Co Teodor Axentowicz miał za życia wspólnego z Gorlicami? Prawdopodobnie nic. Na szczęście jednak to tam trafiła cała spuścizna po tym wyrafinowanym, wziętym portreciście kobiet, pierwszym profesorze zreformowanej Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie, „światowcu” w małopolskim światku artystycznym pierwszych dekad XX wieku. A dzięki temu to w Gorlicach powstała wystawa obrazująca nie tylko mniej znaną jego twórczość, lecz także szkic do portretu konesera i kolekcjonera rzeczy ładnych i użytecznych, zbieracza, którego spuścizna przetrwała jakimś cudem wojenne zawieruchy.

Niegroźny szaleniec, niebezpieczny spekulant
Zbieracz to – jak pisze filozof i historyk Krzysztof Pomian („Zbieracze i osobliwości. Paryż–Wenecja XVI–XVIII wiek”, Gdańsk 2025) – „niegroźny szaleniec, spędzający życie na porządkowaniu znaczków pocztowych, przyszpilaniu motyli czy rozkoszowaniu się rycinami erotycznymi. Lub może wręcz przeciwnie – niebezpieczny spekulant, który pod pozorem umiłowania sztuki skupuje za bezcen arcydzieła, aby je wyprzedawać następnie z fantastycznym zyskiem. Albo inaczej jeszcze – pan z towarzystwa, dziedzic zamku z meblami z epoki i kolekcją obrazów, z których najpiękniejsze pozwala podziwiać na zdjęciach w eleganckich magazynach ilustrowanych. Trzy wizje jednej postaci, trzy opinie różne wprawdzie, ale zgodnie utrzymane w klimacie anegdoty. Zbieracza traktujemy poważnie chyba tylko wtedy, gdy poważne okazują się łożone przezeń sumy. Zachwyt i respekt wzbudza jedynie kolekcja stanowiąca lokatę kapitału, ukryta w podziemiach banku, cenniejsza od równego jej wagą złota.
Bez tego w kolekcjonerstwie widzi się tylko narcystyczną igraszkę, rozrywkę, bagatelkę”.

Co w takim razie począć z tymi wszystkimi zbiorami rzeczy, świadectwem życia konkretnej osoby i znakiem jej czasów, gromadzonymi przez całe życie: bibliotekami, archiwami, wyposażeniem mieszkań: meblami, ubiorami, przedmiotami codziennego użytku? Zwykle lądują na śmietniku, niechciane przez publiczne instytucje mające za zadanie ich gromadzenie i badanie, ponieważ i tak pękają w szwach. Raczej wybierają pojedyncze obiekty, podobnie zresztą jak prywatni kolekcjonerzy. Rzadko się zdarza, by dysponowali środkami, by móc nabywać całe zbiory. Jednym z takich wyjątków był zmarły niedawno włoski kolekcjoner Egidio Marzona, który zgromadził półtora miliona samych tylko archiwaliów, nie licząc ogromnej kolekcji sztuki modernistycznej i designu, a któremu w dowód uznania miasto Drezno zbudowało imponujące pomieszczenia na Archiwum Egidia Marzony.
Zatem kolekcjonerstwo w ostatecznym rozrachunku może okazać się kłopotem. Zmarły niedawno Piotr Oczko („Pocztówka z Mokun. 21 opowieści o Holandii”, Kraków 2023) przytaczał swoje własne doświadczenia zbierackie z początków tej manii, która nim zawładnęła, kiedy to jego mentor napisał do niego: „Zmarł X, wdowa wyprzedaje wszystko, podesłać Ci ofertę? – pisał Jan. Z tą wdową to dopiero była historia. Pasje męża zniszczyły jej życie, przez czterdzieści lat musiała choćby spędzać wakacje wyłącznie w miejscach, gdzie mógł fotografować swoje płytki. Po jego śmierci wystawiła na sprzedaż kilka tysięcy (nierzadko bezcennych) okazów po pięć euro za sztukę i wyrzuciła całą dokumentację na śmietnik. Znajomi jechali w nocy, żeby zdążyć przed śmieciarką. Dlatego
lepiej nie wiązać się z kolekcjonerami, no, chyba że dzieli się ich obsesje”.


Długa droga z Krakowa do Gorlic
Kto wie, jaki los spotkałby spuściznę po Teodorze Axentowiczu, gdyby ostatecznie nie trafiła do Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach,
najważniejszej instytucji kultury założonej w 2007 roku w tym wyludniającym się, urokliwym galicyjskim miasteczku o średniowiecznym jeszcze rodowodzie. A trafiła tam, ponieważ Muzeum Narodowe w Krakowie, gdzie kolekcja była przez dwa lata depozytem na prośbę spadkobierców artysty, nie było w stanie zaopiekować się całością z powodu braku miejsca. Dyrekcja MNK tłumaczy, że zespół kustoszy i konserwatorów tej instytucji „z należytą starannością, zapoznał się ze spuścizną po Teodorze Axentowiczu. Muzeum było zainteresowane przyjęciem w depozyt wybranych archiwaliów i dzieł, jednak ze względu na decyzję spadkobierców, by nie dzielić spuścizny po artyście, nie doszło do przyjęcia depozytu”. – W kwietniu 2023 roku zadzwoniła główna inwenataryzatorka MNK z pytaniem, czy byłabym zainteresowana przyjęciem rodzinnej kolekcji Axentowicza do naszych zbiorów – mówi Katarzyna Szepieniec, dyrektorka Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów w Gorlicach. – Ofertę MNK złożona po śmierci Adama Kieniewicza, wnuka Teodora, który pełnił funkcję strażnika tej kolekcji. Był też współautorem wystawy artysty w 1998 roku w krakowskim muzeum, autorem kalendarium jego życia oraz wypożyczającym dużo obiektów dziadka. Dostałam kontakt do prawnuka artysty i w maju umówiliśmy się na spotkanie w ostatnim mieszkaniu Axentowicza na ulicy Siemiradzkiego w Krakowie. Po przekroczeniu progu byłam w szoku
Z zachowaną korespondencją ze śmietanką artystyczną tamtej epoki: Weissem, Mehofferem, Kossakiem, Dunikowskim, z założycielami MNK, z zamówieniami na obrazy. Ponad 10 tysięcy dokumentów, listów, nie tylko do rodziny, lecz także np. do kancelarii prawnych próbujących w imieniu artysty odzyskać honoraria za obrazy, bo – jak mawiał do studentów –
„nie sztuką jest namalować obraz i go sprzedać, ale sztuką jest odzyskać pieniądze”.
Dużą wartość ma biżuteria po Anieli Aszpergerowej, babce żony Axentowicza, gwieździe sceny narodowej we Lwowie, filantropce i feministce. Jakim cudem mieszkanie wraz z kolekcją przetrwało nietknięte podczas wojny? Paradoksalnie szabrowników odstraszał gestapowiec zajmujący mieszkanie piętro niżej, w którym „więźniem z własnej woli” była wdowa Iza (Axentowicz zmarł w 1938 roku).
Portrety i…
Organizator Muzeum Dwory Karwacjanów i Gładyszów zdecydował się przyjąć spuściznę, choć jej związek z Gorlicami jest raczej symboliczny: muzeum jest zainteresowane kulturą Rusinów karpackich, więc chłopomańskie i huculskie wątki w twórczości Axentowicza są tam na miejscu.
W sumie dotychczas Gorlice zakupiły fragment kolekcji za kwotę blisko dwóch milionów złotych. Ogromna część spuścizny czeka w magazynach na inwentaryzację. Ale dzięki decyzji spadkobierców muzeum w Gorlicach otwarło drugą odsłonę (pierwszą zorganizowano w 2024 roku w dworze w Szymbarku) wystawy „Axentowicz. Dziedzictwo artysty” w czerwcu tego roku. W tym celu wynajęło na dwa lata (ponieważ stała siedziba, czyli malowniczy dwór Karwacjanów, jest w remoncie) kamienicę z XIX wieku, jedną z niewielu ocalałych z kolejnych wojen, należącą do rodziny Miklaszewskich w Gorlicach. Tam, na całym piętrze,

„Złoty anioł”
U szczytu schodów wiodących do pomieszczeń na piętrze, będących aluzją do mieszkania artysty z początku XX wieku, może nawet tego z ulicy Siemiradzkiego, wisi udana kopia „Portretu Admirała” Velázqueza autorstwa Axentowicza. Artysta urzeczony XVII-wiecznym malarstwem – zwłaszcza holenderskim – stworzył wiele kopii dzieł znanych mistrzów. Malował je m.in. w The National Gallery w Londynie czy w Luwrze.
Przed wejściem jest powiększona fotografia artysty czytającego we wnętrzu, będącym odwołaniem do jego upodobań kolekcjonerskich i artystycznych. Skąd je wyniósł? Czy z czasów studiów w Monachium i Paryżu lub pobytów w Londynie i we Włoszech? A może upodobanie do bogactwa, dekoracyjności, elegancji i wysmakowanych barw, mające przede wszystkim wyraz w jego sztuce, były dziedzictwem secesji, której pozostał do końca nieodrodnym dzieckiem? A może wynikały z jego ormiańskich korzeni? Z pewnością Paryż, gdzie mieszkał artysta w latach 1883–1897, wywarł na niego największy wpływ. Tam, prowadząc bogate życie towarzyskie, poznał elitę kulturalną „miasta tysiąca świateł”. Talent artystyczny i urok osobisty zjednał mu przyjaźnie wybitnych artystów, literatów i aktorów, m.in. Sarah Bernhardt, Paula Moneta czy Paula Valéry’ego. W dowód uznania dla jego sztuki nadano mu tytuł Officiera d’Academie (czyli tzw. Srebrne Palmy), jest mianowany członkiem Société Nationale des Beaux-Arts, aż wreszcie dostaje odznakę Złotych Palm Akademii. Kiedy więc przenosi się w blasku sławy wybitnego portrecisty do Krakowa, by reformować skostniałą Szkołę Sztuk Pięknych, ma mnóstwo zamówień, co z czasem ma też wpływ na poziom jego sztuki. Ale poziom życia – dostatnie mieszkania w Krakowie, willa w Zakopanem, liczne potomstwo, podróże, życie towarzyskie – tego wymagają i Axentowicz ima się wielu zadań. Liczne tego dowody znajdziemy w spuściźnie w Gorlicach.

Pokaz tamtejszy, którego ikoną jest sławny „Złoty anioł” z końca XIX wieku, zawiera fotografie i portrety artysty – w tym jego popiersie autorstwa Konstantego Laszczki, kilka prac Axentowicza o tematyce huculskiej, sceny rodzajowe, martwe natury, ale nade wszystko portrety. I to one są najciekawsze, zwłaszcza pastelowe, których był prawdziwym mistrzem. Konterfekty żony i licznego potomstwa, tworzone z potrzeby serca, nie z wykalkulowanej komercji, tchną życie w jasne wnętrza urządzone autentycznymi rodzinnymi meblami, różnymi sprzętami domowymi, osobistymi pamiątkami, biżuterią, porcelaną, listami, nagrodami, rekwizytami „grającymi” różne role w jego pracach. Jak np. różowa suknia na manekinie w pomieszczeniu obok pięknego portretu żony z 1894 roku. Matka jego ośmiorga dzieci jest na nim ukazana w tej właśnie sukni: wytworna, pewna siebie, jeszcze młoda, zadaje iście paryskiego szyku. A takich zestawień będzie więcej w miarę inwentaryzowania kolekcji. Wkraczając do tego prywatnego świata sprzed blisko stulecia, trzeba docenić troskę o jego zachowanie i wyeksponowanie.
„Teodor Axentowicz. Dziedzictwo artysty”. Gorlice, ul. Józefa Piłsudskiego 4

Tekst ukazał się drukiem w kwartalniku „Spotkania z Zabytkami” nr 4/2026. Na rynku od 1 października. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!




