- co wyróżnia fotografie Klementyny Zubrzyckiej-Bączkowskiej na tle jej współczesnych
- jaki był (prawdopodobnie) jej pierwszy aparat
- kim była z wykształcenia jedna z pionierek fotografii w Małopolsce
Jak przekonuje na swoim profilu w portalach społecznościowych Muzeum Fotografii w Krakowie, które posiada największy zbiór zdjęć Klementyny Zubrzyckiej-Bączkowskiej, gdyby żyła dziś to z pewnością prowadziłaby fotobloga albo bardzo aktywne instakonto. I miałaby mnóstwo followersów, jak dziś mówi się w internecie na odwiedzających prywatne profile wirtualnych celebrytów. Coś w tym jest – przecież
jej fotografie są łapaniem chwil codziennych, uchwyconych często w czasie zabawy. To rodzinne sytuacje, aranżowane przebieranki, zdarzenia prozaiczne.

Wymarzony kontent na takie portale (słownictwo nie jest przypadkowe).
Na jednej z fotografii Klementyny Zubrzyckiej-Bączkowskiej młode kobiety stoją w wodzie, podciągając spódnice, żeby ich nie zamoczyć. Nie zastygają w pozach panien z dobrego domu, nie udają posągów ani nie odgrywają stateczności wymaganej przez epokę. Śmieją się, wygłupiają, korzystają z lata.
Fotografka nie patrzy na nie z dystansu. Jest jedną z nich: młodą kobietą, która właśnie odkrywa, że aparat fotograficzny może służyć nie tylko do utrwalania świata, ale także do smakowania jego wolności.
2. Fot. Klementyna Zubrzycka / za zbiorów MuFo
Bo zamiast dostojeństwa zobaczymy tu ruch, śmiech, wakacyjną swobodę, sportowe emocje, rodzinne spotkania i ten szczególny rodzaj bliskości, który pojawia się wtedy, gdy fotografowana osoba nie boi się aparatu. Klementyna Zubrzycka-Bączkowska fotografowała ludzi, których znała, i świat, w którym sama żyła. Nie stawała ponad nim w roli kronikarki. Wchodziła w sam środek wydarzeń.
Tak jak wtedy, gdy w 1891 roku, gdy mijała setna rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja, społeczność Limanowej chciała uczcić patriotyczną rocznicę i – jako wotum – wystawić nowy, okazały murowany kościół. Miał zastąpić poprzednią, drewnianą świątynię.
Wśród robotników biega kobieta z aparatem fotograficznym, budząc swoją energią (i oczywiście „nowum technicznym”) zaciekawienie nie tylko robotników, ale też gawiedzi. To Klementyna Zubrzycka-Bączkowska, córka Walerego Wieniawy Zubrzyckiego, który po swoim teściu przejął pierwszą aptekę w Limanowej.
Budynek, w którym mieściła się apteka, wyburzono przy okazji stawiania nowej świątyni. Co ciekawe, Zubrzycki przewidział, że tak się stanie. W 1890 roku kupił budynek przy ul. Krakowskiej i zaadaptował go na aptekę. Właśnie tam po uzyskaniu dyplomu z farmacji pracę – jako jego asystentka – rozpoczęła w 1910 roku jego córka Klementyna. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Apteka pod dobrą gwiazdą
Klementyna Zubrzycka urodziła się 22 maja 1887 roku w Limanowej, jako drugie z czworga dzieci Waleriana Wieniawy Zubrzyckiego i Franciszki Gabrieli z Müllerów. Przyszła na świat w rodzinie należącej do miejscowej elity, szanowanej nie tylko ze względu na pozycję majątkową, lecz przede wszystkim z powodu działalności zawodowej i społecznej. W tej rodzinie farmację dziedziczono niemal jak herb. Pradziadek Klementyny od strony matki, Ludwik Müller, założył pierwszą aptekę w Limanowej. Później prowadził ją jego syn Antoni, a następnie zięć, Walerian Zubrzycki.

Ojciec Klementyny nie ograniczał się do odmierzania proszków i sporządzania mikstur. Był działaczem społecznym, przez wiele lat pełnił funkcję burmistrza Limanowej, uczestniczył w modernizacji miasta i napisał jego monografię. Apteka „Pod Gwiazdą” była więc nie tylko przedsiębiorstwem, ale także jednym z centrów miejscowego życia.
Rodzina miała szerokie kontakty w monarchii austro-węgierskiej i sporo podróżowała. Klementyna od dzieciństwa poznawała zatem świat znacznie większy niż rodzinne miasteczko. Ukończyła szkołę powszechną w Limanowej, uczyła się u urszulanek w Tarnowie, a maturę zdała w 1907 roku w Jaśle.

Wreszcie wyjechała do Krakowa, aby studiować farmację na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie był to może wybór rewolucyjny z punktu widzenia rodzinnej tradycji, ale z perspektywy pozycji kobiet już tak. W 1910 roku Klementyna oraz jej młodsza siostra Wiktoria zdobyły tytuły magistra farmacji, należąc do pierwszych absolwentek tego kierunku na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasach, gdy dostęp kobiet do wyższego wykształcenia nadal był świeżym osiągnięciem emancypacji, dwie córki limanowskiego aptekarza nie tylko studiowały, lecz także przygotowywały się do wykonywania zawodu wymagającego wiedzy i społecznego zaufania.

Po studiach Klementyna wróciła do Limanowej i rozpoczęła pracę w rodzinnej aptece. W 1919 roku przejęła jej prowadzenie. Nazwisko kobiety jako właścicielki stanowiło znak zmieniającej się epoki.
„Ty naciskasz guzik, my robimy resztę”

Pewne jest jednak, że stało się to podczas jej gimnazjalnej edukacji. Był to prawdopodobnie pierwszy aparat fotograficzny w Limanowej.
Brownie nie należał do ciężkich kamer wymagających całego zestawu wyposażenia, szklanych płyt i mozolnego ustawiania statywu. Był niewielkim aparatem skrzynkowym na błonę zwojową, prostym w obsłudze i pomyślanym właśnie dla amatorów. Firma Kodak reklamowała podobne urządzenia słynnym hasłem: „Ty naciskasz guzik, my robimy resztę”. W tym jednym zdaniu mieściła się technologiczna i obyczajowa rewolucja.
Przez dziesięciolecia fotografia była istną ceremonią. Wymagała profesjonalnego atelier, długiego pozowania, naświetlania i podporządkowania się technicznym ograniczeniom. Fotografowani nieruchomieli przed obiektywem, przybierając miny, z którymi pragnęli przejść do historii.
Mniejsze i łatwiejsze w obsłudze aparaty podręczne zmieniły nie tylko sposób wykonywania zdjęć, ale też myślenie o samym medium. Fotografia zeszła ze statywu, wyszła z atelier i ruszyła w drogę. Mogła towarzyszyć spacerowi, zabawie, podróży czy rodzinnej wycieczce.


Brownie szybko stał się nieodłącznym towarzyszem Klementyny. Fotografowała młodsze siostry, bliskich i znajomych, urządzała przebierane sesje, zabierała aparat na spotkania, spacery i wyjazdy.
Z czasem zaczęła korzystać z bardziej skomplikowanego sprzętu, między innymi stereoskopowego aparatu Le Glyphoscope projektu Julesa Richarda. Urządziła domową ciemnię, samodzielnie przygotowywała odczynniki, eksperymentowała z wywoływaniem i wykonywała odbitki nawet na jedwabiu. Farmacja spotkała się tu z fotografią, wiedza chemiczna zdobyta na studiach i w aptece pozwalała jej lepiej panować nad procesem powstawania obrazu.

Dziecko swoich czasów
O Zubrzyckiej-Bączkowskiej często mówi się, że wyprzedzała swoją epokę. A może po prostu była wyrazistym dzieckiem swoich czasów. Dorastała przecież w momencie, gdy dotychczasowy porządek zaczynał przyspieszać. Kobiety zdobywały dostęp do uniwersytetów i zawodów zarezerwowanych wcześniej dla mężczyzn. Fotografia stawała się masowa, a samochód – nowym symbolem wolności i niezależności. Sport przestawał być jedynie widowiskiem lub ekscentryczną rozrywką elit, zamieniając się w styl życia.

Klementyna wsiadła do tego nowoczesnego świata bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. Jeździła na nartach i łyżwach, nurkowała, polowała, chodziła po górach i podróżowała po Europie.
Do jazdy na rowerze zakładała spodnie, co wówczas mogło być postrzegane jak manifest emancypacji. Należała do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, organizowała wycieczki, a wraz z mężem prowadziła na zapleczu apteki punkt informacji turystycznej.
Była także jedną z pierwszych osób w Limanowej posiadających samochód – czeską Tatrę. Zresztą motoryzacja i fotografia miały w sobie podobną obietnicę. Obie technologie dawały możliwość samodzielnego przemieszczania się, skracały dystans i pozwalały zdobywać świat na własnych warunkach.
Nie oznacza to jednak wcale, że Zubrzycka-Bączkowska odrzucała zajęcia tradycyjnie przypisywane kobietom. Wyszywała bowiem obrusy i serwety, tworzyła gobeliny, malowała pejzaże. Część jej prac trafiła do limanowskiej bazyliki. Jej emancypacja nie polegała więc na jakimś demonstracyjnym zerwaniu z każdym elementem przeszłości, a raczej na poszerzaniu pola możliwości. Potrafiła być jednocześnie farmaceutką, fotografką, sportsmenką, automobilistką, turystką, matką, a do tego konspiratorką i społeczniczką.
Bez póz

Jej fotografie to nie są to wyłącznie bezpretensjonalne pamiątki rodzinne. Zubrzycka-Bączkowska dobrze rozumiała możliwości aparatu. Umiała budować kompozycję, kierować modelkami, dobierać kostiumy i rekwizyty. W jej kadrach spontaniczność często jest starannie wyreżyserowana, a inscenizacja udaje przypadek. Niektóre fotografie przypominają prywatny teatrzyk, inne – wręcz kadry z filmu.
Portretowani przez nią ludzie nie zastygają w oficjalnych pozach. Śmieją się, poruszają, bawią, odpoczywają.
Nie występują przed obiektywem jako reprezentanci swojego stanu czy zawodu, ale jako konkretne osoby. Zubrzycka-Bączkowska potrafiła skrócić dystans dzielący fotografa od modela. Być może dlatego, że fotografowała ludzi bliskich, a być może dlatego, że sama należała do opisywanego świata.

Szczególnie ważna okazuje się kobieca część tego archiwum. Widzimy kobiety aktywne, pomysłowe, świadome swojej obecności przed obiektywem.
Przebierają się, żartują, podróżują i uprawiają sport. Nie są wyłącznie dodatkiem do rodzinnej sytuacji, statecznymi figurami ustawionymi obok mężów. Zdjęcia Klementyny pokazują emancypację od strony codziennej praktyki.

Aparat służył jej również do dokumentowania wydarzeń ważnych dla całej miejscowej społeczności. Fotografowała nie tylko wspomnianą już budowę limanowskiej bazyliki, wykonując zresztą dokumentację na prośbę proboszcza. Uwieczniła obchody odzyskania niepodległości, uroczystości miejskie i powódź z 1934 roku. Malownicze pejzaże Beskidu Wyspowego sąsiadują w jej archiwum z obrazami pracy, zabawy i rodzinnego życia. W ten sposób prywatna pasja przekształciła się w społeczne archiwum.

Część spuścizny oraz pamiątek po fotografce trafiła do Muzeum Regionalnego Ziemi Limanowskiej. Tam jej historia łączy się z dziejami apteki „Pod Gwiazdą” i pięciu pokoleń miejscowych farmaceutów. Klementyna pozostaje zatem częścią lokalnej pamięci podwójnie: jako autorka obrazów Limanowej i jako przedstawicielka rodziny, która przez dziesięciolecia współtworzyła życie miasta.


Wojna i znowu wojna
W 1914 roku, gdy do Limanowej zbliżały się wojska rosyjskie, Zubrzyccy wyjechali do Grazu. Opiekę nad apteką powierzyli młodemu farmaceucie, Zdzisławowi Bączkowskiemu. Po powrocie rodziny w 1915 roku między nim a Klementyną zaczęło rodzić się uczucie. Pobrali się w 1920 roku. Mieli dwie córki, Janinę i Krystynę, które również wybrały farmację.
Po ślubie Klementyna fotografowała już rzadziej. Aparat służył przede wszystkim do dokumentowania rodzinnych podróży i ważnych wydarzeń. Ostateczną granicą okazał się wybuch II wojny światowej, który zbiegł się z osobistą tragedią. W październiku 1939 roku zmarł jej mąż.

Klementyna zamknęła fotograficzny dorobek w drewnianych skrzyniach i ukryła go na strychu rodzinnego domu. Do systematycznego fotografowania nigdy już nie wróciła.
Historia, którą przez lata zatrzymywała w kadrach, nagle stała się zbyt brutalna, by obserwować ją zza aparatu?
W czasie okupacji – wraz z córkami – zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Apteka była jedyną działającą w Limanowej placówką służby zdrowia. Zaopatrywała oddziały partyzanckie w Gorcach i Beskidzie Wyspowym w leki, środki opatrunkowe, preparaty znieczulające i surowice. W mieszkaniu przylegającym do apteki odbywały się tajne lekcje dla młodzieży.
Po wojnie Zubrzycka-Bączkowska nadal pracowała w aptece. W 1951 roku placówkę upaństwowiono, przerywając ponadstuletnią ciągłość rodzinnej własności. Niemniej Klementyna pozostała w niej aż do przejścia na emeryturę w 1960 roku. Kierowanie zakładem przekazała córce Janinie. Zmarła 29 grudnia 1968 roku i została pochowana w rodzinnym grobowcu na limanowskim cmentarzu.
Skarb ze strychu
Skrzynie ze zdjęciami przeleżały zapomniane przez dziesięciolecia. Kiedy spuścizna została przekazana Muzeum Fotografii w Krakowie, okazało się, że obejmuje blisko dwa tysiące negatywów, pozytywów i diapozytywów, a także sprzęt fotograficzny. Kolekcję uporządkowano, poddano konserwacji, skatalogowano i zdigitalizowano. Dzisiaj nazywa się ją wręcz „skarbem z Limanowej”. MuFo wskazuje ją jako jedną z najliczniejszych i najcenniejszych kolekcji autorskich w swoich zbiorach.
To odkrycie wpisuje się w szerszy proces odzyskiwania twórczości kobiet, które przez lata pozostawały poza głównym nurtem historii sztuki i fotografii. Ich prace często przechowywano w domach, opisywano jako pamiątki rodzinne albo traktowano jako nieprofesjonalne. Samo określenie „amatorka” potrafiło działać jak klisza, i to wyjątkowo nieostra. Z góry umieszczało autorkę w drugim szeregu, zanim ktokolwiek dokładnie przyjrzał się jej zdjęciom. Tymczasem fotografia amatorska nie musi oznaczać fotografii przypadkowej czy artystycznie naiwnej. W przypadku Zubrzyckiej-Bączkowskiej prywatność spojrzenia jest właśnie największą wartością. Pozwala oglądać świat pozbawiony oficjalnej pozy, a jednocześnie świadomie skomponowany. To dokument, ale też autorska wypowiedź. Rodzinny album, który urósł do rangi portretu epoki.

Dzisiaj Klementyna Zubrzycka-Bączkowska jest jednym z filarów wystawy stałej MuFo. To ważna zmiana perspektywy:
historia fotografii przestaje być wyłącznie historią zawodowych atelier, wielkich nazwisk i technicznych przełomów. Staje się również opowieścią o kobietach, które brały aparat do ręki, by opisać swój własny świat.
I robiły to niekiedy z większą świeżością niż uznani profesjonaliści, bo nie czuły ograniczeń medium, nie martwiły się zasadami fotoświata.
Paradoks polega na tym, że Klementyna nie próbowała tworzyć wielkiej historii. Fotografowała życie. Dopiero czas sprawił, że zwykłe spacery, przebieranki, rodzinne i miejskie uroczystości stały się wielką historią.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!