Fot. domena publiczna
Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie dowodzi, że Młoda Polska nie umarła wraz z Wyspiańskim. A twórczość jej drugiego pokolenia okazuje się zadziwiająco aktualna.
Było ich pięciu: Leopold Gottlieb, Wlastimil Hofman, Mieczysław Jakimowicz, Jan Rembowski i Witold Wojtkiewicz.
która w dobie rozpoczynających się wielkich geopolitycznych przetasowań dążyła do uwolnienia się od narodowościowych, tożsamościowych czy społecznych obowiązków sztuki. W zamian za to, wykorzystując doświadczenia zachodnioeuropejskiego symbolizmu, dwudziestokilkuletni artyści zwrócili uwagę na stany emocjonalne, doświadczenia duchowe, przeżycia jednostki. A tym samym zapowiadali nadejście nowego nurtu w sztuce – ekspresjonizmu.
Oczywiście, dużą rolę odegrał też powtarzający się przez pokolenia bunt „młodych” przeciwko „starym”, tym razem skupionym wokół Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”, które zdążyło już zyskać prestiż i wpływy.

Wspólnie działali krótko. Jako osobna grupa nie przebili się do powszechnej świadomości.
A jako twórcze indywidualności? Witold Wojtkiewicz – m.in. za sprawą Jerzego Ficowskiego, Wiesława Juszczaka, a później esejom Piotra Pazińskiego – stał się późnym, ale ważnym odkryciem. Także dla szerokiej publiczności. Leopold Gottlieb pozostał w polskiej świadomości przede wszystkim jako artysta-kronikarz, dokumentujący dzieje Legionów Polskich Piłsudskiego. Wlastimil Hofman zyskał niesprawiedliwie dyskredytujący status malarza mieszczańskiego. Mieczysław Jakimowicz, dobry znajomy Stefana Żeromskiego, oraz Jan Rembowski, którego twórczość w dużej części uległa zniszczeniu podczas II wojny światowej, zostali zapomniani. Grupa Pięciu jako fenomen artystyczny nie istnieje w powszechnej świadomości.



Pomiędzy światami
Muzeum Narodowe w Krakowie postanowiło to zmienić. I zrobiło to w sposób czytelny i atrakcyjny. Wystawa, za sprawą kuratorki Ireny Buchenfeld, ma charakter monograficzno-problemowy.
Z jednej strony prezentuje indywidualności artystyczne poszczególnych członków grupy, z drugiej – tematykę, która ich interesowała, sposób myślenia i formy realizacji.
Na to nakłada się jeszcze jedna warstwa: wyjątkowość sztuki Witolda Wojtkiewicza, która wydaje się kontrapunktem nadającym ton całej wystawie.
W pierwszym spotkaniu z Grupą Pięciu pośredniczą portrety, które z jednej strony pokazują charakter kolejnych twórców, z drugiej – budują dla ich dzieła kontekst towarzysko-środowiskowy. Oko odbiorcy już w pierwszej chwili zatrzymuje się na autoportrecie Gottlieba, który daje klucz do zrozumienia, o co chodzi w krakowskiej prezentacji. Artysta wybrał – co nietypowe dla tej tematyki – kompozycję horyzontalną, utrzymaną w stonowanej, pastelowej kolorystyce, a samego siebie przesunął w lewą stronę.

Mimo że w tle widzimy monumentalną architekturę i ciemniejsze, anonimowe sylwetki ludzi, widz ma wrażenie pustki, ciszy, niebytu. Wyprostowana postać malarza, z rozwichrzonymi włosami, w rozchełstanej koszuli, zdaje się pogrążona w głębokiej medytacji. Ma zamknięte oczy – podobnie jak kobieta na sąsiadującej z obrazem litografii Odillona Redona (1890). Ten motyw będzie regularnie powracał w kolejnych odsłonach wystawy.
Z Gottliebem dobrze koresponduje autoportret Mieczysława Jakimowicza z 1906 r. (z cyklu „Jaźń”). Nastrojowy, o miękkich, rozmytych konturach, utrzymany w czerniach i szarościach. Jakby nierealny, melancholijny, a zarazem pełen spokoju. I tym razem zaskakuje kompozycja przedstawienia. Portretowany zdaje się pochylać w lewo, opierając głowę o lewy róg obrazu. Nieobecnym wzrokiem patrzy poza kadr.

Jego postać – jakby zawieszona między pracownią a światem zewnętrznym – odbija się w szybie. Ma to szczególne znaczenie: obrazuje kondycję artysty, który staje się medium między twardą realnością a tym, co duchowe, mistyczne, transcendentne. Czyżby takie ujęcie wiązało się z rosnącą świadomością choroby i nadciągającej przedwcześnie śmierci (Jakimowicz zmarł w 1917 r. w wieku 36 lat)?
Salony i pobielacz grobów
Na tym tle Wojtkiewiczowskie portrety przedstawiające rodzinę Pareńskich zaskakują kolorowym optymizmem, bo przecież jego twórczość łączy zazwyczaj tragizm, ironia i ukrywający emocje dystans. Może dlatego, że ciężko chory na serce artysta zakochany był platonicznie w najstarszej z sióstr Pareńskich – Marii, zaś jej matka otaczała go troskliwą opieką. Nawet przedstawienie Elizy Pareńskiej, najmłodszej z młodopolskich muz, emanuje niewinnością i szczerą wiarą w przyszłość; nic nie wskazuje na to, że dziewczyna, uzależniona od alkoholu i opioidów, w wieku 35 lat popełni samobójstwo.

Jednocześnie nawet w tej sekwencji ostatecznie pojawia się charakterystyczny dla Wojtkiewicza rys: na portrecie Bolesława Raczyńskiego, kompozytora, który tworzył muzykę m.in. do dramatów Wyspiańskiego, a prywatnie szwagra Marii, pojawiają się wypełniające wyobraźnię Wojtkiewicza marionetki – tym razem jawiące się jako szaleni, pokraczni muzykanci, których skupiony muzyk próbuje poskromić.
Inną atmosferę niosą prace Wlastimila Hofmana, ucznia i przyjaciela Jacka Malczewskiego. Mimo dużych formatów i spektakularnej formy wyczuwamy w nich współczującą prostotę. Opiekujący się cmentarzem „Pobielacz grobów”, przedstawiony na tle prostych, drewnianych krzyży, które najpóźniej w kilka lat rozpadną się w pył, zamarł w pozie Rodinowskiego „Myśliciela”. Ale jest w tym wszystkim nadzieja. Starzec, za którym dostrzegamy Chrystusa pochylonego pod krzyżem na Drodze Krzyżowej, trzyma w ręku drobny kwiatek. Według legendy ten kwiat wyrósł z łez Marii na Golgocie i zwiastuje zbawienie. Hofman to ważne odkrycie na krakowskiej wystawie.

Dalej Jan Rembowski – autor wirtuozerskich rysunków węglem i pasteli. Na autoportrecie w góralskim serdaku wydaje się silny i zdecydowany, ukrywając chorobę. Towarzyszą mu dwie kobiety. Jedna spogląda zza ciemnego, rozłożystego kapelusza. Druga kokietuje pozornie niewinnym spojrzeniem i bluzką z irlandzkiej koronki.
Od ogółu do szczegółu
To moment oddechu, bo za chwilę zagłębimy się w przejmujący, zagarniający umysł i emocje świat Witolda Wojtkiewicza, któremu poświęcono osobny rozdział. Zobaczymy tu najbardziej ikoniczne prace malarza, by wymienić tylko „Korowód dziecięcy” czy Marionetki” z cyklu „Cyrk”… Dodajmy do tego niespodziankę: obraz „Zielone Świątki na Bielanach pod Krakowem”. Przez wiele lat uważany za zaginiony, w 1988 r. odnalazł się w zbiorach Detroit Institute of Arts. Po 120 latach pokazano go w mieście, w którym powstał.

Czy twórczość Wojtkiewicza dominuje nieco nad całością prezentacji? Tak. Ale czy mogło być inaczej? Przecież mówimy o twórczości, która z jednej strony dobrze wyraża intuicje Grupy Pięciu, z drugiej jednak jest tak nieokiełznana, tak silna, tak osobna, że trudno to pominąć.
Mocny wojtkiewiczowski akcent na wystawie to wartość sama w sobie. Zresztą, dzieło artysty będzie powracać w kolejnych sekwencjach.
2. Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Bo logika scenariusza prowadzi od ogółu do szczegółu. Poznaliśmy już członków grupy, środowisko, w którym się obracali, ich wrażliwość, sposób myślenia, technikę. Teraz wchodzimy w sferę treści. Jaka tematyka ich łączy? I tu powraca motyw zamkniętych oczu. Najczęściej kobiecych bądź dziecięcych. Oto np. węgiel Rembowskiego pt. „Siostry”/„Wiejska toaleta”. Nastoletnie dziewczęta usiadły pod drzewem. Pierwsza położyła głowę na kolanach drugiej. Zamknęła oczy, zmęczona słońcem albo zwierzeniami. W tym intymnym, wyidealizowanym przedstawieniu jest coś z atmosfery obrazów prerafaelitów.
Anioł-motyl, anioł-ćma
Oczywiście, na wystawie nie mogło zabraknąć wątku kobiecego z całą jego młodopolską ambiwalencją, rozpisaną między duchowością, psychologią a seksualnością. Jednak to chyba tylko interludium, podobnie jak (ciekawa) sekwencja poświęcona relacji matka – dziecko. Napięcie wzrośnie, gdy wejdziemy w kolejne przestrzenie.

Najpierw w świat fantazji. Gdzie powraca Wlastimil Hofman z fascynującym tryptykiem „Na nowy żywot”. Lewy panel przedstawia jasnego anioła o motylich skrzydłach, który niosąc na rękach delikatne ciało chłopca, rozgląda się za jakimś bezpiecznym schronieniem. Na prawym widzimy postać ciemną, ni to samuraja ni to ćmę, z trudem dźwigającą na plecach młodego człowieka. Anioł Stróż i Charon, a może Książę Ciemności? Tajemniczości przedstawieniu dodaje fakt, że środkową część znamy tylko z nieczytelnej reprodukcji prasowej.
Intryguje też kameralna „Zaczarowana dzieweczka” Rembowskiego, mająca w sobie coś z Wyspiańskiego, coś z Wojtkiewicza – i coś ze średniowiecznej Sacra Conversazione, tyle że bezbrzeżnie smutnej.

Stąd droga powadzi wprost do sekwencji „Sacrum w codzienności”. Do bezradnego Chrystusa z „Ceremonii” Wojtkiewicza, antycypującego niejako postać Jeszui Ha-Nocri z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. Do franciszkańskich przedstawień Hofmana. Z chłopem o brudnych nogach, który spowiada się drewnianemu Frasobliwemu w przydrożnej kapliczce. Wreszcie, do „Wieczerzy Pańskiej”, czy też „Wieczerzy nędzarzy” Gottlieba, gdzie Apostołów zastąpili wykluczeni: żebracy, robotnicy, prostytutki. Potraktowani w sposób niezwykle estetyzujący. I znów: niemal wszyscy mają zamknięte oczy.

Na koniec znów wyciszenie: rozdział poświęcony wprost nastrojom i emocjom. I aneks odnoszący się do Cypriana Kamila Norwida, którego Grupa Pięciu (nie do końca adekwatnie) uczyniła swoim patronem.
*
Oczywiście – prezentacja Grupy Pięciu jest ważnym przeżyciem estetycznym i intelektualnym. Ale
zwraca też uwagę fakt, że sztuka sprzed 120 lat okazuje się szczególnie aktualna.
Bo przecież coraz częściej – skonfrontowani z niepokojami otaczającego nas świata – chcielibyśmy zamknąć oczy i odnaleźć wewnętrzny spokój. A przynajmniej go poszukać.
„Młodopolska Grupa Pięciu. Zapomniani buntownicy”
Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie, 13.02-05.07.2026


![[Portret-Witolda-Wojtkiewicza]__OBR Witold Wojtkiewicz, ok. 1898 r.](https://spotkaniazzabytkami.pl/wp-content/uploads/2026/03/portret-witolda-wojtkiewicza--obr-800x1283.jpg)














