Fot. NAC
- gdzie dr Apolinary Tarnawski widział podobieństwa narodów do zwierząt
- w czym upatrywał zalety chodzenia po rosie
- czemu szef lecznicy sam projektował stroje dla pacjentów
O zakładzie leczniczym dr. Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie Huculskim słyszał w międzywojniu każdy. Podobno elity II RP paradowały tam nago, łącząc się ponad politycznymi podziałami, a miejscowy guru kazał im o głodzie kopać grządki bladym świtem. Tubylcy kuracjuszy uważali za wariatów, ale magnetyzm „seniora” sprawiał, że „Kościół” kuracjuszy powiększał się z roku na rok.

Rój stukilowych aniołków
„(…) na samym wstępie złamałem prawo – przekroczyłem bramę (bez karty wstępu) i byłem otoczony przez rój stukilowych aniołków w bieli. Tęsknie rzuciłem okiem za siebie, ale za późno: brama się zatrzasnęła. Wyczytałem na niej napis: »Władaj sobą!«. (…)
Zaiste – klasztor. Dwadzieścia morgów prześlicznego ogrodu, w którym drzewa uginają się od owoców. Ciche, żwirowane ścieżki. Niskie pawilony z bursztynowego drzewa, w których oknach palą się słońca. I ludzie w bieli. (…) W drodze w jednym z uzdrowisk zapewniała mnie słowem honoru jakaś paniusia, że »u Tarnawskiego nocą trupy w workach wynoszą«. Wierzyć w to, nie wierzyłem, ale zawsze – w każdej gadce musi być jakaś część prawdy. Może, na przykład, nie w workach i nie w nocy i nie wynoszą, ale całkiem po prostu – w dzień, w trumnach i nawet parą koni” – opisywał początek swojej pierwszej wizyty w Kosowie Huculskim reporter „Kuriera Warszawskiego” Melchior Wańkowicz.
Wańkowicz do Kosowa będzie jeszcze przyjeżdżał (samochodem z Warszawy, ładny kawałek drogi pod granicę rumuńską), co więcej, ściągnie tam młodziutkiego Stanisława Dygata, wówczas pracownika MSZ. Dziennikarz, ironiczny, zdystansowany, po reportażu „W krainie głodomorów” dołączy po prostu do wyznawców dr. Apolinarego Tarnawskiego i jego rozkosznie szokujących metod. „Doktor wszelkimi środkami chce wstrząsnąć naszą wolą i zbudzić chęć do zmiany życia. Znamienne jest bowiem, że wśród chorych panuje patriotyzm zakładu. Stary doktor wygłasza pogadanki, uczy, jak żyć przez cały rok. To nie sanatorium, które za pieniądze pacjenta odbębnia kurację. To – szkoła życia” – pisze Wańkowicz, samemu będąc już „patriotą zakładu”. Oto bowiem dziennikarz na bezdrożach Huculszczyzny znalazł się nagle pośrodku juste milieu, we właściwym towarzystwie. Trudno było nie dołączyć.
Okazało się, że u Tarnawskiego leczyli się wszyscy. Trochę aktorów, sporo śpiewaków, przede wszystkim jednak – biskupi, posłowie, senatorowie, wojewodowie – ludzie, którzy na różnych etapach rozdawali karty w polskiej polityce. Oprócz nich – naukowcy, pisarze, działacze społeczni.
Zakład Tarnawskiego, twór jeszcze austro-węgierski, ukochali sobie najbardziej prominentni endecy: Władysław Grabski, Zygmunt Balicki, Tadeusz Bielecki, Zygmunt Wasilewski i sam Roman Dmowski. Na ścieżkach zakładowego sadu lub przy spulchnianiu grządek – doktor nakazywał pracę fizyczną – w białych trykotach lub wręcz w bieliźnianym negliżu – spotykali się z Ignacym Daszyńskim, Kazimierzem Mokłowskim i innymi socjalistami lub wolnomularzami, jak Juliusz Osterwa. Może tylko sanatorów przyjeżdżało do Kosowa stosunkowo mało. Za to wcześniej reżimowi lecznicy niemal ramię w ramię podporządkowywała się skandalistka Gabriela Zapolska i ormiański arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.
„Wytwarza się osobny typ kossowiaków, co parę lat pielgrzymkę czyniących do Mekki i swego Mahometa, stanowiącego duszę zakładu dr. Apolinarego Tarnawskiego” – zauważał „Kurier Poznański”.

Lubimy obrażać
„Doktor Tarnawski! Chałubiński Huculszczyzny… Osiemdziesięcioletni starzec o mlecznej czuprynie, o oczach o młodzieńczym blasku, ustach zaciętych, znamionujących napięcie woli niemal fanatyczne. Boją się go chorzy okrutnie, bo zdarzają się wypadki, że każe zajeżdżać autu i… żegnaj” – pisał Wańkowicz.
„Napięcie woli niemal fanatyczne” kazało doktorowi stosować terapię prawdziwie szokową.
Impertynencje na granicy wyzwisk, traktowanie pacjentów z góry, przywiązanie do psychicznego reżimu i osobiste dąsy na otyłych – wszystko dla dobra pensjonariuszy.
„Przyjechała pulchna, młoda mężateczka. Siedzi i płacze. Była u Tarnawskiego. – Co pani je rano? – Dwa jajka na miękko, szynka, babka lub ciastka, filiżanka kawy, szklanka herbaty, kilka tostów. Indagacja trwa. Aż gdy dojechano do stałych niemal rybnych i mięsnych kolacji w restauracjach, wstał senior, wziął pacjentkę za rękę i powiódł ze sobą między zabudowania gospodarskie. Leżała tam – świnka przy korytku. – Żre pani – o tak… Więc siedzi i płacze. – Niech pani się uspokoi – pocieszają chorzy. – Każdemu prawie z nas się dostało: »Żresz pan!«” – wesoło opowiada zdarzenie Wańkowicz. „Pulchna, młoda mężateczka” wyszła jednak z pierwszego spotkania z doktorem obronną ręką.
„– Cóż pan w lustrze widzi?” – pyta lekarz, który zaaranżował całą scenę, stając z nowo przybyłym pacjentem przed wielkim lustrem. „– Cóż innego mogę widzieć? Doktora i siebie. – Źle pan widzi! Ja widzę doktora i wieprza. Tuczonego warchlaka!” – stwierdza.
„– Podgardle zwisłe, wzrok tępy, brzuch jak bania, ktoś pan taki?!” – wykrzykuje Tarnawski w relacji innego pacjenta. Inteligenci to kochali.


Przepadali za tym, by doktor nimi nieco popomiatał (Wańkowicz: „Profesor Chrzanowski mówił mi, że jest dwudziesty drugi sezon w Kosowie, od wojewodziny Jaroszewiczowej dowiedziałem się, że jest po raz dziewiąty”). Uwielbiali też rygorystyczny, drobiazgowo zaplanowany, ściśle przestrzegany i pełen sankcji rytm życia w lecznicy („Gdy o pół do dziesiątej świeci się jeszcze w czyim oknie, gwiżdże stróż nocny aż do skutku” – notuje Wańkowicz). Tarnawski uważał, że stracili kontakt z samymi sobą, że żyją w trujących miastach, odurzając się substancjami pobudzającymi w rodzaju kawy, wina i tytoniu – w Kosowie, oczywiście, zakazanymi.
Ponieważ inteligent, zatraciwszy chłopską równowagę między pracą fizyczną, kontaktem z naturą i jedzeniem, „hoduje sadło”, głodówka i ścisła dieta w wachlarzu środków terapeutycznych Kosowa zajmowała miejsce poczesne.
„Za oknem przesuwa się dwu panów. Jeden z nich to rekordzista: jest w siedemnastym dniu głodówki – jego towarzysz głoduje czternasty dzień” – pisze Wańkowicz, który sam w końcu, przyjeżdżając do zakładu wielokrotnie, poddawał się głodówkom i pochlebnie o nich wspominał.
Jarstwo równa się rajstwo
Kuchnia w Kosowie była jarska, wegetarianizm był wówczas modny, a Polacy od dawna znajdowali się wśród jego teoretyków.
I choć w niedzielę w klinice podawano kurczaki („Czasem nawet podajemy mięso i jaja, żeby nie było nagłych przeskoków z wiktu domowego na tutejszy” – tłumaczył doktor), jednak Tarnawski wielokrotnie dawał wyraz swojej niechęci do mięsożerców.

Opisywał w nim, jak przez dziesięciolecia powstawała i zmieniała się kosowska kuchnia, jednak najciekawsze są następujące później argumenty teoretyczne na rzecz wegetarianizmu:
„zwierzęta żywiące się roślinnością są silniejsze, wytrwałe i rosłe, a żyją długo. Podobnie pomiędzy ludźmi jarosze odznaczają się dzielnością w sportach i wytrwałością w pracy i są typem ogólnie zdrowszym i długowiecznym. Tak samo lud nasz, żywiąc się przeważnie płodami roślinnemi, ma kształtną budowę, zdrową krew i rumieńce. Narody niejedzące mięsa są wytrwałe i łagodne, a nie wojownicze. (…)
Wpływ jarstwa na psychikę wyraża się w tem, że ludzie przy pożywieniu roślinnem są na ogół spokojni, łatwo się opanowują i nie ulegają namiętnościom, a skłonni są do zgody i przestają na małem. Inaczej urobiło człowieka pożywienie mięsne”.Tarnawski wpisywał się XIX-wieczne jeszcze teorie niezwykle swego czasu popularnego Konstantego Alfonsa Moes-Oskragiełły, którego zdaniem dania roślinne to „przyrodzone pokarmy człowieka”, Słowianie zaś, od zarania oddani „jarstwu i wełniarstwu”, to etnia pełna naturalnej łagodności. Na początku XX wieku powstało również, jakby uszyte pod prawa polszczyzny, równanie „jarstwo = rajstwo”, w którym jedzenie nieobrobionych termicznie potraw i surówek miało odpowiadać pierwotnej rzeczywistości człowieka jeszcze sprzed wygnania z raju. Sam Tarnawski mięsa nie znosił, nazywał je padliną i najpewniej się nim brzydził. Kiedy na początku działalności lecznicy, by uczcić jego imieniny, podano gościom mięso, doktor po chwili wybiegł z jadalni, krzycząc: „Nie mogę patrzeć, jak żrecie!”. Więcej tego eksperymentu nie powtórzono.
Zbilansowane menu bazujące na nabiale, jarzynach, sokach owocowych, kaszach i węglowodanach ze szczególnym uwzględnieniem dań z kartofli stanowiło zamknięty system dietetyczny. Tym bardziej nowoczesny, że oparty na własnej produkcji spożywczej. Syn Apolinarego Tarnawskiego, również lekarz w ośrodku, wspomina: „W kosowskiej lecznicy był duży sad, w którym rosły jabłonie, grusze, śliwy, morele, brzoskwinie, orzechy. Była suszarnia owoców i jarzyn, a także prasa do wyciskania soków owocowych. Warzywa uprawiano w części gospodarskiej zakładu. W oborze hodowano krowy, a z mleka uzyskiwano nabiał. Była też ferma kur niosek oraz pasieka. Wszystkie owoce, warzywa i produkty trafiały na zakładowe stoły przez cały rok”.
„Najzdrowsze jest to, co zostawisz na talerzu” – mawiał doktor Tarnawski,
przekonując, że umiarkowanie w jedzeniu gwarantuje „dobry rozwój całego ciała, fizjologiczne funkcje narządów i sprawność członków, twarz wyrazistą, świeżą cerę (…), poczucie młodości i wrażliwość na radość życiową”.
Kiedy rannym słonkiem
Restrykcyjna dieta, odrzucenie mięsa, wodolecznictwo według modnej i skutecznej metody ks. Sebastiana Kneippa, ruch i ziołolecznictwo przed laty uratowały samego Tarnawskiego, który, poważnie chory, nie mógł się wyleczyć innymi metodami. Sam był pensjonariuszem słynnego na całą Europę zakładu ks. Kneippa w Wörishofen. To na tamtym doświadczeniu oparł własne metody leczenia.
W Kosowie nie brodziło się w wodzie, jak zalecał ks. Kneipp, jednak tuż po pobudce kuracjusze rozpoczynali dzień od chodzenia boso po mokrej trawie. Żeby zdążyć na poranną rosę, wstawało się w lecznicy bardzo wcześnie. „Z rana o godzinie piątej gong. Gimnastyka! Potem – przyjęcia u lekarzy” – notował Wańkowicz.
Gimnastyka, jak wszystko w Kosowie, miała charakter totalny.
Od „ćwiczeń cielesnych” po oddechowe, które Tarnawski wprowadził chyba jako pierwszy w Polsce. Totalność zaleceń ruchowych polegała też na tym, że z czasem doktor opracował do gimnastyki stosowne stroje.
Zdecydowany i wojujący przeciwnik ubrań obcisłych, kolorowych, gorsetów, kamizelek, podwiązek, biżuterii, makijażu i butów, najchętniej kazałby pacjentom chodzić nago (rajstwo!) i boso. Jedynie konwencja epoki zmusiła go do zaprojektowania ubrań zastępczych.
Były to zwiewne szaty o bardzo luźnym splocie, pozwalające na wykonywanie nieskrępowanych ruchów, prześwitujące, przez co do zaakceptowania jedynie na terenie lecznicy. Pacjentom szczególnie opornym wobec zalecenia chodzenia boso, przydzielano zaprojektowane i wykonane na miejscu specjalne sandały, które najmniej ograniczały tak pożądany przez doktora kontakt z ziemią. Ten z kolei był zalecany na każdym kroku, niekończące się spacery po otaczających lecznicę sadach i uprawa kosowskich grządek były równoprawnymi elementami terapii.

Lecznica oferowała holistyczny program naprawczy. Chodziło w nim o zmianę przyzwyczajeń. Kuracjusze mieli nauczyć się realizować hasło „Władaj sobą”, znajdujące się nad wjazdem na teren ośrodka. Nie kończyło się więc na diecie, ruchu, ćwiczeniach i powściągliwości, doktor dbał o aport teoretyczny. Pensjonariusze słuchali jego pogadanek, w których wyjaśniał zasady własnego systemu i dzielił się wiedzą z zagranicznych publikacji, dość jeszcze niemrawo tłumaczonych na polski.
Lecznica, ośrodek jeszcze XIX-wieczny, unowocześniał się przez cały czas swego istnienia, „senior”, co naturalne, eksperymentował. W 20-leciu w Europie panowała moda na parapsychologię, ezoterykę, okultyzm itd. Przytomnemu doktorowi udało się uniknąć tych zainteresowań, jednak – zdaje się – i publiczność, i inni badacze spodziewali się po lecznicy czegoś w modnym stylu. „Coś z atmosfery buddyjskiej było w tym osobliwym zakładzie, łączącym fizykoterapję z kontemplacją. Jednak ponad tem wionął duch zdrowy polski” – zauważał korespondent „Kuriera Lwowskiego”. Ignacy Wieniewski, jeden z gości zakładu, pisał: „W epoce Młodej Polski i panującego modernizmu, w której za przykładem Micińskiego czy Lutosławskiego entuzjazmowano się Hindusami i bałamucono »praną«, »karmą« czy yogami, Kosów był pod silnym wpływem owych prądów”.
Faktem jest, że filozof, twórca abstynenckich stowarzyszeń Eleuteria i Eleusis, z których m.in. wyrosło polskie harcerstwo, prof. Wincenty Lutosławski, autor polskiego podręcznika jogi, po raz pierwszy zetknął się z nią właśnie w Kosowie.
Tam też ją praktykował i przymuszał do niej pacjentów doktora. Z praktyk tych podśmiewał się Wańkowicz, a w Krakowie gruchnęła wieść, jakoby Lutosławski prowadził zajęcia z jogi w stroju Adama. Zapewne pomysł ten byłby doskonale przyjęty zarówno przez Lutosławskiego, jak i przez Tarnawskiego, jednak obydwaj ograniczali się w eksperymentalnych praktykach. Pierwszy poprzestał na lansowaniu zakazu wzajemnego dotykania się przez pensjonariuszy (przekazywanie niekorzystnych fluidów energetycznych), drugi – dla zalecenia chodzenia boso po mokrej trawie znalazł uzasadnienie w postaci obecnej w rosie wody utlenionej i jej dezynfekcyjnych właściwości.

Uniwersytety i żołnierze higieny
Wincenty Lutosławski, korespondujący m.in. z Mahatmą Gandhim, swój podręcznik jogi pt. „Rozwój potęgi woli przez psychofizyczne ćwiczenia według dawnych aryjskich tradycji oraz własnych swoich doświadczeń podaje do użytku rodaków” opublikował właśnie „do użytku rodaków”. Napisał m.in. również „Nieśmiertelność duszy. Zarys metafizyki polskiej”, którą przedstawiał jako „pierwszą w literaturze polskiej obiektywną syntezę wiedzy świętej narodu”.
O to właśnie chodziło – o naród. Wańkowicz, kończąc swój lekko podszyty ironią reportaż z lecznicy Tarnawskiego, pisze:
„Kosów – to niby wielka rodzina. Chorzy – to elita intelektualna Polski. Nastrój – to skupione oczyszczanie organizmu, magazynowanie sił dla nowego roku zmagań i pracy”.
Reporter trafnie rozpoznaje intencje założyciela Kosowa. Chodziło mu bowiem ni mniej, ni więcej, tylko o „uzdrowienie narodu”. Pewnie zresztą dlatego Tarnawski godził się na niegroźne flirty z okultyzmem: teozof Mieczysław Geniusz zyskiwał posłuch u doktora, bowiem jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, usiłował zaprząc okultyzm do sprawy polskiej, przy okazji postulując samodoskonalenie ducha i ciała. Ten kierunek bliski był Tarnawskiemu, jeszcze przed 1918 rokiem organizował w Kosowie patriotyczne wykłady, odczyty, wieczornice i zbiórki na cele narodowe.
Tarnawski chciał (i dążył do tego), by zdrowotne pryncypia, którymi kierował się, prowadząc swój zakład, rozpowszechniły się w całej Polsce. Zamierzał stworzyć ogólnopolski system „uniwersytetów powszechnych higieny”. Sam zakład w Kosowie był poniekąd placówką eksperymentalną, w której uratowani inteligenci, wyposażeni w żelazną wolę i tężyznę, stawszy się „żołnierzami higieny”, lepiej służyli sprawie narodowej.

„Bo Kosów nie był zwykłym uzdrowiskiem jak Krynica czy Truskawiec. Był on cegiełką w gmachu kultury narodowej – piękną, wartościową, oryginalną i bardzo polską” – pisał wspomniany już Ignacy Wieniewski.
Działalność Tarnawskiego została doceniona. Poza towarzyską sensacją, którą stanowił, dostrzegano wysoką skuteczność jego metod terapeutycznych, działalność społeczną i niezwykły wkład w rozwój zapuszczonego regionu, którym było Pokucie. W 1933 roku Tarnawski był już kawalerem Orderu Odrodzenia Polski, trzy lata później poznański „Nowy Kurier” notował: „Nie ma chyba w Polsce osoby, która by coś niecoś o Kosowie nie wiedziała lub nie słyszała, choć przeważnie opowiadają sobie ludzie anegdotyczne bujdy na temat nieugiętego twórcy Lecznicy i jego »dziwacznej« metody. Wystarczy powiedzieć »Kosów. Dr. Tarnawski«, a niczem echo wróci »głodówka, chodzenie boso, wstawanie o świcie, gimnastyka, rąbanie drwa«. Nic ponadto ludzie niewiedzą i nie umieją powiedzieć, a szkoda”.
We wrześniu 1939 roku, już po wkroczeniu Sowietów, w Kosowie zatrzymał się uciekający polski rząd z naczelnym wodzem. To właśnie w budynkach lecznicy podjęto decyzję o przekroczeniu granicy z Rumunią.
W tej kolumnie samochodów kierującej się ku pobliskim granicznym Kutom znajdowali się też państwo Tarnawscy. Doktora wprawdzie udało się przekonać, by wsiadł do auta, lecz dwukrotnie próbował uciec z niego, by wrócić do lecznicy. Dzieło swego życia oglądał wtedy po raz ostatni. Zmarł w Jerozolimie cztery lata później. Miał 92 lata.
Tekst pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 1/202







