Fot. Grażyna Rutowska / NAC
Po II wojnie światowej polska wieś stała się przestrzenią nie tylko gospodarczego, ale i architektonicznego eksperymentu. Najpierw zaproponowano jej nowoczesne zagrody, potem osiedla mieszkaniowe. I choć dziś „bloki w polu” mogą budzić wesołość, warto przyjrzeć się im uważniej, odkrywając opowieść o estetycznej i modernizacyjnej rewolucji, która w PRL dokonała się na prowincji. Do eksploracji zachęca wystawa „Ukryte szczątki. Centralnie planowana architektura mieszkaniowa na wsi”, którą można oglądać w Muzeum Architektury we Wrocławiu.
Na polskiej wsi jest ładnie?
Barbara Szczepańska (współkuratorka wystawy „Ukryte szczątki”): Zależy, co się komu podoba.
To na pewno.
Zależy też, czego szukamy, bo nie ma jednej polskiej wsi. Pod tym pojęciem mieszczą się przecież i miejscowości sielsko-archetypiczne, i obszary neutralne, i przestrzenie zaskakujące, mieszczą się wreszcie tereny, które wydają nam się wręcz brzydkie, być może właśnie przez kontrast z tradycyjnym wizerunkiem prowincji. Dla mnie jednak polska wieś jest przede wszystkim fascynująca, bo kryje się w niej bogactwo historii, dla których architektura jest tylko nośnikiem.
Z tego bogactwa wybraliście opowieść o centralnym planowaniu. Gdzie szukać jej początku? Miasta planujemy od starożytności, a wsie?
One przez stulecia rozwijały się organicznie. W Polsce pierwsze pomysły planistyczne pojawiły się dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym wraz z konceptem „poniatówek” – drewnianych osad parcelacyjnych, składających się zwykle z domu, stodoły i budynku inwentarskiego.
Powstające w połowie lat 30. miały pomóc w zagospodarowaniu słabo zaludnionych rolniczych terenów w dawnym zaborze pruskim. Jednak dopiero zniszczenia II wojny światowej otworzyły drzwi do planowania na wielką skalę.
Jak wygląda polska wieś w tym „punkcie zero”?
„Nie ma” – to stwierdzenie opisuje ją najlepiej. Nie ma setek tysięcy domów, stodół, stajni, obór;
– można przeczytać w historycznych opracowaniach. Taki bilans z jednej strony był tragedią, z drugiej jednak szansą, by odbudować miejscowości nie w pierwotnym, ale w lepszym, zmodernizowanym kształcie.
Przystępując do odbudowy miast architekci mniej więcej wiedzieli, jak ten kształt powinien wyglądać, dysponowali gotowym katalogiem modernistycznych rozwiązań. Wieś również posiadała taki rezerwuar?
Nie i dlatego w pierwszych powojennych latach stała się przestrzenią eksperymentów, w ramach których starano się łączyć tradycję z nowoczesnością. Tradycyjne miały być m.in. formy zabudowy, nawiązujące do kształtu chaty, nowoczesne zaś materiały i infrastruktura – budynki chciano wznosić z żużlobetonu, żwirobetonu, gruzobetonu, do domów popłynąć miały woda i prąd.
Na miejsce jednego z takich eksperymentów wybrano Piaseczno – wieś niemal zrównaną z ziemią. Gdy architekci zaczęli się jej przyglądać, ludzie mieszkali tam w lepiankach.


Kto się przyglądał?
Do udziału w koncepcyjnym etapie zaproszono m.in. Stanisława Brukalskiego, Tadeusza Ptaszyckiego, Macieja Nowickiego – architektów świetnie zorientowanych w ideach modernizmu, a jednocześnie niemających praktyki w projektowaniu dla wsi, mogących spojrzeć na jej przestrzeń „świeżym okiem”. W proces zaangażowano też mieszkańców – podczas rodzaju konsultacji społecznych wyrażali oni np. sceptycyzm wobec budynków z gliny, którą uznali za wyraz zacofania wsi. Finalnie zaprojektowano siedem typów domów jednorodzinnych o metrażu od osiemdziesięciu do stu metrów kwadratowych, tyleż rodzajów stodół, a do tego szkołę z centrum społecznym.
Mieszkańcy sami mieli zbudować swoje domy?
Nad całością czuwało Biuro Projektów Odbudowy Wsi Piaseczno, większą część prac wykonywały ekipy przyjeżdzające z Warszawy, chłopi zaś pomagali. Prace zaplanowano w sposób dość nietypowy: najpierw stawiano budynki inwentarskie, w których urządzano tymczasowe mieszkania, dopiero potem wznoszono domy. Prace koncepcyjne ruszyły w 1945 roku, a przedsięwzięcie postępowało szybko. Dwa lata później wieś była gotowa.
Przykład jedyny czy jeden z wielu?
Raczej jedyny. Oprócz Piaseczna pracowano jeszcze nad koncepcją dwóch eksperymentalnych wsi: Warnic i Wilczkowic. Tam nowoczesne miały być nie tylko domy, ale i forma własności – budynki mieszkalne pozostawały prywatne, podczas gdy ziemię, podzieloną na większe poletka, chciano uprawiać wspólnymi maszynami. Jednak w tych wsiach zbudowano tylko po kilkanaście zagród.
2. Fot. Grażyna Rutowska / NAC
„Blok w polu” to architektoniczna wizytówka PGR-ów. W PRL ze wsi raczej wyjeżdżano, tylko w latach 50. prowincję opuścił co trzeci młody człowiek. Dla kogo więc budowano nowe osiedla?
Bloki na wsi nie zaczęły rosnąć od razu. Do połowy lat 50., dopóki rolnictwo opierało się na pracownikach sezonowych, zastana infrastruktura wystarczała. Jednak w miarę rozwoju gospodarstw, pojawiało się coraz więcej etatowych pracowników, którym trzeba było zapewnić porządne mieszkania. Lokowanie ich w jednorodzinnych domach byłoby nieracjonalne – można sobie tylko wyobrazić jakie połacie ziemi zajęłaby taka inwestycja.
Należało więc skomasować pracowników na mniejszej przestrzeni, a na to mieliśmy już gotowe, sprawdzone w miastach rozwiązanie – blok.
Wieś doczekała się jego własnych odmian?
Doczekała, choć nie do końca jesteśmy w stanie powiedzieć w jakiej liczbie. Temat architektury wsi jest tyle rozległy, co słabo przebadany, a dodatkowo w archiwach nie zachowało się zbyt wiele materiałów, na których można by oprzeć kwerendę. Podejrzewam, że podczas likwidacji gospodarstw dokumentacja została po prostu wyrzucona do kosza. To, co udało się uratować to resztki. Jednak nawet na ich podstawie widać, że
architekci opracowali coś, co można być nazwać „wiejskim blokiem”.
Tworzeniem obiektów, dedykowanych prowincji zajmowało się Centralne Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego, a potem Bisprol (Biuro Studiów i Projektów Wzorcowych Budownictwa Wiejskiego ), a efekty swojej pracy prezentowało w katalogach typowych projektów. Różnice dotyczyły przede wszystkim skali – wiejski blok był mniejszy niż miejski, osiągał maksymalnie dwa piętra, miał w sobie rodzaj kameralności.
Dla wsi na Pomorzu projektowano inaczej niż np. dla tej na Podhalu?
W archiwum państwowym w Zielonej Górze natrafiłam na projekt budynku, do którego dołączono mapę Polski z zaznaczeniem terenów, dla których dana forma była dedykowana. Pewne powiazanie form z regionami więc istniało, choć dokładne przebadanie tych związków wymagałaby szeroko zakrojonych badań terenowych.

A jakiś ogólnopolski przebój?
Wydaje mi się – choć to po raz kolejny teza wymagająca zweryfikowania – że szczególną popularność zyskały dwa typy zabudowań. Pierwszy, dwukondygnacyjny, z czterema osiami okien i wejściem na środku oraz drugi, nieco większy, dwupiętrowy, z jedną elewacją pokrytą loggiami. O ile akurat te dwa typy mają bardzo proste bryły, błędnym jest też przekonanie jakoby wiejskie bloki przyjmowały formy skrajnie ascetyczne – na projektach widzimy loggie, balkony, różnorodne kształty dachów, w tym dwuspadowe, w których jedna połać sięga najniższej kondygnacji, budząc skojarzenia z domami wczasowymi w górach.
A jakość? Stereotypowo chciałoby się pomyśleć, że na wsi bardziej niż w mieście oszczędzano na materiałach i metrażu?
Jeśli chodzi o niedociągnięcia technologiczne czy materiałowe, to wielkich różnic pomiędzy centrum i peryferiami nie było, w całej Polsce borykano się z tymi samymi problemami. Jeśli zaś chodzi o standard to zaryzykowałabym stwierdzenie, że na wsi mieszkania okazywały się bardziej komfortowe.
Wprowadzają się do lokali dwustronnych, świetnie doświetlonych, przewietrzanych, do których dodatkowo przynależała pięcioarowa działka i budyneczek gospodarczy. Dla mnie to brzmi jak całkiem dobre miejsce do życia.
Tyle, że życie nie kończy się na mieszkaniu. W miastach bloki były może największą, ale tylko częścią osiedla, na które składała się też przestrzeń wspólna, szkoły, placówki edukacyjne i ochrony zdrowia. Jak na wsiach szło tworzenie takiego ekosystemu?
Na wsi również powstawała infrastruktura: domy kultury, żłobki, przedszkola, świetlice, jednak one należały nie tyle do samego osiedla co do PGR w ogóle. Z istniejącą już zabudową ten zasób przenikał się w rożnym stopniu. Współtworząca wystawę pracownia projektowa PROLOG, przeprowadzając badania terenowe na wsiach Dolnego Śląska zauważyła, że te
relacje między starym a nowym przyjmują trzy główne formy. Pierwsza to założenia, które rozbudowują już istniejącą sieć osadniczą, druga – zespoły powstające w pewnym oddaleniu i trzecia – obiekty wzniesione w kompletnym oderwaniu od tego, co zastane, czyli te legendarne „bloki w polu”.
Apolonia Slesarow i Wojciech Mazan zaproponowali nawet tezę, że osiedla PGR-owskie wytworzyły nowy typ wiejskiej sieci osadniczej, odmienny od tradycyjnych ulicówek czy owalnic.
Klucze do nowego mieszkania w bloku na wsi – marzenie, przedmiot pożądania, czy wręcz przeciwnie: perspektywa, która budziła niepokój?
Uczucia były mieszane. Dla kogoś, kto przez całe życie mieszkał w wiejskiej chacie przeprowadzka do bloku musiała być skokiem cywilizacyjnym. Jednak równocześnie mogła wywoływać rodzaj dysonansu, zrywała bowiem z utrwalonym przez wieki wiejskim modelem bezpośredniego związku domu z ziemią. Taka zmiana zaś, prowokowała kolejne pytania: jeśli mieszkam na drugim piętrze bloku, kilka metrów nad ziemią, jeśli obrabiam pole, które nie tylko nie należy do mnie, ale nawet nie leży obok mojego domu, skoro organizacja mojego mieszkania i pracy niewiele się różni od funkcjonowania pracownika np. fabryki, to
kim ja właściwie jestem? Kimś podobnym do moich dziadków-gospodarzy, czy może zupełnie innym?
Ci, którzy ze wsi przyjeżdżali do miast, nie zawsze potrafili zaadaptować się do życia w bloku. Zwłaszcza lata 50. obfitują w historie o hodowanych w wannie królikach i dużych pokojach traktowanych jak reprezentacyjna, biała izba. Na wiejskich osiedlach widywano podobne obrazki?
Ja nie natrafiłam na takie relacje. Może nie udało mi się do nich dotrzeć, a może po prostu ich nie było – prawdopodobnym wydaje się, że skoro do każdego z mieszkań przynależała działka i komórka potrzeby hodowli żywego inwentarza można było eksternalizować. Nie znaczy to jednak, że z nowych przestrzeni zawsze korzystano zgodnie z zamysłem architektów. W Piasecznie, dziesięć lat po zakończeniu odbudowy przeprowadzono ankiety wśród mieszkańców – wyniknęło z nich m.in., że cześć pomieszczeń mieszkalnych służyła jako magazyny płodów rolnych.
Miejskie inwestycje mieszkaniowe były regularnie opisywane w mediach, najładniejsze bloki zyskiwały tytuły „misterów”, kto szukał wnętrzarskich inspiracji mógł odwiedzić wystawę wzorcowych wnętrz. Wiejskiej architekturze towarzyszyło podobne zainteresowanie?
Na pewno rozmawiano o tym, w jakim kierunku wieś ma się rozwijać. Tadeusz Przemysław Szafer, który w publikacjach z cyklu „Nowa Architektura Polska” na bieżąco dokumentował i analizował rozwój rodzimych inwestycji, wsi dedykował osobne sekcje. Koncepcje dotyczące zabudowy wsi pojawiały się też na łamach „Architektury” – czołowego wówczas pisma branżowego. Artykuły temu zagadnieniu poświęcał m.in. Andrzej Wochna – jeden z projektantów pracujących w Bisprolu. Tutaj ciekawostka: kiedy starał się o uzyskanie statusu twórcy, w składanym do SARP portfolio, nie umieścił ani jednego wiejskiego projektu. Jakby ta część jego pracy nie istniała.
Dlaczego? Wstydem było projektować dla wsi?
Chodziło raczej o postrzeganie własnej pracy w kategoriach bardziej użytkowości niż twórczości.
Architektura PRL przez ostatnie dekady zdążyła pokryć się patyną. Dziś jest dla nas fascynująca, jednak gdy powstawała, dla swoich twórców często była po prostu pracą do wykonania:
jest metraż, są kryteria, jest osiedle do zaprojektowania więc projektujemy. Tego rodzaju zadaniowa postawa, w podejściu do wiejskich projektów, w przypadku których pole do formalnych eksperymentów było mocno ograniczone, mogła być szczególnie silna.
Miejska architektura spatynowała się dobre kilkadziesiąt lat temu. Wiejską również czeka ten proces?
Tutaj mentalnych barier i stereotypów do pokonania jest więcej. Na wsi wraz z powołaniem PGR doszło do agrarnej rewolucji na nieznaną dotąd skalę tymczasem cała refleksja naukowa i dyskurs dotyczący architektury i planowania przestrzennego po II wojnie światowej został zawłaszczony przez miasto.
Samokrytycznie zauważę: nawet w naszej rozmowie wiele wątków za punkt odniesienia obiera miasto. Jakby opowieść o przemianach wsi mogła być prowadzona wyłącznie w jego kontekście.
Dodatkowo, często traktujemy wieś w kategoriach obszaru „produkcyjnego”, a jej powojenną architekturę z uwagi na typizację, za formy niewarte głębszej refleksji. Spotkałam się nawet z sugestiami, że nie zasługują one na miano „architektury”, że są zaledwie budownictwem.
I jak z takim stwierdzeniem polemizować?
W mojej opinii „budownictwo” obejmuje obiekty o wyłącznie użytkowym charakterze, podczas gdy architektura powinna posiadać wartość dodaną. Nawet za projektami typowymi musi stać pewien namysł.
Wykreowano przestrzeń, w której wykluwał się nowy model wiejskiego funkcjonowania i dokonywała się modernizacja.
Co więcej mam wrażenie, że w przypadku miejskich projektów typowych nie mamy tego rodzaju obiekcji. Dla przykładu – bloków typu Bonin, wznoszonych w całej Polsce, nikt nie waha się nazwać „architekturą mieszkaniową”, podczas gdy wiejskim realizacjom tego miana się odmawia. Wydaje mi się, że jest to po prostu deprecjonowanie dorobku mniejszych miejscowości.

Na sposób myślenia o po PGR-owskim dziedzictwie znacząco wpłynęły przemiany gospodarcze lat 90. Dawne państwowe gospodarstwa w zbiorowej wyobraźni na długo stały się synonimem stagnacji i braku perspektyw.
Rzeczywiście, dla tych obszarów transformacja okazała się doświadczeniem dramatycznym.
PGR stanowił strukturę wszechogarniającą, zapewniał pracę, mieszkanie, organizował czas wolny, opiekę nad dziećmi, wypoczynek, kiedy więc jego działalność dobiegła końca, można było odnieść wrażenie, że skończył się świat.
Jednak na wystawie nie chcieliśmy kreować jednoznacznego negatywnego obrazu. Dla nas opowieść o PGR-ach, to też historia o rezyliencji, o tym jak ludzie i architektura adaptują się do zmieniających się warunków.
Architektura test transformacji zdała lepiej niż same gospodarstwa?
Sprywatyzowany zasób zaczął żyć własnym estetycznym życiem. Zmieniano kształty otworów okiennych, zamurowywano portfenetry, termomodernizowano, nierzadko wyłącznie w obrębie własnego mieszkania, pojawiła się wiejska odmiana pastelozy. A z czasem do bloków zaczęli się wprowadzać nowi lokatorzy.
Kilkaset tysięcy lokali to bardzo duży zasób, biorąc pod uwagę współczesny głód mieszkaniowy, na pewno nie powinno się dopuścić do jego niszczenia czy wyludniania. Zastanawiam się jednak, kto dziś chce mieszkać w blokach po PGR?
Kiedy zaczynaliśmy pracę nad wystawą, wydawało mi się, że mieszkanie w bloku na wsi jest jednym z najgorszych wyborów. Przecież taki obiekt ma wszystkie wady budynku wielorodzinnego, a nie ma żadnych zalet miasta. Jednak im dłużej przyglądałam się tym założeniom, tym więcej zalet dostrzegałam.
Oczywiście, amatorzy wielkomiejskiego stylu życia nie odnajdą się na wiejskim osiedlu, ale może szukające spokoju i większego metrażu rodziny z dziećmi już tak? Albo ci, którzy chcą mieszkać w sąsiedztwie terenów zielonych, ale wolą mieszkanie od szeregówki na odrolnionej działce? A gdyby tak w dawnym bloku urządzić dom pracy twórczej dla pisarzy albo ośrodek wypoczynkowy w klimacie retro? Możliwości jest naprawdę sporo.
Zanim ktoś zacznie rozważać przeprowadzkę, pewnie chciałby najpierw takie osiedle zobaczyć. Gdyby na przykład w wakacje ktoś chciał wybrać się na „bloki w polu”, gdzie ich szukać?
Najwięcej PGR-ów powstawało na tzw. Ziemiach Odzyskanych- tam z uwagi na brak przedwojennej ciągłości własności ziemi, ich zakładanie było najłatwiejsze. Myślę jednak, że nie ma sensu wskazywać jednej, konkretnej destynacji, a najciekawiej będzie po prostu ruszyć w drogę.
W Polsce funkcjonowało kilka tysięcy PGR-ów, więc niezależnie od tego, z którego miejsca wystartujemy, pojedziemy od 40 do 60 kilometrów i znajdziemy jakieś osiedle po PGR-owskie.
Nawet jeśli nie będzie już tam budynków inwentarskich, magazynów, infrastruktury związanej z uprawą ziemi, architektura mieszkaniowa najprawdopodobniej się zachowała. Wokół mogło zmienić się wszystko, ale ona dalej pełni swoją funkcje. Co więcej, trzyma się całkiem nieźle.
„Ukryte szczątki. Centralnie planowana architektura mieszkaniowa na wsi”
Muzeum Architektury we Wrocławiu
Zespół kuratorski: Agnieszka Obal, Alicja Prusińska, Barbara Szczepańska, PROLOG
Wystawa czynna do 5 kwietnia 2026 roku