułgarii. Oczywiście teoria ta spotkała się od razu z falą krytyki – tak jak większość wcześniejszych.

Fot. domena publiczna
Inspirujące polonika
Wilfrid Michael Voynich (Michał Wojnicz), ok. 1923 r.

Jaki dziwny zbieg okoliczności, Michał Wojnicz – chemik i farmaceuta, a więc trochę pobratymiec rudolfińskich alchemików i magów – wchodzi w posiadanie księgi, która przed wiekami należała do cesarza kolekcjonera, pasjonata nauk tajemnych, również mecenasa pochodzącego z Krakowa Michała Sędziwoja, najsłynniejszego polskiego alchemika. Czy kiedyś będzie nam dane rozszyfrowanie bez wątpliwości treści najbardziej tajemniczej księgi? Ciekawe, czy już zaangażowano w to AI?

Ciągle nie znamy odpowiedzi na wiele pytań, np. czy nasz wszechświat jest jedyny, czy będzie rozszerzał się bez końca, nie wiemy nawet, co kryją głębiny oceanów. Czyż cała nasza wiedza o świecie nie jest rodzajem palimpsestu? Przychodzą nowe odkrycia, dezaktualizują wcześniejsze ustalenia, a bywa, że potwierdzają stare.

A może dobrze, że nie wszystko, co zawarte w starych księgach, jest do odczytania i zrozumienia.

Może tajemnica sprawia, że ciągle dążymy do odpowiedzi na podstawowe pytania: skąd przychodzimy i – może jeszcze ważniejsze – dokąd zmierzamy?

Artukuł pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 3/2025. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!


Leszek Wąs – marszand i kolekcjoner, znawca rzemiosł artystycznego, prowadzący galerię w Bielsku Białej. Obecnie jest członkiem zarządu Stowarzyszenia Antykwariuszy i Marszandów Polskich.

Katarzyna Wąs

Historyczka sztuki i doradczyni w zakupach dzieł sztuki oraz tworzenia kolekcji. Pracowała w państwowych i prywatnych instytucjach wystawienniczych. Wykłada zagadnienia związane z kolekcjonerstwem w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego.

Popularne

Zakrzywienie czasu

Na aukcjach dzieł sztuki, w krakowskich antykwariatach, a nawet na licytacjach internetowych znaleźć można czasem portrety sygnowane nazwiskiem Bolesław Barbacki. Nie osiągają tak zawrotnych cen jak obrazy jego nauczyciela Teodora Axentowicza (to prawda, często fałszowanego) albo starszego raptem o 6 lat Witkacego, nie wpisują się też w jakiekolwiek rewolucje, które przeorały sztukę europejską w pierwszych dekadach XX wieku. Są jednak doceniane przez kolekcjonerów, poszukiwane i kupowane...