Fot. NAC
O tym, jak naszą historię oświetlają z nieoczywistej strony pamiętniki, listy i notatki kobiet, opowiada dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz, historyczka, członkini zespołu Archiwum Kobiet.
Jaka jest pani ulubiona Polka w historii?
Tylko jedna? Nie wiem, czy uda mi się wybrać. Z pewnością czuję silną więź z Kazimierą Bujwidową.
Tą, która w 1894 roku wygłosiła przemowę na Polskim Kongresie Pedagogicznym we Lwowie, doprowadzając do wpuszczenia kobiet na uczelnie wyższe?
Zakładała też czytelnie dla kobiet, była twórczynią pierwszego żeńskiego gimnazjum, które dawało maturę. No i pchała dziewczyny na uniwersytety, sama nie mając już na wyższą edukację szans.


W 1894 roku pierwsze trzy zostały studentkami farmacji.
Podoba mi się jej energia i jej sprawczość. A nie miała łatwo! Jej związek z mężem Odonem Bujwidem, pierwszym polskim bakteriologiem, jest oczywiście opowieścią pozytywną. Co nie zmienia faktu, że Kazimiera pozostawała w cieniu Odona, pełniła funkcje służebne wobec niego i jego kariery. No, a miała na głowie cały dom, w tym sześcioro dzieci.
Można o niej przeczytać w bazie Archiwum Kobiet?
Proszę spojrzeć… Była bardzo aktywna, wiele osób znała, pojawiała się jako ważna postać w pamiętnikach, wspomnieniach, listach.
O, nie wiedziałam, że brała udział w kampanii wyborczej Marii Dulębianki, która startowała w 1908 roku do Sejmu Krajowego Galicji, choć przecież oficjalnie nie mogła. Dulębianka dzieliła zaś życie z Marią Konopnicką… To lepsze niż puzzle! Kto stoi za Archiwum Kobiet?
Pomysłodawczynią i matką założycielką jest prof. Monika Rudaś-Grodzka z Instytutu Badań Literackich PAN. Do niej dołączyła prof. Katarzyna Nadana-Sokołowska, specjalistka od twórczości George Sand. Oprócz niej i Agnieszki Wróbel, członkiniami zespołu są prof. Danuta Zawadzka z Uniwersytetu w Białymstoku, prof. Anna Nasiłowska, pisarka, poetka i naukowczyni, i prof. Agnieszka Mrozik – obie z naszego instytutu, oraz dr hab. Łucja Iwanczewska z Uniwersytetu Jagiellońskiego, która zajmuje się performance’em i punkiem.

Od romantyzmu po punk? Szeroko!
Teatr nasz widzimy ogromny! Robimy kwerendy w bibliotekach i w archiwach nie tylko na terenie Polski, lecz także całej byłej Rzeczypospolitej i na tych terenach, które kulturowo ciążyły ku Polsce.
W naszej bazie Archiwum Kobiet mamy odniesienia do tekstów, które są napisane po białorusku, ukraińsku, rosyjsku, w jidysz, po niemiecku, a także po francusku, bo osoby z wyższych warstw społecznych często pisały w tym języku.
Przygotowując się do naszej rozmowy, przejrzałam Archiwum Kobiet pod kątem moich ulubionych Polek. I przyznam, że… już na samym początku się potknęłam.
A kogo pani szukała?
Zaczęłam od Klementyny Hoffmanowej, bo chodziłam do liceum jej imienia. Ze szkoły pamiętam tylko jej portret ze śmiesznym koczkiem na czubku głowy. W archiwum znalazłam jeden jej list – do dwóch dziewczynek, które wyemigrowały do Anglii, tęskniły za ojcem i które Hoffmanowa podnosiła na duchu. Liczyłam na więcej.
Może nie pisała dzienników? Albo jeszcze nie natrafiłyśmy na nie?

Archiwum Kobiet nie jest typowym wirtualnym muzeum. To nawet nie jest typowe archiwum tekstów napisanych przez kobiety. Z założenia zajmujemy się bowiem autobiografistyką.
Badamy pamiętniki, dzienniki, a także listy, relacje z podróży, zapiski w kalendarzach. Czasami są to luźne notatki, wręcz strzępy notatek. Mamy już cztery tysiące rekordów i cały czas przybywają kolejne.

Kim są te kobiety?
Niektóre są powszechnie znane, choćby pisarka Maria Dąbrowska czy Zofia Moraczewska, jedna z pierwszych posłanek, żona premiera Jędrzeja Moraczewskiego. Inne to zwykłe kobiety – czasami znamy tylko ich imię i nazwisko, a niekiedy nawet tego nie.
Zawsze staramy się podawać ważne informacje biograficzne, choćby o otoczeniu społecznym autorki, jej wyznanie, które niekiedy było ważniejsze niż narodowość, odtwarzamy też szczegóły życia rodzinnego. Opisujemy dany dokument, streszczamy go i odsyłamy do źródła – konkretnej biblioteki czy fizycznego archiwum.
To dobre teksty?

Różnie. Mamy sporo pamiętników o dużej wartości literackiej, ale są też takie, które strasznie zgrzytają. Są źle napisane, łącznie z błędami gramatycznymi i ortograficznymi. Niektóre autorki się mylą, czegoś nie doczytały, podają złe daty… Tyle że one i tak nam mają coś ważnego do przekazania. Dla nas istotne jest ich doświadczenie.
Bardzo długo pisanie pamiętników, dzienniczków, wprawek czy listów było jedyną dostępną kobietom formą ekspresji.
Uznałyśmy, że dziś trzeba takie dokumenty wprowadzić do obiegu. Pozwolić, żeby zaczęli z nich czerpać historycy i inni badacze. Te teksty autobiograficzne są ważnymi zabytkami – zabytkami rzeczywistości emocjonalnej. Dużo mówią o tym, jak ludzie przeżywali historię.



Po co to nam wiedzieć?
Dobre pytania. Cały czas zadajemy je i odpowiadamy na nie sobie same. Myślę, że clue jest w manifeście autorstwa Moniki Rudaś-Grodzkiej, który można przeczytać na naszej stronie.
„Musimy uświadomić sobie naszą lekkomyślność i nieuwagę wobec przeszłości, żyjemy w miejscu ludzi, którzy odeszli, »oddychamy tym samym powietrzem«, dotykamy tych samych rzeczy”.
Odczyniamy nasze dziady. Przywołujemy widma tych kobiet… Proszę się nie śmiać. Kiedy zanurzamy się w te teksty, naprawdę czujemy bliskość tych osób.

Ależ mi się to szalenie podoba! „Konieczne jest »czesanie historii pod włos«, czyli występowanie przeciwko oficjalnej wersji historii propagowanej przez klasę rządzącą, która przez wieki usuwała w cień historię kobiet”.
Chodzi nam o to, żeby przywrócić pamięci połowę ludzkości. Oficjalna historia długo koncentrowała się na wydarzeniach politycznych, a że o polityce oficjalnie decydowali mężczyźni, była to przede wszystkim ich historia. Były oczywiście wybitne władczynie, które się wymykały swojej genderowej kobiecej roli, ale to wyjątki. Opowieść o historii jest opowieścią o podbojach, traktatach, wojnach itd. I to takie właśnie pamiętniki, napisane przez mężczyzn, się publikuje i nagradza. Przykład? Literacki Nobel dla Winstona Churchilla. Nic mu nie ujmuję – to są rewelacyjnie napisane pamiętniki. No, ale już taki Teodor Parnicki? Świetny pisarz, ale dzienniki pisał strasznie nudne, jak księgowy.
Kobiety nie pisały o polityce?
Oczywiście, że pisały! I to bardzo ciekawie. Mamy bardzo dużo listów polskich magnatek i polskich szlachcianek z XVIII wieku, które – jak to się teraz mówi – rozkminiają kwestie polityki Rzeczypospolitej. I wcale nie robią tego gorzej czy głupiej niż mężczyźni. Po prostu nie było dla nich forum, gdzie mogły się wypowiedzieć, bo one przecież na sejmik nie jeździły.
To listy między kobietami?
Nie tylko. Magnatki pisały o polityce do swoich mężów i krewnych, pozyskiwały poparcie dla mężczyzn ze swojej rodziny, często knuły polityczne intrygi.
Warto też zadać sobie pytanie o milczenie kobiet w sprawach państwowych. Dlaczego niektóre polskie arystokratki, mimo że były potężne, miały władzę, pieniądze, rozdawały karty, nie zabierały publicznie głosu w sprawach politycznych? Niekoniecznie tylko dlatego, że były wykluczone jako kobiety. Może nie chciały spotykać się z jakąś drobną szlachtą na sejmiku – bo pojechać tam mogły – bratać z chudopachołkami? Czasami warto przeczesać dokumenty właśnie tak – „pod włos”.
(…)
Cały artykuł znajduje się w kwartalniku „Spotkania z Zabytkami” nr 2/2026, dostępnym na rynku od 1 kwietnia 2026 roku.
Zachęcamy do zakupu prenumeraty, bądź numeru pisma