Osiedle Przyjaźń. Warszawa, Jelonki, wrzesień 2014 r.
Fot. Krzysztof Żuczkowski / Forum
Artykuły

Osiedle, na którym krzepła przyjaźń

Z tego artykułu dowiesz się:
  • jakie lokalizacje rozważano dla „Przyjaźni”
  • jak odkryto, że drewno na domy nie pochodzi z Finlandii
  • ile osób mieszkało na osiedlu w apogeum budowy PKiN

„W listopadzie 2024 roku Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków wpisał do rejestru największe warszawskie osiedle domów drewnianych. Wpis objął historyczny zespół budowlany Osiedla Przyjaźń, położony w obszarze ograniczonym ulicami Powstańców Śląskich, Stanisława Konarskiego i Górczewską” – czytamy w komunikacie MWKZ. I dalej: „Zespół stanowi przykład kompleksowo zaprojektowanego, samowystarczalnego osiedla mieszkaniowego o spójnej i jednorodnej pod względem kompozycyjnym zabudowie, tworzącego powiązaną przestrzennie grupę budynków. (…) Większość budynków wykorzystywana jest do czasów współczesnych jako domy jedno- i wielorodzinne. Zamknięto część budynków o funkcji kulturalno-społecznej (klub, kino), część została przekształcona i przeznaczona na wynajem. Dokonywane na przestrzeni lat przekształcenia jedynie w niewielkim stopniu ingerowały w strukturę zabudowy, zachowując jej unikalny charakter, relacje przestrzenne, bryły i gabaryty.”

Fot. Zbyszko Siemaszko / NAC
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Domki jednorodzinne na osiedlu Przyjaźń. Warszawa, Jelonki, 1961 r.

Historia, która znalazła szczęśliwy – jak się wydaje – finał, rozpoczęła się na początku lat 50 . XX wieku wraz z decyzją o tym, że Warszawa będzie miała nowy wieżowiec.

Sowiecki, choć w stylu amerykańskim. O kamienno-stalowym wieżowcu napisano już wiele. Ta opowieść będzie o drewnianym osiedlu.

Fot. Wojciech Tuszko / NAC
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Budowa PKiN. Warszawa, 1953 r.

Jelonki na Górcach

Budowniczych Pałacu Kultury i Nauki wypadało gdzieś ulokować. Osiedle robotnicze Rosjanie mieli wybudować sobie sami, z niewielką pomocą Polaków. Pozostawała kwestia: gdzie? Jeszcze w listopadzie 1951 roku decydenci rozważali dwie lokalizacje kolonii – na Sadybie i na Jelonkach. W grudniu mówiło się już tylko o Jelonkach.

Zaplanowano tu wówczas 280 budynków mieszkalnych w trzech rodzajach.

Mówimy „Jelonki”, jednak rzut oka na plan miasta i okolic z 1944 roku wskazuje, że teren, na którym stanęła „Przyjaźń”, to raczej Górce. A być może Górce Nowe. Tak też nazywały się gromady włączone po wojnie w granice Warszawy wraz z sąsiadującym od południa Miastem Ogrodem Jelonek, Grotami czy Chrzanowem. Rozporządzenie Rady Ministrów z maja 1951 roku podpisał premier Józef Cyrankiewicz.

Fot. Zbyszko Siemaszko / NAC
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Jeden z pawilonów na Osiedlu Przyjaźń. Warszawa, Jelonki, 1961 r.

Tym sposobem stolica niemal trzykrotnie zwiększyła powierzchnię, zyskała też 100 tys. mieszkańców. W chwili włączania w obręb stolicy Górce i Górce Nowe należały do gminy Młociny. Jelonki – rozumiane jako tereny dawnego folwarku Jelonek czy też Miasta Ogrodu Jelonek – znajdowały się na południe od tego obszaru.

Prace wstępne na terenie przeznaczonym pod osiedle dla radzieckich budowniczych PKiN ruszyły na początku 1952 roku.

Pod koniec tego samego roku warszawski reporter będzie mógł napisać tekst zaczynający się od słów: „Przed kilkoma miesiącami było tu jeszcze czyste pole…”. Ale o tym za chwilę. Na razie prasa donosi, że na budowie rozwinęło się – jak to wtedy – współzawodnictwo pracy, a kilka brygad wyrobiło ponad 200 procent normy. Chęci do roboty były, gorzej z materiałami – budowlańcy na osiedlu skarżyli się choćby na brak rur kanalizacyjnych. Było to zresztą odbiciem braków materiałowych na budowie samego Pałacu Kultury.

Na opóźnienia „Przyjaźni” wpływały też ciągłe zmiany w projekcie osiedla, wprowadzane przez stronę radziecką. Projekt powstawał w biurze architektonicznym Miastoprojekt Stolica, pod kierunkiem Kazimierza i Marii Piechotków.

Koncepcja przewidywała zakwaterowanie robotników w pawilonach hotelowych, a kadry inżynieryjno-technicznej – w domach jednorodzinnych.

Tajne przez poufne

„Otrzymaliśmy jako Miastoprojekt zadanie specjalne – opracowanie w szczególnym trybie, jako «ściśle tajne», i w terminie zaledwie dwóch tygodni, projektu urbanistycznego osiedla o powierzchni około 30 hektarów na warszawskich Jelonkach (wtedy to były dalekie peryferie miasta)” – pisali Maria i Kazimierz Piechotkowie we „Wspomnieniach architektów”. „Jak się później okazało, było ono przeznaczone dla około dwóch tysięcy (licząc rodziny) budowniczych «daru narodu radzieckiego dla bratniego narodu polskiego» – Pałacu Kultury i Nauki. W apogeum budowy PKiN mieszkało tam podobno około 4,6 tysiąca osób. Program osiedla przewidywał całkowitą jego samowystarczalność nie tylko pod względem mieszkaniowym, lecz także ogólnobytowym – jadalnia z zapleczem kuchennym, łaźnia, ośrodek kultury, boisko sportowe, szkoła i kino. Wraz z podkładami geodezyjnymi i danymi technicznymi otrzymaliśmy katalog budynków, które miały stanąć na tym osiedlu, a które – drewniane, parterowe – zostaną dostarczone z ZSRR”.

Piechotkowie pracowali nad projektem w niedostępnym dla obcych, plombowanym lokalu. Gotowy projekt dostarczono w tajemnicy, nocą, specjalnym transportem. Później okazało się, że na budowę przysłano zupełnie inne budynki niż wcześniej zapowiadane.

Fot. BCPW
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Architekci Maria i Kazimierz Piechotkowie z psem Kubusiem

Projekt przedstawiono po raz pierwszy na początku stycznia 1952 roku, później był wielokrotnie modyfikowany – ostateczna wersja układu przestrzennego osiedla powstała w marcu.

Umowę o budowie Pałacu Kultury i Nauki rządy RP (która za trzy miesiące przyjmie nazwę PRL) i ZSRR podpisały w kwietniu, budowa wieżowca ruszyła już w maju.

Niespodzianki w wagonach

W tym czasie prace budowlane na Osiedlu Przyjaźń (propozycja takiej nazwy wyszła od Gieorgija Karawajewa, radzieckiego pełnomocnika ds. budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, wiceministra budownictwa przemysłu ciężkiego i przedsiębiorstw ZSRR), postępowały jednak wolniej niż zakładał plan. Asfaltowanie ulic i prace wodociągowo-kanalizacyjne wciąż kulały. Do końca maja 1952 roku wykończono 24 pawilony hotelowe i 26 domów jednorodzinnych. Malowano je na niebiesko-biało i niebiesko-czerwono.

Jednak prasa zauważała z właściwym dla epoki entuzjazmem, że na budowie osiedla dokonano pierwszych prób pracy radzieckimi maszynami do kopania rowów pod instalacje wodno-kanalizacyjne. „W czasie tych prób koparka wykonała, w ciągu sześciu godzin, ponad 60 metrów bieżących rowu. Pracę tę musiałoby wykonać w tym czasie ręcznie 300 ludzi” – informował tygodnik „Stolica”. Instalacje były sprawą kluczową – w końcu wszystkie domy w „Przyjaźni” miały zostać skanalizowane, zelektryfikowane i zradiofonizowane, zaś centralna kotłownia – zapewnić całemu osiedlu energię cieplną. W tużpowojennej Warszawie było to nie mniej ważne niż zapowiadana sieć asfaltowych ulic wewnętrznych czy 40 tysięcy krzewów i cztery tysiące dekoracyjnych drzew, które miały być posadzone, przy zachowaniu istniejącej zieleni (zdaniem mieszkańców, którzy wprowadzili się tu w latach 50., te imponujące liczby pozostały na papierze).

Józef Sigalin – architekt, urbanista, współtwórca Biura Odbudowy Stolicy, ale też pełnomocnik rządu ds. budowy Pałacu Kultury i Nauki Warszawie – wymusił na Centralnym Zarządzie Instalacji, odpowiedzialnym za budowę infrastruktury, pracę na trzy zmiany. Opóźnienia miały jednak miejsce także po stronie sowieckiej, dotyczyły głównie nieterminowych dostaw prefabrykatów.

Materiały z ZSRR przyjeżdżały koleją, najpierw na Dworzec Gdański, a od maja 1952 – przez nowowybudowaną bocznicę na Jelonkach. Ich liczba i charakter bywały jednak niespodzianką.

Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Osiedle Przyjaźń współcześnie, elewacja jednego z pawilonów

Skąd to drewno?

Tematem jednej z dyskusji związanych z budową osiedla stało się pochodzenie budulca wykorzystywanego do produkcji radzieckich prefabrykatów. Od lat krąży informacja o tym, że deski pochodziły z rozebranych baraków niemieckiego obozu jenieckiego Stalag IB Hohenstein (dziś Olsztynek). Nie udało się jednak znaleźć potwierdzenia dla tej tezy.

Nieco światła na proweniencję domów jednorodzinnych stojących na osiedlu rzuciły badania Dąbrówki Lipskiej z Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Na podstawie bryły, układu i niemieckojęzycznych znaków na drewnie konstrukcyjnym można uznać, że był to projekt firmy Christoph und Unmack z siedzibą w miejscowości Niesky na Górnych Łużycach (blisko powiązanej z nazistami). Nie wiadomo, kiedy i gdzie wyprodukowano elementy konstrukcyjne domów. Wiadomo jednak, że w latach 1945–1949 seria wiejskich domów drewnianych została przekazana ZSRR w ramach reparacji wojennych. Sprawozdania z budowy osiedla informują również, że część elementów konstrukcyjnych przywieziono bezpośrednio z NRD. Wygląda więc na to, że również pojawiająca się czasem teoria o fińskim pochodzeniu zabudowy osiedla jest bezpodstawna.

W sierpniu 1952 ukończono budowę domów jednorodzinnych. Tę część osiedla wzniosła w całości strona polska. Jesienią roku pierwsi budowniczowie PKiN, mieszkający dotąd w barakach przy ulicach Żelaznej i Karolkowej, zostali przekwaterowani na Jelonki.

W grudniu 1952 ukończono ostatnie pawilony hotelowe. Zasadnicze prace na osiedlu dobiegły końca.

W notatce z 1954 roku dla wicepremiera Stanisława Jędrychowskiego, podpisanej przez Józefa Sigalina, znalazła się lista „planowanych” (choć już wówczas wzniesionych) budynków. Mamy na niej 83 baraki hotelowe i 83 domki jednorodzinne – czyli o ponad 100 mniej niż w pierwotnych założeniach. Oprócz tego ambulatorium, kotłownia, łaźnia, kino, sklep z artykułami przemysłowymi, stołówka, klub, posterunek straży ogniowej i zakład fryzjerski.

Ostatecznie zamiast trzech typów domów mieszkalnych budowano dwa rodzaje: pawilon hotelowy, i wcześniej nieprezentowany na planach dom jednorodzinny.

W efekcie radziecko-polskiego trudu powstało osiedle złożone z czterech nierównych części: przestrzeni wspólnej z budynkami o przeznaczeniu kulturalno-socjalnym, mieszkalnej dla robotników w postaci pawilonów hotelowych, domów jednorodzinnych dla pracowników inżynieryjno-technicznych oraz zaplecza sportowego skupionego wokół stadionu.

Największą część osiedla zajmowały pawilony hotelowe. Miały symetryczny układ, z pokojami po dwóch stronach centralnego korytarza. Większe, 3- i 5-osobowe pokoje były przeznaczone dla robotników, zaś dwa mniejsze – przy wejściu głównym – dla brygadzistów lub osób pilnujących porządku. W każdym takim domu mieściła się mała świetlica-czytelnia.

„Robotnicy mają tu warunki pensjonatowe (…) Sprzątaczka sprząta im pokój, zmienia bieliznę pościelową; pięcioma budynkami opiekuje się specjalnie zatrudniony gospodarz, który dba, aby wszystko było zawsze w porządku tak, by robotnik czy robotnica wracając do domu po pracy, cały czas wolny mogli zużytkować na wypoczynek, naukę i rozrywkę kulturalną” – relacjonowała prasa.

Koniak za wódkę

Z początku teren osiedla-pensjonatu otoczono murem i drutem, a przy wjeździe znajdowały się budki strażnicze. Można zakładać, że interakcje polsko-sowieckie nie były wówczas pożądane przez władze. Jednocześnie znane są relacje, z których wynika, że część budowniczych wychodziła z osiedla do miejscowego sklepu na Górcach. I nie tylko. „Teren był ogrodzony, a robotników wypuszczano na miasto stosunkowo rzadko, ale chodzili. A wiem to stąd, że moja babka kupowała od nich koniaki gruzińskie – prawdziwy rarytas w ówczesnym mieście. Czasami płaciła, a czasami wymieniała: za koniak – dwie flaszki, bo niektórzy z nich woleli polską wódkę” – wspominał Rafał Jabłoński, varsavianista.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Od 1953 roku w sprawozdaniach z budowy PKiN i Osiedla Przyjaźń pojawia się rozdział „Krzepnięcie przyjaźni polsko-radzieckiej”, w którym zapisywane są działania propagandowe na rzecz akceptacji zarówno Pałacu, jak samej przyjaźni między dwoma narodami.

I tak, w lutym 1953 odnotowano m.in. wizytę Jorge Amado – postępowego pisarza brazylijskiego i działacza ruchu obrońców pokoju, który złożył wizytę na placu budowy PKiN i spotkał się z radzieckim budowniczymi na Osiedlu Przyjaźń, gdzie wygłosił okolicznościowe przemówienie.

Fot. Socjalistyczna Agencja Prasowa / NAC
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Delegaci w bufecie (Jorge Amado z lewej)

Dziś wiemy, że Amado – bardzo płodny i poczytny pisarz, a przy tym laureat Leninowskiej Nagrody Pokoju, kilkakrotnie nominowany do literackiego Nobla – zerwie z komunizmem w 1956 roku. Ale mamy dopiero początek roku 1953. W prasie krajowej ukazuje się blisko dwieście publikacji o PKiN bogato ilustrowanych fotografiami i szkicami. Przodownicy pracy na budowie wieżowca są przyjmowani przez Prezydium Rady Narodowej, zaś dziennikarze odwiedzają plac budowy, by przy okazji poznać budowniczych – w tym byłych żołnierzy Armii Czerwonej, walczących osiem lat wcześniej o Warszawę. Postęp prac podziwiają też pracownicy stołecznych przedsiębiorstw oraz członkowie Związku Samopomocy Chłopskiej – organizacji powołanej między innymi do pomocy w przeprowadzeniu reformy rolnej i organizacji osadnictwa na ziemiach zachodnich.

I jeszcze: „W związku z obecnością Tow. Stalina na koncercie artystów polskich w Moskwie, został wyświetlony na Osiedlu Przyjaźń, kolorowy film „Mazowsze”, który zobaczyli prawie wszyscy mieszkańcy osiedla”. To był jeden z ostatnich koncertów towarzysza Stalina.

Wywłaszczeni

Wracamy do zapowiedzianego na początku reportażu.

„Przed kilkoma miesiącami było tu jeszcze czyste pole. Mieszkańcy Jelonek, od niedawna Osiedla Przyjaźń, oprowadzają nas z dumą po swoim miasteczku”

– pisała w grudniu 1952 roku stołeczna prasa. Jednak już pierwsze zdanie jednej z najwcześniejszych relacji z nowego osiedla wprowadza – dość subtelnie, jak na tamte czasy – w błąd. Pole może i było czyste, nie znaczy jednak, że niczyje. Osiedle zajęło ponad 30 hektarów, trzeba było zatem usunąć dotychczasowych właścicieli. Na zebraniu w sprawie wywłaszczenia terenów na Jelonkach, zwołanym przez dyrektora Biura pełnomocnika rządu ds. budowy PKiN, stawiło się 25 właścicieli plus użytkownik nieruchomości należących do dziesięciorga kolejnych.

Zebranym wyjaśniono, że tempo rozbudowy Warszawy wymaga sprowadzenia większej liczby robotników, którym trzeba dostarczyć lokali mieszkalnych. „Ten stan rzeczy stwarza konieczność wybudowania osiedli robotniczych na terenach podwarszawskich. Nasze władze wybrały na ten cel teren Jelonek, mając między innymi na uwadze łatwość połączenia komunikacyjnego z Warszawą” – zagajał prowadzący, dodając, że teren przeznaczony pod osiedle, w początkowych planach znacznie większy, został zmniejszony do około 12 hektarów (liczba ta różni się od faktycznej powierzchni).

W zamian za tereny podlegające wywłaszczeniu właściciele mogli dostać grunty w pobliskich Grotach, w okolicy Piaseczna, Iwicznej i Falent czy w Aleksandrowie należącym do gminy Wiązowna. Na więcej ziemi – wraz z budynkami – mogli liczyć, jeśli zdecydowaliby się wyjechać na ziemie zachodnie. Kto nie wziął gruntów zamiennych, miał prawo do odszkodowania.

Czytelnicy, tancerze i szachiści

W grudniu 1952 roku Osiedle Przyjaźń sprawiało wrażenie zamieszkałego.

Popatrzmy na nie oczami ówczesnego reportera: „Widać ruch i ożywienie. Jedne zmiany robocze zbierają się na postoju autobusów i wyruszają do pracy, inne przyjeżdżają po pracy. Na ulicach słychać język rosyjski i polski (bo są tu zatrudnieni liczni pracownicy polscy).

Budynki nie czynią wrażenia monotonii, są różnej wielkości, różnego kształtu i rozplanowania. Poliklinika, przedszkole, stołówka, rosyjska łaźnia parowa, fryzjer, sklep tekstylny, sklepy spożywcze, budki z gazetami i papierosami…”

Na początku spaceru sprzed siedmiu dekad zaglądamy do klubu, gdzie koncentruje się życie kulturalne i społeczne osiedla. Klub widać z daleka, góruje nad resztą domów. „Poprzez obszerny hall i foyer wchodzimy do sali teatralnej na 615 miejsc”. Lokal działa dopiero od dwóch tygodni, a już zdążyły tu wystąpić orkiestra Wojska Polskiego, zespół taneczny Malwy, łódzki chór (z pieśnią rosyjską w repertuarze), zaś warszawskie konserwatorium zorganizowało koncert. Poza tym odbywają się seanse filmowe (niebawem zakończy się budowa kina na 700 miejsc, zatem filmy będzie mogło oglądać jednocześnie ponad 1300 osób).

Następnie odwiedzamy siedziby kółek zainteresowań – dramatycznego, plastycznego, muzycznych (działa chór i orkiestra dęta), sportowych. Poznajemy trenera Siewiercewa, czwartego w Związku Radzieckim zapaśnika w stylu klasycznym (nazywanym wówczas walką francuską). Przedstawia swoich podopiecznych – kowali, spawaczy, murarzy, którzy w chwilach wolnych od pracy ćwiczą zapasy. Lekcji tańca udziela też nie byle kto – artysta Wielkiego Teatru Moskiewskiego, Sobołow. Tańczy się klasycznie, ludowo i narodowo – chodzi o narody Związku Radzieckiego, ale i krajów demokracji ludowej. Tańce kosmopolityczne nie mają powodzenia.

Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Osiedle Przyjaźń, współcześnie

Wraz z ciałem idzie umysł – w postaci koła szachowego – bo, jak przyznają gospodarze, szachy to ich „choroba”. Wiadomo, Związek Radziecki jest krajem najlepszych szachistów, nic dziwnego, że ludzie radzieccy w „Przyjaźni” nie zapomnieli o grze.

Wreszcie biblioteka.

„Wśród naszych czytelników nie ma człowieka, który by nie interesował się zagadnieniami marksizmu-leninizmu”

– zapewniają młode bibliotekarki. Są też robotnicy, którzy szukają książek o astronomii, matematyce czy biologii (na osiedlu działa wieczorowa szkoła średnia, prowadzi się także kursy techniczne związane z zawodami istotnymi dla budowy PKiN).

Z literatury pięknej przede wszystkim klasycy i laureaci Nagród Stalinowskich.

A że wszyscy robotnicy w Związku Radzieckim są miłośnikami książek, to mieszkańcy osiedla nie tylko korzystają z biblioteki publicznej, ale każdy z nich kupuje lektury do własnej biblioteczki. Przekonamy się o tym, kiedy będziemy zwiedzać mieszkania. Reporterzy dostrzegli dzieła Aleksandra Puszkina, „Młodą Gwardię” Aleksandra Fadiejewa, ówczesnego przewodniczącego Związku Pisarzy ZSRR, „Burzę” Ilji Erenburga (to jeden ze wspomnianych laureatów Nagrody Stalinowskiej), ale też sonety Szekspira, dzieła Balzaka czy Victora Hugo. Tak czytali robotnicy ze wsi, miast i miasteczek Związku Radzieckiego.

Kolejna na trasie jest poliklinika, czyli przychodnia i przejściowy szpital. Na miejscu izba chorych na 17 łóżek, apteka (zaopatrzona w leki sprowadzane, a jakże, ze Związku Radzieckiego), rentgen, fizjoterapia, stomatologia, klinika kobieca i położnicza, pogotowie dla nagłych wypadków. Wszelkie specjalności z wyjątkiem okulistyki. W poważniejszych przypadkach chorzy kierowani są do miasta. „Zmiana klimatu dała się nieco we znaki zwłaszcza mieszkańcom centralnych obszarów Związku Radzieckiego. Wskutek większej niż w kraju rodzinnym wilgotności nastąpiło u nich nasilenie zaziębień i reumatyzmów. Jednak to przechodzi” – uspokaja doktor Prokimnow.

Izba położnicza także nie stoi pusta. Już siedmiu obywateli radzieckich ujrzało tu po raz pierwszy światło dzienne.

Przekazanie

„Rząd ZSRR zawiadomił Rząd PRL o swym postanowieniu przekazania Polsce w darze Osiedla Przyjaźń, w Warszawie, wzniesionego siłami i środkami Zw. Radzieckiego”

– doniosło niezupełnie ściśle „Życie Warszawy” z maja 1955 roku. Wiemy już przecież, że osiedle wznoszono nie tylko siłami Sowietów. Dalej reporterski zachwyt: „Szeroką, wyasfaltowaną ulicę przecina luk ozdobnej bramy. Stop! Jesteśmy u celu. Osiedle Przyjaźń na Jelonkach z daleka wygląda na jakąś uroczą miejscowość wypoczynkową. Czyste i gładkie jak stół uliczki, biegnąc wśród zielonych trawników, przedzielają szeregi większych i mniejszych jasnożółtych domków. Czysto tu, cicho i kolorowo – takie są pierwsze wrażenia”. A jeszcze dalej czytamy o licznych udogodnieniach i atrakcjach, spośród których jedna wydaje się doprawdy niezwykła: boisko do gry w krokieta. Powiedzmy sobie szczerze – ogrodowa gra anglosaskiej arystokracji nie byłaby tu wówczas mile widziana. Z krokietem czy bez, po ukończeniu budowy Pałacu osiedle przeszło pod zarząd Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które przekazało je następnie pięciu warszawskim uczelniom – Uniwersytetowi Warszawskiemu, Politechnice Warszawskiej, Akademii Medycznej, Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa). Domy jednorodzinne przeznaczono dla pracowników naukowych i administratorów osiedla, budynki hotelowe przekształcono w akademiki, a część – w domy wielorodzinne.

W październiku tego samego roku zamieszkało tu blisko 2500 studentów pierwszego roku, w tym jedna czwarta dziewcząt (które za kilka lat będą musiały wyprowadzić się z Jelonek).

„Osiedle stanowiło kliniczny przykład radzieckiego budownictwa i stylu życia. Same jeszcze baraczki były dość zwyczajne, ale budynki komunalne porażały wprost tą przedziwną mieszanką tandety i przepychu, nieodpartą chęcią przytłoczenia małego człowieczka z parterowego domku potęgą instytucji i władzy, której podlegał. Potężne drewniaki, wypiętrzone do niesamowitej wysokości, zdobione dziesiątkami kolumn i obowiązkowo wymalowane farbą olejną na sraczkowaty brąz lub poszarzałą zieleń” – zauważała prof. Joanna Papuzińska, poetka, prozaiczka, autorka bajek i wierszy dla dzieci, która zamieszkała tu w maju roku 1957 (cytaty za „Skarpą Warszawską”).

Papuzińska była już wówczas częścią kadry naukowej i szczęśliwą – wraz z mężem i córką – posiadaczką dwuizbowego mieszkania w baraku zaadaptowanym przez uczelnię. To było szczęście, chociaż… „Żyliśmy w dotkliwym niedostatku, szczególnie w pierwszych latach. Ale można było wykupić obiad w stołówce za siedem złotych i wziąć go «na wynos». Mając klasyczne trzypiętrowe menażki dostawało się wprawdzie tylko jeden mielony czy sztukamięs, ale za to zupy, kartofli, surówki tyle, że rodzina trzyosobowa mogła się tym żywić cały dzień. Panie kucharki doskonale wiedziały, co jest grane i hojną ręką dokładały jeszcze kilka kromek chleba, pod warunkiem, że miało się własną, papierową torebkę”.

Nadzieją na dożywienie były okoliczne pola uprawne. „W okresie zbiorów można było kupić za groszowe ceny główkę kapusty lub kalafiora. Właściciele pól wydawali się być nawet wzruszeni naszą uczciwością ponieważ studenci często podbierali warzywa prosto z pola w przekonaniu, że im się należą” – wspominała pisarka.

Studenci, choć głodni, nie zwlekali w sprawach zasadniczych – zażądali powołania organu, który, przy współpracy z ministerialnym zarządem osiedla, reprezentowałby interesy mieszkańców.

Przeprowadzono wybory powszechne wyborów zakończone powołaniem studenckiej Rady Mieszkańców Osiedla Przyjaźń złożonej ze starostów poszczególnych bloków. Powołano również rzeczników reprezentujących zespoły domów zamieszkiwanych przez studentów tej samej uczelni.
Na postsowiecki teren wkroczyła akademicka demokracja – oczywiście uwarunkowana realiami lat 50.

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Wyborcza.pl
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Osiedle Przyjaźń. Wolontariusze remontują dom powstańca warszawskiego Witolda Kruczka. Warszawa, Jelonki, 2018 r.

Studenci i pracownicy naukowi mieszkają na osiedlu do dziś. Pierwsi po części w dawnych pawilonach, a po części w nowszych akademikach, wzniesionych w latach 90. na miejscu kilku starych „baraków”, jak się je czasem nazywa. Drudzy – w domach, które przed 70 laty przydzielono ich rodzicom, czasem dziadkom. Przez tyle lat z własnej woli wyprowadziło się stąd niewiele rodzin.

Widocznie w „Przyjaźni” da się żyć.

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Osiedle, na którym krzepła przyjaźń
Osiedle Przyjaźń, protest przeciw eksmisji. Warszawa, Jelonki, 2024 r.

Bartosz Klimas

Dziennikarz, pisze o historii Warszawy, architekturze poprzemysłowej i zabytkach (po)kolejowych. Stworzył portal o dziejach stołecznego przemysłu – wawtech.pl. Publikował m.in. na łamach „Rzeczpospolitej”, „Stolicy” i „Kroniki Warszawy”.

Popularne

Dla kochanków czułych i bezdomnych

Tramwajem jadą aż do pętli, stamtąd jeszcze kawałek na piechotę. Może redaktor Wacowska i redaktor Goskrzyński pomstują na naczelnego, który kazał im jechać po „mocny materiał” na koniec stolicy, a może nie, bo dzień jest ciepły, przyjemny, jak tylko wrześniowe dni potrafią. Zresztą, kwadrans spaceru nie mija, gdy już są u celu. Wita ich głos z radiowęzła: „oszczędzaj czas i materiał” i brama przystrojona gałązkami. Za bramą rośnie osiedle, ale nie zwyczajne. To osiedle jak z marzeń architekta i urbanisty. Obu ogarniętych szaleństwem...