Siedząca na skale - akt. Pierwsza Galicyjska Fabryka Artystycznych Fajansów i Terracotty Pacyków, ok. 1919 r. Ze zbiorów MNW
Siedząca na skale – akt. Pierwsza Galicyjska Fabryka Artystycznych Fajansów i Terracotty Pacyków, ok. 1919 r. Ze zbiorów MNW
Wywiady

Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa

Wyroby ceramiczne z fabryki w Pacykowie trafiały nie tylko do wielu miejsc w Europie, ale także do Tunisu czy na Kubę. Historyk sztuki Jakub Lewicki, potomek ceramicznej rodziny w dziewiątym pokoleniu, wciąż bada unikalną i fascynującą historię swoich przodków i ich dokonań.


Ceramika i Pacyków były w pana rodzinnym domu tematem rozmów?

Od najmłodszych lat. Mój dziadek, Aleksander Jerzy, ostatni właściciel Pacykowa, przy każdej rodzinnej uroczystości nieuchronnie schodził na ten temat. Jako dziecko nie wiedziałem, czy powoduje to u mnie większe znudzenie, czy obrzydzenie. Do tego byłem krnąbrnym dzieckiem, więc przy każdej takiej imprezie najpierw odbywała się awantura, żeby Kubuś założył kapciuszki i grzecznie siedział, a potem zaczynały się opowieści.

Długo im się opierałem.

Co się zmieniło?

Kiedyś trafiłem do Wałbrzycha w trakcie organizowanych tam Dni Ceramiki. Poznałem osoby z tamtejszego stowarzyszenia ceramików i ludzi, którzy pracowali w zakładach w Wałbrzychu i Ćmielowie. Rozmawiałem też z emerytowaną wieloletnią dyrektorką Ćmielowa, znającą wszystkie tajemnice fabryki. Kiedy powiedziałem jej, że jestem z rodziny właścicieli Pacykowa, była zachwycona. Nie tylko wiedziała wszystko o używanych w naszej rodzinnej fabryce technologiach, ale także wymieniała nazwiska pracujących tam twórców ceramiki. Wprawiło mnie to w osłupienie, bo uważałem, że mało kto o tym pamięta i to raczej temat dla badaczy historii sztuki. To spotkanie zrobiło na mnie wrażenie i z dnia na dzień napisałem pierwszy tekst o historii Pacykowa. Praca nad nim uświadomiła mi, że dziewięć pokoleń związanych z ceramiką to w Polsce coś unikalnego.

Może gdyby nie II wojna światowa, pan przejąłby rodzinną fabrykę…

Może mieszkałbym w centrum Lwowa na Placu Mariackim 10, za pomnikiem Mickiewicza. I pewnie byłbym szczęśliwy, bo to niezwykłe miejsce. Chociaż historia związków mojej rodziny z ceramiką zaczyna się w 1818 roku w innym miejscu we Lwowie – w sklepie z przyborami kuchennymi przy ulicy Trybunalskiej 6, tuż obok lwowskiego rynku. Tę datę znam dzięki szalenie szczegółowym wspomnieniom pradziadka. Kiedy sklep już nieźle prosperował, powstała malarnia, a jako datę jej powstania podawano rok 1845. Sprowadzano białą ceramikę, często nie pierwszej jakości. Mam sporo takich wyrobów i widzę, że filiżanki czy talerze nie są idealnie okrągłe – specjalista to zobaczy, amator niekoniecznie.  Malowano je naszkliwnie lub podszkliwnie, powlekano szkliwem, wypalano i przybijano pieczątkę „Kazimierz Lewicki”. Poza tym w sklepie można było wypożyczyć lub kupić sztućce, a także na przykład żywe żółwie, żaby, rybki, a nawet mrówcze jaja. Handlowano tam wszystkim, co dało się sprzedać.

W 1903 roku firma przenosi się na Plac Mariacki 10.

Co okazało się szalenie sprytne. Zapewne już było wiadomo, że na placu ma stanąć pomnik Adama Mickiewicza. Kiedy został odsłonięty w 1904 roku, wszystkie fotografie tego szczególnego miejsca czy pocztówki ze Lwowa mają w tle wielki szyld “Kazimierz Lewicki”. Pocztówki z pomnikiem Mickiewicza i witryną sklepu Kazimierza Lewickiego w tle były bardzo popularne.

Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Lwów, pomnik Mickiewicza – widokówka z pocz. XX w.

Co w badaniu historii własnej rodziny okazało się najtrudniejsze?

Ustalenie, kto był czyim ojcem, bratem, synem. W mojej rodzinie wszyscy mieli takie same imiona: Aleksander, Jakub lub Kazimierz, i tak w kółko.

Próbowałem ułożyć kolejnych Lewickich chronologicznie i nic się nie zgadzało! Proszę mi wierzyć, prawie wymiękłem. Do tego po przełomie wieków lubiano poprawiać metryki, kobiety masowo zmieniały sobie daty urodzenia.

Do pokolenia dziadków, a nawet jeszcze mój ojciec i stryj, wszyscy mieli pozmieniane daty urodzin. Nigdy nie mogłem znaleźć właściwych metryk i bez przerwy pojawiały się jakieś nowe dzieci. Było też sporo rodzinnych tajemnic. Kilka lat po śmierci mojego ojca dowiedziałem się, że jeden z synów ostatniego właściciela Pacykowa, mojego dziadka, został jako dziecko porwany przez nacjonalistów ukraińskich, a mój ojciec miał dużo więcej rodzeństwa niż sądziłem i był bliźniakiem. Ale nie udało mi się tego wyjaśnić i nie ma już kogo zapytać.

Zdarzyło się też głośne morderstwo…

To jest dopiero historia. Rodzina Lewickich żyła spokojnie, jak na mieszczan przystało, ale Kazimierz, syn Jakuba Kazimierza, był zdecydowanie odszczepieńcem. Lekkoduch okradał własną matkę – zdobył numery kont i z nich podbierał pieniądze, okradał też sklep, więc zaczęły się manka. Wszystko to zapowiadało nadejście jakiegoś nieszczęścia. I tak się stało –

w 1910 roku Kazimierz zastrzelił swoją kochankę, znaną we Lwowie aktorkę, Antoninę Ogińską. Antonina była także przyjaciółką i prawdopodobnie kochanką pisarki Gabrieli Zapolskiej oraz miała męża, ale tym nikt się nie przejmował. Kazimierz zastrzelił ją, bo już go nie chciała.

Muszę przyznać, że z familijnych opowieści wynika, że w naszej rodzinie byli albo pracoholicy, albo seksoholicy.

Co się stało z Kazimierzem?

Podczas procesu w 1911 roku, w którym zeznawała m.in. Gabriela Zapolska, został skazany na śmierć przez powieszenie. Bracia nie zostawili go samego – udało im się dostarczyć do więzienia truciznę, żeby mógł popełnić samobójstwo i uniknąć powieszenia. Nawet dziś można tę sprawę dokładnie przestudiować: zachowały się pełne akta sądowe, zdigitalizowane są ówczesne doniesienia prasowe, które dokładnie relacjonowały przebieg procesu. Powstały też współczesne teksty: jeden w czasopiśmie prawniczym „Palestra”, drugi w lwowskiej prasie polskiej („Kurier Galicyjski”) i esej Jurija Smirnowa.

Jak doszło do założenia Pierwszej Galicyjskiej Fabryki Artystycznych Fajansów i Terrakoty Pacyków?

Właściciele sklepu i malarni zorientowali się, że gdyby sami produkowali ceramikę zamiast ją kupować, ich dochody byłyby większe, a na dodatek w rodzinie pojawiły się spore pieniądze. Aleksander, syn Jakuba Kazimierza, ożenił się z Zofią ze Stachiewiczów, z rodziny malarza Piotra Stachiewicza. Zofia wniosła do rodziny duży posag. Nie bardzo wiedzieli, jak zarządzać takimi pieniędzmi, więc najpierw kupowali kamienice we Lwowie i Krakowie, potem je sprzedawali. I wtedy Aleksander spotkał Stanisława Emila Czapka. Z tym Czapkiem były pewne problemy, bo, jak ustaliłem, w tamtych czasach było ich trzech: malarz, grafik i rzeźbiarz. Nasz, rzeźbiarz Stanisław Emil, urodził się w Jiczynie, tam gdzie Rumcajs. Skończył lwowską Szkołę Przemysłową oraz wiedeńską Akademię Sztuk Pięknych, a potem został szefem paryskiego oddziału Goldscheidera, największej austriackiej wytwórni ceramicznej. To on namówił Aleksandra na założenie fabryki fajansu i został jej kierownikiem artystycznym.

Od razu zakładali, że to będzie fajans, a nie porcelana?

Tak, zresztą większość historycznej ceramiki to fajans: porowaty czerep, często w środku czerwony albo brązowy, potem kremowy. Potrzebował niższej temperatury wypału, co oznaczało mniej opału i znacznie tańszą produkcję. Porcelanę rozpropagowali w Europie Sasi, za czasów Augusta II. Chcieli zastąpić szalenie drogie chińskie wyroby. Tak rozeszła się po całym kontynencie, przez Capodimonte aż po Hiszpanię.

Porcelana w odróżnieniu od fajansu jest przeświecająca, przepuszcza światło.

Porcelana i fajans to trochę jak wątróbka i schab. Jedno i drugie może być pyszne, tylko jedno kosztuje kilka razy mniej.

Fabryka rusza w 1912 roku.

I to z ogromnym rozmachem, bo były pieniądze. Pierwszy katalog to album w formacie A3 plus, wydany bardzo luksusowo. Połowa rodziny została we Lwowie, a część przeniosła się do Pacykowa, kilkanaście kilometrów od Stanisławowa.

Sukces fabryki opierał się na dwóch rzeczach. Po pierwsze była konkurencyjna – produkowali tanio, taniej niż austriacki Goldscheider i inni producenci.

A w Europie działało wtedy około 100 wytwórni ceramiki, najwięcej na pograniczu austriacko-czeskim.

Po drugie znaczenie miała sygnatura: najpierw herb Rogala, potem litera P w trójkącie. Wytwórni z literą P były dziesiątki, trójkątów też cała masa. Niezorientowany klient mógł być przekonany, że kupuje towar zagraniczny, a więc lepszy.

Szybko powstała sieć sklepów i agentów. Gotowe wyroby sprzedawano na terenie całej Galicji i eksportowano do innych krajów. Tylko w 1913 roku w Lipsku sprzedano kilka wagonów wyrobów z Pacykowa. Przedstawicielstwa fabryki znajdowały się w Berlinie, Paryżu, Londynie, Nowym Jorku. Mnie najbardziej zadziwił sklep w Tunisie. Kupiłem też obiekty z Pacykowa od antykwariusza z Kuby.

Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Album wzorów Pierwszej Galicyjskiej Fabryki Artystycznych Fajansów i Terracotty Pacyków

Skąd brano wzory?

Do rodziny weszła Teofila Ricci de Ricci, pochodząca z Mediolanu – została żoną Kazimierza. Typowa Włoszka: trzymała kasę i przez lata pilnowała sklepu. A po latach odkryłem, że założyciel Pacykowa Aleksander zakupił to, co zostało z jednej z mediolańskich wytwórni. Niewątpliwie pomogły w tym mediolańskie kontakty rodziny Riccich. W pierwszym katalogu z 1912 roku znaczna część wzorów to kopie stamtąd. Zresztą wytwórnie wzajemnie podbierały sobie modele. Ten sam wzór produkowało jednocześnie nawet kilkanaście wytwórni w Europie. Ułatwiał to proces produkcji.

Najpierw robi się model, potem odlewa się nie całość, tylko jak klocki Lego: osobno rączki, nóżki, tułów, głowę. Części skleja się gęstwą, czyli tą samą masą ceramiczną, tylko rzadszą. Tak powstaje biały pierwowzór.

Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Figura tygrysa – Pierwsza Galicyjska Fabryka Artystycznych Fajansów i Terracotty Pacyków, ok. 1912-1939 r. Ze zbiorów MNW

Ten można malować dopiero po drugim wypaleniu. A farby są monochromatyczne, bezbarwne albo mają zupełnie inne kolory, które zmieniają się pod wpływem temperatury. Malarz musi być szalenie doświadczony, żeby wiedzieć, jaka barwa wyjdzie. Za trzecim razem wypala się jednocześnie szkliwo i kolory i dopiero wtedy widać efekt.

W czasie I wojny światowej świetnie prosperująca fabryka w Pacykowie została zniszczona.

Front w Karpatach Wschodnich przesuwał się o kilkanaście kilometrów w przód i w tył. W efekcie pozostały tylko okopy i zgliszcza.

W Pacykowie nie zostało nic. W rodzinie nikt nie chciał o tym mówić.Może mieli wyrzuty sumienia, że uciekli i wszystko zostawili. Ale po wojnie zapadła decyzja o odbudowie. Produkcja ruszyła znowu w 1920 roku, początkowo bez koncesji. Brakowało modeli, ale sytuację uratował magazyn sklepu we Lwowie – tam zachowały się figury i z nich przygotowano nowe odlewy. Dlatego figurki międzywojenne są o dziesięć procent mniejsze od tych sprzed I wojny światowej, bo ceramika kurczy się podczas wypalania.

Wtedy Stanisław Emil Czapek przestaje być związany z Pacykowem.

Zniknął jeszcze w trakcie pierwszej wojny. Prawdopodobnie wyjechał do Stanów i zmienił nazwisko. Rzeźbiarze robili to nagminnie. Po wojnie niemieccy artyści masowo nazywali się z francuska, bo nikt nie chciał być Niemcem. Czapek też używał francuskiej formy swojego nazwiska: Capeque. Dziś wiem, że uciekł przed procesem o plagiat, który zaczął się jeszcze w 1913 roku. Ale co potem, nie wiadomo. Nie znaleźliśmy nawet nekrologu. W Pacykowie najpierw zastąpił go Wojciech Przedwojewski, nauczyciel rzeźby w jednej ze szkół ze Stanisławowa. Ale na krótko – nie poradził sobie i zajął się medalierstwem. Właściciele fabryki dali wtedy ogłoszenie o poszukiwaniu kierownika artystycznego w niemieckiej gazecie. Zgłosił się Wilhelm Thomasch, Czech mieszkający w Austrii, który podobnie jak Czapek był dyrektorem jednego z oddziałów Goldscheidera. Moim zdaniem, i Czapka, i Thomascha przepłacono. Propozycja finansowa musiała być na tyle atrakcyjna, żeby chcieli przyjechać do dzikiego kraju, a taka była wschodnia Galicja. Ale potem się tu odnajdywali.

Thomasch okazał się autorem najlepszych projektów Pacykowa.

Tak, zaprojektował całą serię świetnych figur w stylu art déco. Pokazaliśmy je na wystawie „Kobieta wyzwolona” w warszawskiej galerii Kordegarda w 2024 roku. On jest autorem „Piżamy”, która uchodzi za najlepszą polską figurę art déco. Nazywano ją też „Kobietą na postumencie” albo „Budzącą się”, co jest wymysłem naukowców, to była „Piżama”. Do jednej z figur kobiety na walizkach pozowała moja babka. Wyprodukowano dwie wersje tej figury, gdyż uznała, że w pierwszej jest za gruba. W połowie lat 20. Thomasch był już tak bogaty, że za pieniądze zarobione w Pacykowie założył własną fabrykę w Sierndorfie pod Wiedniem, ale nie bardzo mu się wiodło. Zmarł w 1964 roku. Lata pacykowskie okazały się najlepszymi w jego życiu.

Jak w okresie międzywojennym radził sobie Pacyków?

Sama ceramika nie przynosiła wielkich zysków. Wszystkie wytwórnie wtedy ledwie zipiały, z Ćmielowem było tak samo. Figury stanowiły niewielką część produkcji, głównie robiono misy i ceramikę codzienną, to było bardziej opłacalne.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Misa z Pacykowa. Ze zbiorów MNK
Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Misa z Pacykowa. Ze zbiorów MNK
Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Misa z Pacykowa. Ze zbiorów MNK

Żeby funkcjonować, moi przodkowie dokładali więc do produkcji z lasów: karczowali, sprzedawali drewno, sprzedawali ziemię – rozparcelowali prawie dwa tysiące hektarów. W okolicy powstały osiedla uzdrowiskowe: Olesiów i Jakubówka z pięknymi willami w stylu dworkowym. Wydawano nawet „Gazetę Olesiowską”. Nic z tego nie zostało. Sam Stanisławów wprawdzie przetrwał wojnę nietknięty, ale w latach 50. stał się zoną – miastem zamkniętym, a Pacyków i Olesiów poligonem. By prowadzić tam ćwiczenia wojskowe, wszystko rozebrano.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Józef Piłsudski – figura z wytwórni Pacyków, 1921-1929 r.

Lata 30. były jeszcze trudniejsze.

Rzeczywiście, jeszcze przed II wojną światową fabryka spłonęła od niedomkniętego pieca, a nie była ubezpieczona. Gaszenie przyniosło większe straty niż sam ogień.

Znowu ledwo się z tego podnieśli. I zaraz potem nadszedł wrzesień 1939 roku.

Moja rodzina była ostrzeżona o aresztowaniach i wywózkach. Mieli też możliwość ewakuacji samolotem do Rumunii, ale nie skorzystali. Mój dziadek, Aleksander Jerzy trafił do oflagu, mam jego zdjęcie w mundurze po powrocie z niewoli. Babka, która przez całe życie ciągnęła za sobą dalszą rodzinę Kostrzewskich, przeprowadziła kilkanaścioro dzieci przez płynącą obok Pacykowa Bystrzycę i dalej przez zieloną granicę. Wojnę ostatecznie przetrwali w Warszawie, skąd pochodziła babka i gdzie Pacyków miał sklep i magazyn obok gmachu PAST-y. Zresztą w lipcu 1944 roku ściągnięto do Warszawy całą lwowską rodzinę, która miesiąc później cała zginęła w powstaniu. Zofia ze Stachiewiczów Lewicka, z której posagu założono fabrykę w Pacykowie, umarła w szpitalu powstańczym przy Koszykowej 55, gdzie zawsze mieścił się Wydział Architektury i gdzie przez lata pracowałem. Wiem to od niedawna i nie wiem, jak bym się czuł w tych salach wykładowych, gdybym miał tę wiedzę wcześniej. Magazyn Pacykowa przy Zielnej przetrwał razem z figurami, które potem rozszabrowano. Budynku już nie ma. Stał mniej więcej tam, gdzie dziś są skwery przy wejściu do metra Świętokrzyska.

Po wojnie pana rodzina utrzymywała kontakt z Pacykowem?

Nie mieli szansy na odzyskanie majątku, zresztą władze sowieckie otworzyły tam własną fabrykę. Ale wciąż pamiętali. Wielu dawnych pracowników Pacykowa uratowała w latach 40. XX wieku słonina wysyłana przez dziadka, kiedy w pierwszych powojennych latach zapanował tam głód.

Pojechałem do Pacykowa z ojcem w 1997 roku.

Spotkał nianię, która go wychowała, i dawnych pracowników fabryki. Wszyscy myśleli, że Lewiccy wracają. Tam uświadomiłem sobie coś jeszcze: moi dziadkowie osiedli po wojnie w Sitkówce koło Chęcin, ojciec i stryj kupił działkę w Górach Świętokrzyskich, a okolice Pacykowa wyglądają dokładnie tak samo. Szukali tego samego krajobrazu.

W latach 60. pojawiła się szansa na powrót do ceramiki.

Wilhelm Thomasch przed śmiercią zaoferował mojej rodzinie swoją fabrykę w Sierndorfie.

Wiem, że zarówno mój ojciec, jak i jego brat, chemik, uważali, że to kuszący plan. Ale nie udało się go zrealizować i nikt w rodzinie nie chciał mi powiedzieć, dlaczego. Myślę, że żona Aleksandra, mojego stryja, nie zgodziła się na wyjazd z Polski. Odwiedziłem rodzinę Thomascha w Austrii i zamierzam pojechać tam znowu. Syn Wilhelma ma już ponad 80 lat, chętnie opowiada o swoim ojcu. Kiedy tam byłem, przyjęli mnie z ogromną atencją. W dowód zaufania pokazali mi swoją izbę pamięci i chwały na strychu. Spodziewałem się figurek z Pacykowa, a tam były pamiątki z II wojny światowej. Typowy Austriak.

Kolekcjonuje pan pacykowskie obiekty?

Mam ich wiele: rodzinne, prezenty i kupowane. Nieżyjący już znawca rzemiosła, znany historyk sztuki i wieloletni redaktor naczelny „Spotkań z Zabytkami” Wojciech Przybyszewski, ofiarował mi katalog Pacykowa.

Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Siedząca na skale – akt. Pierwsza Galicyjska Fabryka Artystycznych Fajansów i Terracotty Pacyków, ok. 1919 r. Ze zbiorów MNW

Najlepsze figury niestety szły na Zachód i były o dwa oczka lepsze niż to, co zostawało w Polsce.

Jeszcze 20 lat temu wyobrażano sobie, że Pacyków to pieski, kotki i górale

Dziś wiemy, że to była różnorodna twórczość, często wysokiej klasy. Moje ulubione figury to seria przedstawiająca bohaterów commedii dell’arte, ewidentnie przygotowana na rynek włoski. Najcenniejsze w moim zbiorze są egzemplarze jednostkowe, których nie ma nigdzie indziej. Mam ich 30-40. I jeszcze dwie perły: model fabryczny fenomenalnych dżokejek art déco. Do tego mam zdjęcie z katalogu i obiekt z tego zdjęcia. Porównaliśmy pod lupą, to są dokładnie te same egzemplarze. Druga to ceramiczny model produkcyjny: dzieci siedzące nad jeziorem, sprzedany jako zwykła figura, bo nikt się nie zorientował, że to matryca do kopiowania.

Zbiór jest bardzo różnorodny. Samych sów mam ze 30 – każda ma inne malowanie albo inną sygnaturę, a dla znawcy to kluczowe.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Sowa, wytwórnia Pacyków, koniec XIX w. Ze zbiorów MNK

Figury nie miały nazw?

Nie, miały numery. Nazwy handlowe istniały, ale były absurdalne i się nie przyjęły.

W cennikach z lat 40. XIX wieku trafiłem na „Panterkę”. Babka też tak mówiła. Szukałem zwierzaka. Znalazłem numer i okazało się, że to popiersie Petrarki.

Widocznie panterkę łatwiej było zapamiętać. W identyfikacji bardzo pomaga mi żona, konserwatorka dzieł sztuki, która wyśledziła masę proweniencji i analogii. Mieliśmy figurę „Cesarza”, który nijak nie pasował do Juliusza Cezara. Mój przyjaciel prof. Juliusz Chrościcki, nieżyjący już historyk sztuki, od razu rozpoznał w nim innego władcę Rzymu Lucjusza Werusa. Wytłumaczenie było proste: w domach mieszczańskich Cezara miał każdy, a kto postawił Lucjusza, ten wychodził na mądrzejszego. Podobnie z góralami: powszechnie mówi się o przedstawieniach Hucułów, a w cennikach figurują „Bojko” i „Bojczycha” albo „Góral z dzieżą”. Dzieża to wielka misa do wyrabiania ciasta chlebowego, nazwa dziś zupełnie zapomniana, więc długo nie wiedzieliśmy, co to za figura.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Lampa z figurką górala, wytwórnia Pacyków, 1912-1914 r. Ze zbiorów MNK

Do czego te figury właściwie służyły?

Te w stylu art déco trafiały na biurka adwokatów i urzędników. Do rozebranych pań ślinili się starsi panowie. Ale mnóstwo figur szło na wystawy sklepowe: krowy do sklepów mięsnych, koguty i kury do drobiowych, konie z uprzężą do skórzanych. We Włoszech i na francuskiej prowincji ten zwyczaj gdzieniegdzie przetrwał, mam zdjęcia takich witryn.

To nie były galerie sztuki czy szopki, jak chcą nawiedzeni historycy sztuki. Figurki miały przeznaczenie bardzo praktyczne. Choć trzeba przyznać, że moja rodzina nie miała zacięcia artystycznego. To były rzeczy świadomie mieszczańskie, takie, które będą się nieźle sprzedawały. Pamiętam dobrze moją babkę Marię, która najbardziej lubiła złoto i drogie futra. Przyjeżdżała do niej siostra z Londynu i mówiła z obrzydzeniem: „Maniu, jak ty możesz w tym chodzić, w Londynie by mnie za takie futro oblali kwasem”.

Można dzisiaj kupić wyroby z Pacykowa?

Niestety, uważam, że większość sprzedawanych obecnie figur to falsyfikaty albo naprawiane destrukty. Z Ćmielowem jest tak samo. Są łudząco podobne, opowiadano mi nawet o miejscach, gdzie się je robi. Kiedy zwracam na to uwagę w komentarzach w mediach społecznościowych, moje dopiski znikają natychmiast. Ceny to osobna sprawa: Pacyków przez pewien czas był mocno przeszacowany, co oznacza, że ceny zbliżały się do tych za najlepsze dzieła włoskiej majoliki z XV i XVI wieku. Wywindowało je dwóch, trzech kolekcjonerów, którzy zaczęli sobie je wyrywać. Teraz ceny spadły i udaje się zdobyć coś bardzo tanio.

Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Dziewięć pokoleń z ceramiką, czyli fajans z Pacykowa
Byk, ok. 1913 r. Ze zbiorów MNK

Gdzie można je obejrzeć?

We wszystkich dużych muzeach z ekspozycją rzemiosła artystycznego. W Muzeum Narodowym w Krakowie jest „Piżama”, na wystawie poświęconej 20-leciu międzywojennemu. W Płocku jest cała ściana obiektów z Pacykowa. Pokazywano je też w Warszawie i w Gdańsku. Będzie też wystawa „Zaczytana” z figurami postaci czytających. Planuję ją w Bibliotece Narodowej. Teraz pochłania mnie wielka monografia Pacykowa, która wyjdzie pewnie za dwa lata. Najważniejszy w niej będzie kompletny katalog numeryczny. Z żoną zidentyfikowaliśmy już prawie tysiąc modeli. Wciąż rozpaczliwie szukam wielkiego katalogu z 1936 roku, przygotowanego w kilku egzemplarzach. Mam cichą nadzieję, że gdzieś przetrwał.

A co na to 10. pokolenie?

Moi dwaj synowie, bliźniacy, jako dzieci często pytali, po co mi te figurki i kiedy się nimi bawię. Żona zawsze odpowiadała, że w nocy, jak śpią. Tłumaczyłem im ich pochodzenie i dlaczego mają dla mnie znaczenie. Kiedy się na mnie obrażają, stosują najstraszniejszą z gróźb:

„potłukę tacie te figurki”.

Ale ku mojemu zaskoczeniu, jednego z synów, Aleksandra, właśnie zaczęły interesować. Kiedy zobaczył figurę pacykowskiego piłkarza z białą gwiazdą na koszulce, natychmiast zawołał: „Jazda, jazda – Biała Gwiazda!”. To przecież Henryk Reyman – król strzelców międzywojennej Wisły Kraków. Wypytuje mnie o szczegóły. Może historia mojego zainteresowania Pacykowem się powtórzy?

Jakub Aleksander Lewicki
Historyk sztuki i architektury i konserwator zabytków, profesor nauk technicznych, kierownik Katedry Konserwacji Zabytków i Ochrony Krajobrazu UKSW; od 2024 roku dyrektor Instytutu Historii Sztuki UKSW. Ukończył studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, łącząc je ze studiami na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej i w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego; doktorat obronił w 1999 roku, a tytuł profesora otrzymał w 2016 roku. W latach 2017-2024 był Mazowieckim Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków. Autor blisko 250 publikacji. Jest dziewiątym pokoleniem rodziny związanej z ceramiką, badaczem ceramiki i dziejów fabryki fajansu w Pacykowie.

Należąca do Lewickich fabryka fajansu w Pacykowie koło Stanisławowa działała niecałe 30 lat. Ale produkcję kafli i wyrobów ceramicznych w tym miejscu prowadzono przez blisko 120 lat. Już od początku działalności Polską Wytwórnię Fajansów w Pacykowie (najdłużej używana nazwa) uważano za jedną z najlepszych polskich fabryk fajansów 1. połowy XX wieku. Jej wyroby często „podszywały się” pod znacznie droższe marki austriackie i niemieckie. Był skierowane do konserwatywnej mieszczańskiej klienteli, co wykluczało eksperymenty artystyczne. Malarnia i sklep należący do Lewickich działał ponad 120 lat (od 1818 roku do 1944 roku). Malarnia i sklep Kazimierza Lewickiego przy Placu Mariackim 10, obok cukierni Zalewskiego i wódek Baczewskiego, stały się najbardziej znanymi miejscami Lwowa. Pamięć o tych wyrobach, prezentacja ich na wystawach oraz kolekcjonowanie przez osoby prywatne i muzea trwa do chwili obecnej.

Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!


Anita Zuchora

Pracowała jako szefowa działu kultury trójmiejskiej “Gazety Wyborczej” oraz redaktorka naczelna “City Magazine Trójmiasto”, współpracowała ze “Zwierciadłem” i “Art&Business”. Była dziennikarką “Newsweeka”, “Harper’s Bazaar”, “Filmu”, a obecnie pracuje w miesięczniku “Pani” oraz w “Netfilm”.

Popularne

Potęga i kruchość

Wystawa na Zamku w Bielsku-Białej ma podwójny – artystyczny i sentymentalny – charakter. Z jednej strony przedstawia fragment jednego z najsłynniejszych miśnieńskich serwisów porcelanowych. Z drugiej, przypomina rodzinę, która rządziła niegdyś księstwem bielskim. A wszystko to w roku, w którym miasto nosi zaszczytny tytuł Polskiej Stolicy Kultury...