Fot. Łukasz Zdanecki / Agencja Wyborcza.pl
- co różni kulturę polską od anglosaskiej w dziedzinie…strachów
- gdzie w Polsce można było oglądać ekspozycje poświęcone temu wiejskiemu zjawisku
- dlaczego „strach na wróble” jest nieprawdziwym stwierdzeniem
A także poczwary, straszeki, sztrumpelpetery, widziadła. Regionalne nazwy określające strachy polne mają dość ambiwalentny charakter. Z jednej strony jest w nich coś zażyłego, jakby mowa była o sąsiedzie albo dalekim krewnym. Z drugiej – przebija z nich strach, doświadczenie egzystencjalnej tajemnicy.

Akcja jednego z odcinków „Morderstw w Midsomer” – klasycznego brytyjskiego serialu kryminalnego (nadawanego nieprzerwanie od 1997 roku), w którym od zbrodni ważniejsze są zagadka i atmosfera idyllicznej, angielskiej prowincji – toczy się podczas dorocznego festiwalu strachów polnych. Przed każdą posesją, włącznie z plebanią i pubem, wystawione są (uwaga, spoiler – nie zawsze słomiane) kukły: wzruszające i budzące grozę, bardzo „ludzkie” a zarazem obce, karykaturalne i nierzeczywiste. Widać, że ich rola nie ogranicza się do odstraszania ptactwa – są ważnym elementem w życiu społeczności, bramą do skrywanych przez nią tajemnic i pierwotnej duchowości.
W kulturze anglosaskiej strachy od dawna są doceniane
– także w kulturze wysokiej: od samego Williama Szekspira i jego „Wesołych kumoszek z Windsoru” po Waltera de la Mare, cenionego poetę neoromantycznego, który starał się odnaleźć w sobie zagubione imaginarium dziecka. Napisano o nich dziesiątki poważnych książek, by przywołać tylko „The scarecrow: fact and fable” Petera Haininga z 1986 roku. Ba, powstała nawet osobna gałąź rzemiosła artystycznego i tak np. zmarły przed rokiem Joyce Warren ubierał swoje strachy w garnitury albo w suknie ślubne i umieszczał w najbardziej prestiżowych ogrodach i parkach Anglii.
Na stałe weszły też do pop-kultury. Począwszy od filmu-burleski z 1920 roku, w którym w rolę stracha polnego wcielił się sam Buster Keaton, poprzez słynnego „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” (który dziś, dzięki znakomitemu musicalowi „Wicked” przeżywa renesans popularności), aż po dr. Jonathana Crane’a, złowrogiego psychologa-złoczyńcę z komiksów o Batmanie.


Strach – ale nie na wróble
A jak jest u nas? Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu były częstym widokiem w wiejskim krajobrazie. Dziś jest ich mniej, ale nadal się pojawiają (choćby w ogródkach działkowych). Jednak zdają się cieszyć znacznie mniejszym zainteresowaniem badaczy i artystów niż np. w Wielkiej Brytanii. Choć są tacy, którzy próbują to zmienić. Jedną z takich osób jest Grażyna Szelągowska, z Muzeum Etnograficznego w Toruniu, która swego czasu poświęciła strachom kilka świetnych wykładów, mocno podkreślając, by w żadnym wypadku nie wiązać ich z… wróblami.
Bo w gruncie rzeczy właśnie z tymi ptakami strachy polne raczej by sobie nie poradziły. Wszak wróble żyły w miastach – przynajmniej jeszcze niedawno, zanim zostały wyparte przez bardziej agresywne gatunki – w symbiozie z człowiekiem. Jeśli już, czasem mogą odstraszyć dziki albo wrony polujące na pisklęta.
2. Fot. domena publiczna
Rzeczywista funkcja stracha polnego jest zupełnie inna, sięga głęboko w świat pogańskiej magii: w odróżnieniu od południc czy marzanny strach był dobrym duchem opiekuńczym, czymś jak lary i penaty w mitologii rzymskiej.
Jego głównym elementem konstrukcyjnym są dwa skrzyżowane kije. Choć kojarzą nam się jednoznacznie z chrześcijaństwem, w tym przypadku odnoszą się do znacznie starszych, słowiańskich tradycji: oznaczają granicę – między cywilizacją (do której przynależy uprawa roli) a przyrodą nieokiełznaną (lasem, rzeką), człowiekiem a zwierzęciem, doczesnością a transcendencją. Dlatego zdarzało się np., że strachy ustawiano w czterech rogach pola. Albo ustawiano je w rzędach, jak oddział strażników.
Przeciw dzikom, przeciw demonom
Na krzyżak nakładano ubrania – ważne, by były kolorowe; dobrze, żeby należały do osoby nieżyjącej lub były zupełnie zużyte – tak, aby nikt nigdy już ich nie włożył. Obawiano się, że strach mógłby zabrać duszę gospodarza, a przynajmniej odebrać mu siły witalne. Jednocześnie miał jednak zaznaczać obecność właściciela na gospodarstwie; dlatego modelowano mu twarz, a na głowę zakładano kapelusz. Starano się dodać elementy wydające dźwięk i poruszające się: wstążki, dzwonki, puste butelki (co miało odstraszać dziki i… demony). Czasem strachy miały mniej ambiwalentny charakter, a nawet wprost emanowały grozą: na drewnianym krzyżaku wieszano np. martwą wronę lub jastrzębia – jakby z ostrzeżeniem dla innych zwierząt. Albo dla złych duchów.
Aby strach polny mógł spełnić swoją funkcję, a jednocześnie nie zaszkodzić gospodarzom, potrzebne były rytuały. Wczesną wiosną, tuż po zasiewach gospodarze wychodzili przed świtem i w uroczystym orszaku wynosili go na pole. Tam ustawiali – twarzą na południe, z rozpostartymi „ramionami” ogarniającymi zasiewy.
Strach pełnił swoją funkcję do końca żniw – wtedy tracił moc: umierał.
Nie wolno było tak po prostu go porzucić. Uroczyście demontowano krzyżak, a potem rozpalano ogień, by spalić w nim szmaty i słomę – był to zarazem pogrzeb, jak i uwolnienie się od złych mocy, które mogłyby się w nich ukryć.
A dziś? Strachy polne są zupełnie inne – a jednocześnie takie jak niegdyś. Miewają głowy z pękniętej piłki, „zbroje” ze starych płyt CD, ramiona z puszek po piwie, koszulki z nazwiskiem Lewandowskiego lub Messiego.
Owszem, zdarza się, że wciąż pilnują zbiorów, ale, umieszczone w ozdobnej doniczce zdobią również balkon w PRL-owskim bloku, są przedmiotem konkursu albo elementem wystawy.

Korowód, hołd, performance
Przez dłuższy czas istniały w Polsce dwa „muzea” poświęcone stricte strachom polnym (poza skansenami, w których pojawiają się niejako przy okazji). Obydwa powstały spontanicznie i funkcjonowały dzięki pasji prywatnych osób. Pierwsze znajduje się w Rudzicy między Bielskiem a Skoczowem – przy założonej w 1991 roku galerii autorskiej Floriana Kohuta, śląskiego malarza w sposób melancholijny, czasem niespokojny wpisującego się w podbeskidzki pejzaż. Lubi malować strachy na wróble – wśród polnych maków i chabrów, wynurzające się z morza pszenicy, niemal zawsze wystawione na podmuchy wiatru. Trochę „szancerowskie” w sposobie malowania (zresztą, artysta zajmuje się m.in. ilustracją).
2. Florian Kohut
Galeria Kohuta nosi nazwę, jak można się spodziewać, „Pod strachem polnym”, i aby się w niej znaleźć, trzeba przejść przez niewielki ogród-skansen, z kłębiącymi się wszem i wobec strachami. Największe widoczne są już z daleka, wyrastają ponad żywopłot. Bardzo różnorodne. Jeden przypomina czarownicę, Elphabę z „Wicked”. Twarz innego bardziej niż do żywego człowieka upodabnia się do trupiej czaszki. Jeszcze inny wychyla się zza płotu jak niesforny dzieciak.
Gdy przekroczymy już bramę, strachy staną się orszakiem powitalnym. W zdartych do cna koszulach, spod których wystaje słoma, w zawadiackich czapkach i kapeluszach. Ten ze słomianą brodą, w koszuli, która kiedyś była biała, i kamizelce ma w sobie coś z Tewjego Mleczarza. Dwaj stojący w tyle prężą się jak żołnierze cesarsko-królewskiej armii (zapewne wpadliby w oko Tadeuszowi Kantorowi). Ich rozwarte ramiona tym razem nie pilnują zboża, ale zapraszają do galerii.
Co roku odbywa się w Rudzicy Dzień Stracha Polnego
– ostatnio 6 czerwca. To bardzo autentyczne, spontaniczne święto, którego najważniejszą częścią jest korowód strachów wykonanych specjalnie na tę okazję (przez każdego, kto tylko zechce), prowadzony przez wóz strażacki, orkiestrę dętą i szczudlarzy z Teatru Gry i Ludzie. Przed galerią Kohuta nowe strachy składają hołd weteranom. Potem ma miejsce pewien performance: artysta przy dźwiękach kapeli maluje „na żywo”, obserwowany przez publiczność. A dalej jest już tylko zabawa.

Docenić ulotność
Druga historia ma smutniejszy finał. Choć zaczęło się optymistycznie. W malowniczej miejscowości Lubenia na Pogórzu Dynowskim, dwadzieścia kilka kilometrów na południowy zachód od Rzeszowa pracował nauczyciel-pasjonat, Aleksander Bielenda. W 1985 roku doszedł do wniosku, że szkolna rutyna nuży zarówno jego, jak i uczniów. Wspólnie zaczęli zbierać związane z okolicą pamiątki, często ratując je przed zniszczeniem.

Efektem ich pracy było powstanie Izby Regionalnej (mieszczącej się dziś w pobliskiej, cieszącej się zdrowotnymi solankami wsi Sołonka) – zmaterializowanej, staropolskiej silvae rerum, w której mieści się wszystko: od fragmentów naczyń warzelniczych do produkcji soli z epoki brązu, poprzez kulę armatnią z czasów potopu szwedzkiego, stare liczydła, których dziś niewielu potrafi używać, aż do zdjęć miejscowego fotografa, Bolesława Wróbla, który portretował mieszkańców Pogórza Dynowskiego w latach 1930-1955, co zbudowało bardzo ciekawą dokumentację społeczno-psychologiczną tego regionu.
W sposób szczególny zainteresowały Bielendę strachy na wróble – co też wzięło się z praktyki nauczycielskiej: po co wciąż, i wciąż siedzieć w klasie, malować akwarelami rodziców (nigdy, co zaskakujące, dziadków) albo ilustrować kolejne święta?
Przecież można wyjść na zewnątrz. Tworzyć za pomocą sznurka, słomy, kawałków drewna.
Takie były początki podkarpackiego Muzeum Strachów Polnych w Sołonce, które w pewnym momencie odwiedzało dobre kilka tysięcy turystów, głównie rodziny z dziećmi, w roku. Bo też było co oglądać. Jeden ze strachów zamiast kapelusza miał na głowie wielki, wiklinowy kosz, co – nie wiedzieć czemu – upodabniało go do Kubusia Puchatka. Straszka (czy to właściwy feminatyw?) miała na szyi turkusowe, wcale nie tanie korale. Dama-straszydło, z twarzą sklepowego manekina budziła dystans eleganckim kapeluszem. Był też strach-słoń, strach-wąsacz, strach-wielkouchy, strach-urzędnik… A wszystko to naturalnie wpisane w krajobraz łąk, lasów, strumieni. Fantastyczne miejsce.

Tymczasem Aleksander Bielenda stał się wytrawnym etnografem badającym znaczenie strachów polnych. Odtwarzał związane z nimi rytuały, wydał poświęconą im książkę. Ale jego muzeum już nie istnieje. Padło ofiarą zwykłego remontu, montażu fotowoltaliki i… bezmyślności. Teoretycznie to coś naturalnego:
strachy na wróble to efemeryczne rzeźby, znikają wraz ze zmianą pory roku.
Ale przecież szkoda. Bardzo szkoda. Bo właśnie dlatego, że są efemeryczne, wymagają szczególnej uwagi.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!







