Leopold Gottlieb „Wieczerza Pańskiej”(„Wieczerza nędzarzy”), 1910 r.
Leopold Gottlieb „Wieczerza Pańska” („Wieczerza nędzarzy”), 1910 r.
Fot. domena publiczna
Recenzje

Zza zamkniętych oczu

Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie dowodzi, że Młoda Polska nie umarła wraz z Wyspiańskim. A twórczość jej drugiego pokolenia okazuje się zadziwiająco aktualna.

Było ich pięciu: Leopold Gottlieb, Wlastimil Hofman, Mieczysław Jakimowicz, Jan Rembowski i Witold Wojtkiewicz.

Od sierpnia 1905
do lutego 1908 roku tworzyli nieformalną – bo nigdy nie ogłosili żadnego manifestu – grupę artystyczną,

która w dobie rozpoczynających się wielkich geopolitycznych przetasowań dążyła do uwolnienia się od narodowościowych, tożsamościowych czy społecznych obowiązków sztuki. W zamian za to, wykorzystując doświadczenia zachodnioeuropejskiego symbolizmu, dwudziestokilkuletni artyści zwrócili uwagę na stany emocjonalne, doświadczenia duchowe, przeżycia jednostki. A tym samym zapowiadali nadejście nowego nurtu w sztuce – ekspresjonizmu.

Oczywiście, dużą rolę odegrał też powtarzający się przez pokolenia bunt „młodych” przeciwko „starym”, tym razem skupionym wokół Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”, które zdążyło już zyskać prestiż i wpływy.

Fot. NAC
Zza zamkniętych oczu
Wystawa Towarzystwa Artystów Polskich “Sztuka” w Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Widoczni m.in. artysta malarz Wlastimil Hofman (3. z lewej), wiceminister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Józef Ujejski (6. z lewej), wicewojewoda krakowski Piotr Małaszyński (6. z prawej), wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Franciszek Walter (4. z lewej), artysta malarz Fryderyk Pautsch (8. z prawej), sekretarz Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie Karol Kramarczyk (7. z lewej). Kraków, luty 1932 r.

Wspólnie działali krótko. Jako osobna grupa nie przebili się do powszechnej świadomości.

A jako twórcze indywidualności? Witold Wojtkiewicz – m.in. za sprawą Jerzego Ficowskiego, Wiesława Juszczaka, a później esejom Piotra Pazińskiego – stał się późnym, ale ważnym odkryciem. Także dla szerokiej publiczności. Leopold Gottlieb pozostał w polskiej świadomości  przede wszystkim jako artysta-kronikarz, dokumentujący dzieje Legionów Polskich Piłsudskiego. Wlastimil Hofman zyskał niesprawiedliwie dyskredytujący status malarza mieszczańskiego. Mieczysław Jakimowicz, dobry znajomy Stefana Żeromskiego, oraz Jan Rembowski, którego twórczość w dużej części uległa zniszczeniu podczas II wojny światowej, zostali zapomniani. Grupa Pięciu jako fenomen artystyczny nie istnieje w powszechnej świadomości.

Fot. NAC
Zza zamkniętych oczu
Wlastimil Hofman podczas pracy w swojej krakowskiej pracowni, marzec, 1935 r.
Fot. NAC
Zza zamkniętych oczu
Leopold Gottlieb przy pracy. Do portretu pozuje tancerka, kurdyjska księżniczka Leyla Bedir Khan. Wiedeń, 1925 r.
Fot. Biblioteka Narodowa POlona
Zza zamkniętych oczu
Od lewej siedzą: Antoni Kuczewski, Borys Wigilew, Stefan Żeromski, Zefir Ćwikliński, Władysław Skoczylas, Mieczysław Jakimowicz, Kazimierz Brzeziński, Władysław Momentowicz. Zakopane, ok. 1916 r.

Pomiędzy światami

Muzeum Narodowe w Krakowie postanowiło to zmienić. I zrobiło to w sposób czytelny i atrakcyjny. Wystawa, za sprawą kuratorki Ireny Buchenfeld, ma charakter monograficzno-problemowy.

Z jednej strony prezentuje indywidualności artystyczne poszczególnych członków grupy, z drugiej – tematykę, która ich interesowała, sposób myślenia i formy realizacji.

Na to nakłada się jeszcze jedna warstwa: wyjątkowość sztuki Witolda Wojtkiewicza, która wydaje się kontrapunktem nadającym ton całej wystawie.

W pierwszym spotkaniu z Grupą Pięciu pośredniczą portrety, które z jednej strony pokazują charakter kolejnych twórców, z drugiej – budują dla ich dzieła kontekst towarzysko-środowiskowy. Oko odbiorcy już w pierwszej chwili zatrzymuje się na autoportrecie Gottlieba, który daje klucz do zrozumienia, o co chodzi w krakowskiej prezentacji. Artysta wybrał – co nietypowe dla tej tematyki – kompozycję horyzontalną, utrzymaną w stonowanej, pastelowej kolorystyce, a samego siebie przesunął w lewą stronę.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Leopold Gottlieb, „Autoportret”

Mimo że w tle widzimy monumentalną architekturę i ciemniejsze, anonimowe sylwetki ludzi, widz ma wrażenie pustki, ciszy, niebytu. Wyprostowana postać malarza, z rozwichrzonymi włosami, w rozchełstanej koszuli, zdaje się pogrążona w głębokiej medytacji. Ma zamknięte oczy – podobnie jak kobieta na sąsiadującej z obrazem litografii Odillona Redona (1890). Ten motyw będzie regularnie powracał w kolejnych odsłonach wystawy.

Z Gottliebem dobrze koresponduje autoportret Mieczysława Jakimowicza z 1906 r. (z cyklu „Jaźń”). Nastrojowy, o miękkich, rozmytych konturach, utrzymany w czerniach i szarościach. Jakby nierealny, melancholijny, a zarazem pełen spokoju. I tym razem zaskakuje kompozycja przedstawienia. Portretowany zdaje się pochylać w lewo, opierając głowę o lewy róg obrazu. Nieobecnym wzrokiem patrzy poza kadr.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Mieczysław Jakimowicz, autoportret z cyklu „Jaźń”, 1906 r.

Jego postać – jakby zawieszona między pracownią a światem zewnętrznym –  odbija się w szybie. Ma to szczególne znaczenie: obrazuje kondycję artysty, który staje się medium między twardą realnością a tym, co duchowe, mistyczne, transcendentne. Czyżby takie ujęcie wiązało się z rosnącą świadomością choroby i nadciągającej przedwcześnie śmierci (Jakimowicz zmarł w 1917 r. w wieku 36 lat)?

Salony i pobielacz grobów

Na tym tle Wojtkiewiczowskie portrety przedstawiające rodzinę Pareńskich zaskakują kolorowym optymizmem, bo przecież jego twórczość łączy zazwyczaj tragizm, ironia i ukrywający emocje dystans. Może dlatego, że ciężko chory na serce artysta zakochany był platonicznie w najstarszej z sióstr Pareńskich – Marii, zaś jej matka otaczała go troskliwą opieką. Nawet przedstawienie Elizy Pareńskiej, najmłodszej z młodopolskich muz, emanuje niewinnością i szczerą wiarą w przyszłość; nic nie wskazuje na to, że dziewczyna, uzależniona od alkoholu i opioidów, w wieku 35 lat popełni samobójstwo.

Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Zza zamkniętych oczu
Witold Wojtkiewicz, „Portret Lizy Pareńskiej”, ok. 1906 r.

Jednocześnie nawet w tej sekwencji ostatecznie pojawia się charakterystyczny dla Wojtkiewicza rys: na portrecie Bolesława Raczyńskiego, kompozytora, który tworzył muzykę m.in. do dramatów Wyspiańskiego, a prywatnie szwagra Marii, pojawiają się wypełniające wyobraźnię Wojtkiewicza marionetki – tym razem jawiące się jako szaleni, pokraczni muzykanci, których skupiony muzyk próbuje poskromić.

Inną atmosferę niosą prace Wlastimila Hofmana, ucznia i przyjaciela Jacka Malczewskiego. Mimo dużych formatów i spektakularnej formy wyczuwamy w nich współczującą prostotę. Opiekujący się cmentarzem „Pobielacz grobów”, przedstawiony na tle prostych, drewnianych krzyży, które najpóźniej w kilka lat rozpadną się w pył, zamarł w pozie Rodinowskiego „Myśliciela”. Ale jest w tym wszystkim nadzieja. Starzec, za którym dostrzegamy Chrystusa pochylonego pod krzyżem na Drodze Krzyżowej, trzyma w ręku drobny kwiatek. Według legendy ten kwiat wyrósł z łez Marii na Golgocie i zwiastuje zbawienie. Hofman to ważne odkrycie na krakowskiej wystawie.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Wlastimil Hofman, „Pobielacz grobów”

Dalej Jan Rembowski – autor wirtuozerskich rysunków węglem i pasteli. Na autoportrecie w góralskim serdaku wydaje się silny i zdecydowany, ukrywając chorobę. Towarzyszą mu dwie kobiety. Jedna spogląda zza ciemnego, rozłożystego kapelusza. Druga kokietuje pozornie niewinnym spojrzeniem i bluzką z irlandzkiej koronki.

Od ogółu do szczegółu

To moment oddechu, bo za chwilę zagłębimy się w przejmujący, zagarniający umysł i emocje świat Witolda Wojtkiewicza, któremu poświęcono osobny rozdział. Zobaczymy tu najbardziej ikoniczne prace malarza, by wymienić tylko „Korowód dziecięcy” czy Marionetki” z cyklu „Cyrk”… Dodajmy do tego niespodziankę: obraz „Zielone Świątki na Bielanach pod Krakowem”. Przez wiele lat uważany za zaginiony, w 1988 r. odnalazł się w zbiorach Detroit Institute of Arts. Po 120 latach pokazano go w mieście, w którym powstał.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Witold Wojtkiewicz, „Zielone Świątki na Bielanach pod Krakowem”, 1906 r.

Czy twórczość Wojtkiewicza dominuje nieco nad całością prezentacji? Tak. Ale czy mogło być inaczej? Przecież mówimy o twórczości, która z jednej strony dobrze wyraża intuicje Grupy Pięciu, z drugiej jednak jest tak nieokiełznana, tak silna, tak osobna, że trudno to pominąć.

Mocny wojtkiewiczowski akcent na wystawie to wartość sama w sobie. Zresztą, dzieło artysty będzie powracać w kolejnych sekwencjach.

1. Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
2. Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Witold Wojtkiewicz, „Podmuchy wiosenne”, 1905 r.
Witold Wojtkiewicz, „Bajka o rycerzu”, 1909 r.
Witold Wojtkiewicz: „Podmuchy wiosenne”, 1905 r. (slajd pierwszy) i „Bajka o rycerzu”, 1909 r. (slajd drugi)

Bo logika scenariusza prowadzi od ogółu do szczegółu. Poznaliśmy już członków grupy, środowisko, w którym się obracali, ich wrażliwość, sposób myślenia, technikę. Teraz wchodzimy w sferę treści. Jaka tematyka ich łączy? I tu powraca motyw zamkniętych oczu. Najczęściej kobiecych bądź dziecięcych. Oto np. węgiel Rembowskiego pt. „Siostry”/„Wiejska toaleta”.  Nastoletnie dziewczęta usiadły pod drzewem. Pierwsza położyła głowę na kolanach drugiej. Zamknęła oczy, zmęczona słońcem albo zwierzeniami. W tym intymnym, wyidealizowanym przedstawieniu jest coś z atmosfery obrazów prerafaelitów. 

Anioł-motyl, anioł-ćma             

Oczywiście, na wystawie nie mogło zabraknąć wątku kobiecego z całą jego młodopolską ambiwalencją, rozpisaną między duchowością, psychologią a seksualnością. Jednak to chyba tylko interludium, podobnie jak (ciekawa) sekwencja poświęcona relacji matka – dziecko. Napięcie wzrośnie, gdy wejdziemy w kolejne przestrzenie.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Wlastimil Hofman, „Na nowy żywot”, prawy panel tryptyku, 1906 r.

Najpierw w świat fantazji. Gdzie powraca Wlastimil Hofman z fascynującym tryptykiem „Na nowy żywot”. Lewy panel przedstawia jasnego anioła o motylich skrzydłach, który niosąc na rękach delikatne ciało chłopca, rozgląda się za jakimś bezpiecznym schronieniem. Na prawym widzimy postać ciemną, ni to samuraja ni to ćmę, z trudem dźwigającą na plecach młodego człowieka. Anioł Stróż i Charon, a może Książę Ciemności? Tajemniczości przedstawieniu dodaje fakt, że środkową część znamy tylko z nieczytelnej reprodukcji prasowej.

Intryguje też kameralna „Zaczarowana dzieweczka” Rembowskiego, mająca w sobie coś z Wyspiańskiego, coś z Wojtkiewicza – i coś ze średniowiecznej Sacra Conversazione, tyle że bezbrzeżnie smutnej. 

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Jan Rembowski, „Zaczarowana dzieweczka”, 1913 r.

Stąd droga powadzi wprost do sekwencji „Sacrum w codzienności”. Do bezradnego Chrystusa z „Ceremonii” Wojtkiewicza, antycypującego niejako postać Jeszui Ha-Nocri z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. Do franciszkańskich przedstawień Hofmana. Z chłopem o brudnych nogach, który spowiada się drewnianemu Frasobliwemu w przydrożnej kapliczce. Wreszcie, do „Wieczerzy Pańskiej”, czy też „Wieczerzy nędzarzy” Gottlieba, gdzie Apostołów zastąpili wykluczeni: żebracy, robotnicy, prostytutki. Potraktowani w sposób niezwykle estetyzujący. I znów: niemal wszyscy mają zamknięte oczy.

Fot. domena publiczna
Zza zamkniętych oczu
Leopold Gottlieb, „Wieczerza Pańska”(„Wieczerza nędzarzy”), 1910 r.

Na koniec znów wyciszenie: rozdział poświęcony wprost nastrojom i emocjom. I aneks odnoszący się do Cypriana Kamila Norwida, którego Grupa Pięciu (nie do końca adekwatnie) uczyniła swoim patronem.

*

Oczywiście – prezentacja Grupy Pięciu jest ważnym przeżyciem estetycznym i intelektualnym. Ale 

zwraca też uwagę fakt, że sztuka sprzed 120 lat okazuje się szczególnie aktualna.

Bo przecież coraz częściej – skonfrontowani z niepokojami otaczającego nas świata – chcielibyśmy zamknąć oczy i odnaleźć wewnętrzny spokój. A przynajmniej go poszukać.  

„Młodopolska Grupa Pięciu. Zapomniani buntownicy”

Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie, 13.02-05.07.2026


Agnieszka Sabor

Jest historyczką sztuki i publicystką. Autorka recenzji, wywiadów oraz sylwetek artystów. Publikowała m.in. w "Tygodniku Powszechnym" oraz "Rzeczpospolitej". Kuratorka wystaw.

Popularne

Skąd się biorą bloki w polu?

Po II wojnie światowej polska wieś stała się przestrzenią nie tylko gospodarczego, ale i architektonicznego eksperymentu. Najpierw zaproponowano jej nowoczesne zagrody, potem osiedla mieszkaniowe. I choć dziś „bloki w polu” mogą budzić wesołość, warto przyjrzeć się im uważniej, odkrywając opowieść o estetycznej i modernizacyjnej rewolucji, która w PRL dokonała się na prowincji. Do eksploracji zachęca wystawa „Ukryte szczątki. Centralnie planowana architektura mieszkaniowa na wsi”, którą można oglądać w Muzeum Architektury we Wrocławiu...

Nasi w mieście nad Izarą

„Z jednej strony Mnichów jest błogosławionym przybytkiem miękkich puchowych betów i arcy wytwornego piwa, tak z drugiej strony jest prawdziwą stolicą sztuki, i pod tym względem nie ma równego mu miasta w Europie” – pisał Ludomir Benedyktowicz, mając na myśli Monachium, tak bowiem w środowisku polskim to miasto zdrobniale i trochę żartobliwie określano...