Grobowiec megalityczny datowany na 3000 do 4400 lat p.n.e. Wietrzychowice, czerwiec 2019 r.
Grobowiec megalityczny datowany na 3000 do 4400 lat p.n.e. Wietrzychowice, czerwiec 2019 r.
Fot. Daniel Pach / Forum
Artykuły

W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów

Z tego artykułu dowiesz się:
  • co w Garbatce robił Grek i Włoch
  • dlaczego ludność Kujaw rozbierała miejscowe grobowce
  • gdzie znajduje się najładniejszy lamus w Polsce

„Słowiańskie rośliny czarowne”, „Słowiańskie boginie ziół”, „Jak kochali Słowianie. Życie erotyczne Słowian”, „10 najlepszych slavic booków” – branża wydawnicza zdaje się nie mieć wątpliwości – chętnie patrzymy daleko w przeszłość i chcemy jak najlepiej poznać naszych tajemniczych antenatów. A co jeśli książki nam już nie wystarczają? Co jeśli chcemy zanurzyć się po uszy w prawdziwie słowiańskim doświadczeniu?

Cóż, jeśli starczy odwagi, możemy wyruszyć w podróż śladem dawnych demonów. Kto wie, jeśli dopisze szczęście, może w którąś bezgwiezdną noc przyjdzie stanąć oko w oko z potężnymi reprezentantami słowiańskiego panteonu.

Zakopane pod Kozienicami

Dla naszych praprzodków puszcza była całym uniwersum. W borach z sosnami wysokimi tak, że nie widać ich szczytów, w wiecznym półmroku starych dąbrów, czas mógł mijać zupełnie niepostrzeżenie. Wielka historia zdawała się zapomnieć o, ukrytej głęboko w lesie, Słowiańszczyźnie, co pozwoliło jej mieszkańcom w spokoju zdobywać jedzenie, budować osady oraz opowiadać sobie o bogach i demonach. Mieszkali oni w niewielkim oddaleniu od ludzi – pomiędzy drzewami, pod okazałymi paprociami i w gęstej kniei. Jakie więc miejsce byłoby dziś lepsze na bliskie spotkanie z, na przykład, dziewoniami (nimfami czuwającymi nad zwierzętami) czy dziwami (imponujących rozmiarów demonami posilającymi się podróżującymi gościńcami wędrowcami) od leśniczówki?

Leśniczówek u nas, na szczęście, dostatek – prawie 5000 . A to i tak tylko te, które funkcjonują w tym charakterze do dzisiaj.

Z tych dawnych wyróżnia się bez wątpienia ta w Garbatce-Letnisko. Bo kto by się spodziewał, że w tej wypoczynkowej miejscowości w Puszczy Kozienickiej (która dawniej była częścią Puszczy Radomskiej) znajdzie się budyneczek rodem z… Zakopanego?

il. Zabytek.pl
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Leśniczówka Garbatka-Letnisko. Karta biała zabytku (z zasobów dawnego ODZ w Warszawie). Oprac. Iwona Plichta-Wiśniewska

Pierwsze wzmianki o Garbatce pochodzą już ze średniowiecza, jednak swój letniskowy charakter zyskała dopiero pod koniec XIX wieku. Kilkadziesiąt lat po tym, jak Grek pracujący przy budowie okolicznej kolei Iwanogrodzko-Dąbrowskiej – Antonis Jani – wykupił parcelę, wybudował kilka domów i zaczął intensywnie rozgłaszać pogłoski o rzekomych walorach zdrowotnych lokalnego klimatu, Garbatka zyskała swój drugi wyróżnik – drewno. W 20-leciu międzywojennym na tym terenie funkcjonował już państwowy tartak ze stolarnią mebli oraz Zarząd Nadleśnictwa Lasów Państwowych. To właśnie dla tej organizacji, w 1921 roku, na zboczu wzniesienia, postawiono drewniany budynek leśniczówki. Za projekt odpowiadał Antoni Boretti reprezentujący czwarte pokolenie budowniczych mediolańskiego rodu. Ten absolwent ryskiej Politechniki związał się zawodowo z polską administracją państwową, a do jego obowiązków należało m.in. nadzorowanie inwestycji prowadzonych dla Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu. Boretti sięgnął po styl zakopiański – zapewne uznał wykorzystanie do budowy drewna za najlepsze rozwiązanie w wypadku tego akurat inwestora, a dodatkowo zastosowanie nurtu mającego w założeniu reprezentować polski styl narodowy pasowało do państwowego zamówienia (dodajmy – państwa bardzo młodego, które potrzebowało w przestrzeni jednoczących symboli). Leśniczówka była gotowa do użytku już w 1923, a do prac zaangażowano grupę zakopiańskich górali. Na początku nowego tysiąclecia budynek stał się własnością prywatną i obecnie pełni funkcje mieszkaniowe. Nie zmienia to faktu, że można wyznaczyć go sobie za cel spaceru – kto wie, może taką samą decyzję powezmą okoliczne leśne stwory?

Fot. M. Flasiński / NAC
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Trzydniowy obóz drużyn harcerskich, przemarsz lokalnej drużyny harcerek. Garbatka, 8 czerwca 1939 r.
Fot. Biblioteka Narodowa Polona
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Straż Ogniowa Ochotnicza zaprasza na “Sierpniówkę” w lesie nad rzeczką. Garbatka, sierpień 1927 r.

Piramidy starsze niż w Gizie

Łoża olbrzymów, mogielniki, żalki, kaszubskie piramidy i w końcu, najbardziej profesjonalnie – grobowce megalityczne. Wszystkie te określenia można z powodzeniem stosować do reliktów znajdujących się w kujawsko-pomorskich Wietrzychowicach.

Spragnieni wrażeń rodem z Kairu turyści mogą co prawda w pierwszej chwili czuć się nieco zawiedzeni wysokością grobowców, ale gdy minie pierwszy szok, na pewno docenią ich walory. Szczególnie, że są sporo starsze od słynnych piramid w Gizie. Jeżeli słowiańskie duchy miałyby listę prastarych destynacji do nawiedzin, to Wietrzychowice byłyby na pewno w ścisłej czołówce. Takie tęsknice, śmiertelnie niebezpieczne upiorzyce snujące się po cmentarzach oraz rozstajach dróg i sprowadzające na swoje ofiary melancholię, miałyby tu używanie.

Na początku lat 30. młody, wtedy dopiero 26-letni, świeżo upieczony doktorant Konrad Jażdżewski prowadził badania archeologiczne na terenie Kujaw. Pokochał archeologię jeszcze w czasach szkolnych – poza zapamiętałym czytaniem „Przeglądu Archeologicznego” próbował swoich sił także w terenie, a w trakcie wakacji spędzanych u ciotki w Rawiczu udało mu się nawet odnaleźć na wydmach kilka prehistorycznych reliktów. To odkrycie nie tylko przesądziło o wyborze ścieżki zawodowej, ale też zaostrzyło apetyt Jażdżewskiego na kolejne. Dlatego, kiedy w trakcie wykopków okoliczni chłopi donieśli mu o dziwnie ułożonych kamieniach w środku lasu, nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Każdy badacz marzy o takiej wiadomości.

Fot. Daniel Pach / Forum
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Grobowiec megalityczny datowany na 3000 do 4400 lat p.n.e. Wietrzychowice, czerwiec 2019 r.

Nigdy nie były wysokie. Nawet w czasach swojej świetności nie przekraczały 3 ,5 metra. Nadrabiały innymi wymiarami –
boki niektórych z tych pięciu grobowców potrafiły sięgać ponad 100 metrów.

Gdy Jażdżewski dotarł do trójkątnych mogił w wietrzychowickim lesie, ktoś już jednak przy nich majstrował. Nie to jest jednak najbardziej zaskakujące – w końcu naruszanie wiecznego spoczynku towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów. Czasem już kilka godzin po pogrzebie zachłanni rabusie przystępowali do plądrowania w nadziei na drogocenne artefakty włożone zmarłemu do grobu. Ci, którzy uszkodzili grobowce w Wietrzychowicach, nie polowali jednak na złoto, diamenty czy drogocenne ozdoby. Ich interesowały… kamienie.

Maksymilian Borucki już w 1882 roku opisywał specyficzny problem Kujawian. Matka natura wyposażyła ich co prawda w piękne krajobrazy i żyzne ziemie, ale poskąpiła… kamieni. A te wykorzystywano jako fundamenty w nowo stawianych domostwach. Obrotni miejscowi postanowili więc recyklingować to, co znaleźli na prehistorycznych grobach. Borucki pokusił się nawet o stwierdzenie, że

w regionie większość domów o kamiennych fundamentach jest wybudowana na surowcach pochodzących z żalek. Na pewno część kujawskich dróg też wysadzana jest pochodzącymi mogił kamieniami. 

1. Fot. NAC
2. Fot. Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Sudent Uniwersytetu Poznańskiego Konrad Jażdżewski (z prawej) w towarzystwie prof. Józefa Kostrzewskiego (w środku) podczas obozy ekspedycji archeologicznej
Konrad Jażdżewski podczas badań archeoplogicznych (siedzi przy stoliku)
Konrad Jażdżewski: jako student Uniwersytetu Poznańskiego (z prawej), w towarzystwie prof. Józefa Kostrzewskiego (w środku) podczas obozu ekspedycji archeologicznej (slajd pierwszy) i podczas badań archeologicznych (siedzi przy stoliku, slajd drugi)

Zapotrzebowanie na trudnodostępny materiał budowlany nie było jedynym zagrożeniem dla mogielników. Równie niebezpieczni byli archeolodzy amatorzy, których, wraz z rozwojem dyscypliny, grasowało w lasach coraz więcej. Taki Roderich von Erckert na przykład, emerytowany pruski generał, rozkopał na Kujawach aż 30 grobowców. Jak to więc możliwe, że, mimo tylu zagrożeń, grobowce w Wietrzychowicach przetrwały w całkiem niezłym stanie do XX wieku? Tutaj do gry wchodzą tajemne moce. Ponoć któregoś wieczora właściciel tych terenów, Adolf Boehmer, zorganizował swoim gościom bardzo popularną przed wojną rozrywkę – seans spirytystyczny. Duch przywołany podczas tej, niewinnej z pozoru, zabawy, poinformował gospodarza, że jeżeli nie przestanie pozyskiwać budulca z grobowców, marny jego los. Boehmer rozważył spokojnie wszystkie za i przeciw i najpewniej doszedł do wniosku, że więcej kamieni już mu nie potrzeba. Żalki mogły w spokoju czekać na Jażdżewskiego.

Badania archeologiczne w Wietrzychowicach odsłoniły skrywane przez tysiąclecia tajemnice. W trakcie wykopalisk odnaleziono skorupy naczyń i fragmenty narzędzi – niektóre z nich określono jako starsze od samych grobowców, których powstanie zadatowano na okres pomiędzy 3700 a 3300 r. p.n.e. – oraz relikty. Archeolog zinterpretował je jako pozostałości po ceremonii pogrzebowej – w tym zwierzęce i ludzkie kości – co doprowadziło go do konkluzji o mających się tu odbywać obrzędach kanibalistycznych. Po takich odkryciach aż dziwne, że Jażdżewski oznajmił świeżo poślubionej małżonce: „kocham cię prawie tak, jak archeologię”.

Fot. NAC
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Kujawianka w stroju regionalnym (ok. 1910-1939 r.)

Gotycka stodoła

Słowiańskich duchów, stworów i bestii nie trzeba szukać wyłącznie w głębi lasów czy na dawnych cmentarzyskach. Czasem są bliżej, niż moglibyśmy przypuszczać. Na przykład takie

chochliki – figlarne, przypominające nieco kota stworzonka, spędzające czas na psoceniu i wyjadaniu zapasów, uwielbiały gnieździć się w spiżarniach, komorach i lamusach.

Te ostatnie były samodzielnymi budynkami pełniącymi funkcję składzika. Mimo że dziś lamusów się już nie stawia, najbardziej zdeterminowani ciągle mogą znaleźć w Polsce kilka pochodzących z dawnych czasów.

Fot. Karol Czajkowski / NID
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Zabytkowy lamus w Kalinówce Kościelnej, 2022 r.

Jedna z takich perełek, starsza nawet od trzeciomajowej konstytucji, nie niepokojona przez wielką historię, przetrwała do dziś na Podlasiu, w Kalinówce Kościelnej. Dwukondygnacyjny, drewniany budynek, datowany na ostatnią ćwierć XVIII wieku, wchodzi w skład zabudowań miejscowej parafii. Dzięki pięknym podcieniom z ozdobnymi słupami i czterospadowemu dachowi krytemu trzciną, budynek wygląda bardzo wytwornie.

W latach 20. XX wieku podlaski lamus przeszedł prawdziwą rewolucję. Został obrócony o 90 stopni, a w ścianach bocznych wycięto okna. Wtedy, oprócz swojej pierwotnej funkcji, zaczął być wykorzystywany do celów mieszkalnych. Obecnie w jego wnętrzu znajduje się izba regionalna z eksponatami uzyskanymi od mieszkańców miejscowości.

Niestety, nie wiadomo, kiedy dokładnie w lamusie zamieszkały w chochliki.

Innym budynkiem gospodarczym, który może być domem dla rozmaitych istot nie zawsze z tego świata, jest stodoła. Tę przestrzeń polubiły zwłaszcza gumienniki, stworki do złudzenia przypominające czarne koty. Podobnie jak one są też niezwykle humorzaste. Zadowolony z życia gumiennik potrafił być bardzo przydatny: pilnował zbiorów, dybał na złodziei, wyłapywał gryzonie, ale rozgniewany mógł nawet podpalić składowane w budynku plony. A jeżeli stodoły organizowałyby konkursy piękności, to ta w Kołbaczu z pewnością skończyłaby z koroną, choć początkowo nie była nawet stodołą!

Cystersi przybyli na te tereny na zaproszenie Warcisława II Świętoborzyca już w XII wieku i krótko potem przystąpili do budowy świątyni. Prace trwały, bez mała, 150 lat.

Mnisi słynęli z przedsiębiorczości, nie dziwi więc, że z powodzeniem zarządzali dość rozległym obszarem, tworząc szereg budynków gospodarczych, takich jak np. młyn, browar, stajnie, warsztaty czy owczarnia. Ta ostatnia miała w przyszłości zmienić swoją funkcję i zasłynąć wśród poszukiwaczy nietypowych zabytków jako „gotycka stodoła”.

Fot. Władysław Paszkowski / dziedzictworegionalne.pl / Podlaska Biblioteka Cyfrowa
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Stodoła gotycka. Kołbacz, 1956 r.
Fot. Władysław Paszkowski / dziedzictworegionalne.pl / Podlaska Biblioteka Cyfrowa
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Stodoła gotycka. Kołbacz, 1956 r.

W niektórych miejscowościach nawet ratusze są skromniejsze od tego XIV-wiecznego kołbackiego budynku, do dziś pełniącego funkcję magazynową. Wybudowany z cegieł ułożonych w wątku wendyjskim (co jest nie bez znaczenia, bo nazywany jest on inaczej wątkiem słowiańskim), ze ścianami szczytowymi o konstrukcji szachulcowej, z powodzeniem mógłby pełnić bardziej reprezentacyjną rolę. Szczególnie biorąc pod uwagę, że pierwotnie był przepruty dużymi, zakończonymi ostrymi łukami, oknami, co dodawało mu niezwykłej lekkości. Na szczęście dziś, dzięki blendom, bez problemu możemy wyobrazić sobie jego oryginalny wygląd.

Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Stodoła (dawna owczarnia) – zabudowania gospodarcze dawnego Opactwa Cystersów. Kołbacz, sierpień 2018 r.

W trakcie odwiedzin Kołbacza nie zapomnijcie spojrzeć pod nogi. W trakcie prac archeologicznych prowadzonych 40 lat temu, w ziemi znaleziono prawie 900 fragmentów kolorowych szkiełek, które pierwotnie cieszyły oko jako witraże. Kto wie, może ziemia nie wyjawiła tam jeszcze wszystkich swoich tajemnic?

Twórca Matołka w siedleckim Wilanowie

Kolejny stwór nie kojarzy się z bliskością ludzkich siedzib.

Utopce intyicyjnie widzimy snujące się na łąkach, przy rwących strumieniach albo zanurzone po szyję w pokrytych rzęsą jeziorach,

ale ten bardzo niebezpieczny duch samobójcy, który skończył swoje życie w wodzie, równie dobrze, co w dużych akwenach, czuje się w zwykłych studniach. Biada temu, kto nieświadomy podszedł do mary zbyt blisko. Pechowiec na wieczność dołączał do utopca w zimnej toni.

Piękna (i bardzo posępna) studnia, w której z pewnością chętnie znalazłby dom niejeden utopiec, możemy znaleźć w Korczewie, w województwie mazowieckim. Ujęcie, nazywane inaczej „źródłem Jana” – od rzeźby św. Jana Nepomucena znajdującej się na dachu – powstało w pierwszej połowie XIX wieku jako część kompleksu pałacowego. Studnię zaprojektował Franciszek Jaszczołd, zatrudniony przez właścicieli do przebudowy kompleksu. Jej neogotycka stylistyka jak ulał pasuje do mrocznych opowieści.

Fot. Joanna Pyka / domena publiczna
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Pałac w Korczewie

W skład korczewskiego zespołu pałacowo-parkowego wchodzi majestatyczny pałac, dwie oficyny: wschodnia i zachodnia, letni pałacyk „Syberia”, oranżeria, kordegarda, stajnia, wozownia, studnia właśnie, a to wszystko otoczone ogrodzeniem z ozdobną bramą. Początki kompleksu w jego dzisiejszej formie należy wiązać z Wiktorynem Kuczyńskim, żyjącym w XVIII wieku kasztelanem podlaskim, nazywanym przez sobie współczesnych „Królem Podlasia” (jego syna, Leona, który odziedziczył korczewskiego dobra, nazywano złośliwie „Królikiem Podlasia”). To on zatrudnił architekta Radziwiłłów, Konceniego Boni, by wybudował w Korczewie pałac nazywany później siedleckim Wilanowem. Z tego pierwszego założenia niewiele zostało, siedziba Kuczyńskich kilkukrotnie przechodziła radykalne przebudowy i remonty. Dość wymienić jedną, której pałac zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd – po I wojnie światowej właściciele chcieli przywrócić Korczewowi dawną świetność. Wanda Ostrowska, z domu Krafftówna, przekonała swojego nauczyciela, wykładowcę Politechniki Warszawskiej i niezwykle płodnego rysownika, Stanisława Noakowskiego, by wykonał projekt fasady. Budowę nadzorował natomiast Marian Walentynowicz, który przeszedł do historii jako twórca „Koziołka Matołka”.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Historia tego miejsca zaczęła się jednak na długo przed Kuczyńskimi. Pamiątkę z naprawdę dawnych czasów można znaleźć w przypałacowym parku. Stoi tam, ukryty przed niepowołanym wzorkiem, tajemniczy menhir – umieszczony pionowo głaz pochodzący z czasów przedchrześcijańskich. Legenda mówi, że spełnia marzenia – wystarczy pomyśleć jedno (tylko jedno!) życzenie i dotknąć kamienia. Niektórzy twierdzą, że kamień jest pozostałością po dawnej świątyni boga słońca. Że bywa złośliwy, jak wobec gospodarza, który chciał jego fragment wykorzystać w fundamentach nowo stawianego domu. Ponoć to właśnie kamień opóźniał budowę, sprowadzał pożary i inne nieszczęścia. Pewnym jest tylko, że pamiątki po naszych praprzodkach mogą skrywać się w najrozmaitszych i najbardziej zaskakujących miejscach.

Na koniec miejsce tak przesiąknięte przeszłością, że nie ma sensu wymieniać poszczególnych demonów – zapewne gnieździ się ich tam całe mrowie.

Na Łysej Górze spotykały się w końcu nie tylko czarownice.

Fot. NAC
W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Świętym Krzyżu, Widok od strony wschodniej. Łysa Góra, 1936 r.

Mówi się, że w podziemiach Łysej Góry znajdują się pochówki pierwszych naszych władców. Że chrześcijanie postawili na szczycie świątynię, by miejscowym łatwiej było zapomnieć o swoich bogach. Że była to święta góra Wiślan. Pogłosek, legend i bajań jest ogrom, ciężko oddzielić prawdę od fikcji.

Pewnym jest, że Łysa Góra była dla naszych praprzodków ważnym miejscem.

W poszukiwaniu prasłowiańskich demonów
Wczesnośredniowieczne miejsce kultu, VII – IX w., pn. – zach. odcinek wału. Święty Krzyż, Łysa Góra. 2011 r.

Świadczyć o tym mogą chociażby relikty dawnych wałów przypominający rzekę z pokruszonego kwarcytu. Powstały pomiędzy VIII a połową X wieku i ciągną się przez 1,5 kilometra. Ich wysokość sięga w niektórych miejscach do 2,5 metra, ale pierwotnie były zapewne wyższe. Tajemniczy jest ich wygląd, tajemnicza geneza – badacze do dziś dyskutują, czy pełniły funkcje obronne, czy kultowe. Zgodności nie ma, ale duchy ponoć są.


Klaudia Obrębska

Historyczka sztuki i antropolożka. Redaktora naczelna "Poradnika dobrych praktyk architektonicznych dla socmodernizmu", autorka artykułów naukowych i popularnonaukowych z zakresu historii sztuki i architektury. Stypendystka stypendium artystycznego m. st. Warszawy. Dziennikarka Radia dla Ciebie. W wolnych chwilach popularyzuje historię architektury na instagramowym koncie @miasto.tlumacze. Matkuje trzem kotom: Kwadratowi, Całce i Bryłce.

Popularne

Topienie Marzanny

Topienie Marzanny to polski zwyczaj, który ma wyznaczać zakończenie zimy i nadejście wiosny. Marzanna jest w ludowej kulturze uosobieniem nie tylko pory roku pełnej śniegu i mrozów, ale także złych mocy, które trzeba przegonić, aby przyroda powróciła do życia. Zwyczaj ten, zakorzeniony w obrzędach ofiarnych, miał zapewnić urodzaj w nadchodzącym roku. Kukłę wykonywano ze słomy, owijano białym płótnem, zdobiono wstążkami i koralami.

Skąd się biorą bloki w polu?

Po II wojnie światowej polska wieś stała się przestrzenią nie tylko gospodarczego, ale i architektonicznego eksperymentu. Najpierw zaproponowano jej nowoczesne zagrody, potem osiedla mieszkaniowe. I choć dziś „bloki w polu” mogą budzić wesołość, warto przyjrzeć się im uważniej, odkrywając opowieść o estetycznej i modernizacyjnej rewolucji, która w PRL dokonała się na prowincji. Do eksploracji zachęca wystawa „Ukryte szczątki. Centralnie planowana architektura mieszkaniowa na wsi”, którą można oglądać w Muzeum Architektury we Wrocławiu...

Zza zamkniętych oczu

Było ich pięciu: Leopold Gottlieb, Wlastimil Hofman, Mieczysław Jakimowicz, Jan Rembowski i Witold Wojtkiewicz. Od sierpnia 1905 do lutego 1908 roku tworzyli nieformalną – bo nigdy nie ogłosili żadnego manifestu – grupę artystyczną, która w dobie rozpoczynających się wielkich geopolitycznych przetasowań dążyła do uwolnienia się od narodowościowych, tożsamościowych czy społecznych obowiązków sztuki...