Fot. Kamil Gozdan / Agencja Wyborcza.pl
- które kino w Polsce prowadzi już trzecie pokolenie kobiet z tej samej rodziny
- które kino miało dwie sale, co było ewenementem tamtych czasów
- co w kontekście rozrywki (i seansów filmowych) oznacza słowo „Établissement”
W pierwszej części naszej podróży odwiedziliśmy kina, które do dziś pozostają ikonami polskiej architektury XX wieku: od najstarszego nieprzerwanie działającego kina świata w Szczecinie (Pionier otrzymał taki rekord Guinnessa w 2005 roku, ale później go utracił – przyp. red.), przez modernistyczny krakowski Kijów, po warszawski Iluzjon czy nieistniejącą już Moskwę. Wszystkie przypominały, że kino było kiedyś czymś znacznie więcej niż miejscem wyświetlania filmów. Było symbolem nowoczesności, miejskiego stylu życia i architektonicznych ambicji swoich czasów.
Ta opowieść ma jednak jeszcze drugą stronę. To również
niewielkie kina ukryte w dawnych restauracjach, kaplicach, ogrodach letnich czy… zajezdniach tramwajowych. Miejsca, które często nie imponowały skalą, ale przez dziesięciolecia stanowiły lokalne centra życia społecznego.
Ich architektura była skromniejsza, lecz nie mniej interesująca, bo opowiada historię adaptacji, zmian funkcji i nieustannego dostosowywania istniejących budynków do nowych potrzeb.
Ta druga część naszej podróży prowadzi więc przez miejsca mniej oczywiste. Paradoksalnie właśnie dziś, gdy coraz więcej filmów oglądamy samotnie na ekranach komputerów, telefonów i telewizorów, dawne kina zaczynają nabierać nowego znaczenia. Stają się zabytkami kultury, świadkami przemian technologicznych i społecznych oraz materialnym zapisem czasu, w którym wspólne oglądanie filmu było jednym z najważniejszych rytuałów miejskiego życia.
Tam, gdzie kończy się półwysep: kino Żeglarz w Jastarni
Trudno wyobrazić sobie mniej oczywiste miejsce dla kina. Z jednej strony port rybacki, z drugiej plaża i szum Bałtyku. Latem tysiące turystów spieszą na plażę, zimą Półwysep Helski niemal pustoszeje. A jednak właśnie tutaj od kilkudziesięciu lat działa jedno z najbardziej niezwykłych kin w Polsce. I ostatnie na Półwyspie Helskim.

Żeglarz nie imponuje monumentalną architekturą ani wielkością sali. Nie powstał jako reprezentacyjny pałac filmowy, jak modernistyczne kina dużych miast. Przeciwnie, jego siła tkwi w skromności i autentyczności. Jest przykładem tego, jak historia kina splata się z historią zwyczajnego budynku, który przez kolejne dekady dostosowywał się do zmieniających się potrzeb mieszkańców i turystów.
Co ciekawe, zanim pojawił się tu ekran, budynek pełnił zupełnie inną funkcję. Na początku XX wieku mieściła się tu restauracja należąca do pensjonatu Janina, jednego z najstarszych obiektów w Jastarni. Dopiero podczas II wojny światowej Niemcy urządzili w niej kino propagandowe. Po wojnie funkcja filmowa pozostała, choć zmieniali się właściciele, projektory i repertuar. Sama architektura zachowała jednak wiele z dawnego charakteru. Właśnie dlatego
Żeglarz jest dziś nie tyle zabytkiem architektury kinowej, ile świadectwem niezwykłej zdolności adaptacji istniejących budynków.

Już od progu wiadomo, że nie jest to zwyczajne kino. Nad wejściem ponownie świeci historyczny neon, odtworzony dzięki zbiórce miłośników kina. W holu stoją stare plakaty, z głośników płynie muzyka z winyli, a we wnętrzu zachował się kaflowy piec – element zupełnie nieprzystający do współczesnych multipleksów, za to znakomicie budujący atmosferę miejsca. Na ścianie sali od lat widnieje napis:
„Godziny, lata płyną, lecz cóż – wiecznie jest młode kino”.
To nie muzealny eksponat, ale motto, które właścicielki świadomie pozostawiły jako część historii tego miejsca.
Żeglarz jest również przykładem – powiedzmy – dziedzictwa niematerialnego, czyli… rodzinnej tradycji. O jego wyjątkowości decyduje nie tylko sam budynek, lecz także ludzie. Kino od ponad trzech dekad prowadzi jedna familia. Bogdan Blindow, legenda pomorskiego środowiska kinowego, wydzierżawił je w 1991 roku jako… prezent dla swojej żony Urszuli. Dziś przy sterze jest już trzecie pokolenie kobiet z jednej rodziny: do Urszuli i Dagmary dołączyła Patrycja. Trudno o lepszy przykład ciągłości tradycji, i to w czasach, gdy większość kin należy do wielkich sieci. „Żeglarz” pozostaje miejscem prowadzonym niemal domowym sposobem, z repertuarem studyjnym, przeglądami filmowymi, koncertami i lokalnymi wydarzeniami.
Co znamienne, największym zagrożeniem dla tego miejsca nie okazał się upływ czasu, lecz współczesność. Najpierw pojawiły się multipleksy, później internet, następnie kosztowna cyfryzacja kin, a wreszcie pandemia. Każdy z tych etapów mógł zakończyć historię Żeglarza. Stało się jednak odwrotnie.

Dzięki zaangażowaniu właścicielek i społeczności widzów kino nie tylko przetrwało, a w trakcie pandemii codziennie na profilu w portalach społecznościowych właścicielki wcielały się w… innego bohatera kina, zapewniając rozrywkę tym, którzy w tym trudnym czasie siedzieli w domu. To dowód, że czasem najcenniejszym zabytkiem okazuje się nie sam budynek, ale wspólnota ludzi, którzy nie pozwalają mu umrzeć.
Gdańsk. To miasto żyło kinem i festiwalem (ale krótko)
Były wśród nich niewielkie sale sąsiedzkie, eleganckie kina śródmiejskie i prawdziwe pałace filmowe mogące pomieścić ponad tysiąc widzów. Dziś większość z nich istnieje już tylko na fotografiach i planach miasta.
Pierwszy publiczny pokaz ruchomych obrazów odbył się w Gdańsku już w październiku 1896 roku w Teatrze Wilhelma przy dzisiejszych Długich Ogrodach. Były to jeszcze objazdowe prezentacje nowego wynalazku braci Lumière. Zaledwie kilkanaście lat później kino stało się jednak pełnoprawnym elementem miejskiego krajobrazu. Powstawały pierwsze stałe sale projekcyjne, a wraz z nimi nowy typ architektury, podporządkowany wyłącznie sztuce filmowej.


Wśród nich szczególne miejsce zajmował Ufa-Palast, monumentalny obiekt mieszczący ponad tysiąc widzów. Był jednym z największych kin przedwojennego Gdańska przy Elisabeth-Kirchengasse , czyli dzisiejszej ulicy Elżbietańśkiej, i doskonale pokazywał, jak szybko kino stało się symbolem nowoczesnego miasta. Miało 1195 miejsc siedzących, na parterze była obszerna sala kinowa, kasa biletowa oraz hol ozdobiony malowidłem ściennym wykonanym przez Juliusa Zellmanna. Kino należało do sieci UFA. Zniszczone zostało w 1945 roku.

Podobne znaczenie miały Passage-Theater (z widownią na ponad czterysta miejsc i z dwoma salami kinowymi, co na tamtejsze czasy było ewenementem, a działało w miejscu fotoplastikonu Kaiser-Panorama przy Targu Węglowym) czy Gedania-Theater, choć to ostatnie zapisało się w historii z zupełnie innego powodu.
Brunon Zwarra wspominał to ostatnie jako kino o najbardziej żywiołowej publiczności w mieście. Widzowie nie ograniczali się do oklasków. Gwiżdżono, tupano, komentowano akcję filmu, a
podobno zdarzało się nawet rzucać pomidorami w ekran.
Do tego dochodził mniej przyjemny element – pluskwy i pchły, które sprawiły, że mieszkańcy ochrzcili kino ironicznym mianem „skrzyni na pchły”. Dziś brzmi to anegdotycznie, ale przypomina, że pierwsze kina były miejscami niezwykle demokratycznymi. Film oglądało się wspólnie, głośno i spontanicznie – znacznie bardziej jak widowisko teatralne niż współczesny seans.

Powojenny Gdańsk napisał historię swoich kin od nowa. Najbardziej spektakularnym symbolem odbudowy stał się otwarty w 1953 roku Leningrad (w głosowaniu publiczności zwyciężyła nazwa Artus, ale władze komunistyczne jej nie chciały ze względów ideologicznych), późniejszy Neptun. Zlokalizowany przy ulicy Długiej, kilka kroków od Dworu Artusa i Fontanny Neptuna, należał do największych kin w Polsce. Ponad 1200 miejsc, reprezentacyjne foyer i charakterystyczny balkon sprawiały, że przypominał raczej wielkomiejskie pałace filmowe niż zwykłe kino. Był częścią odbudowy historycznego centrum Gdańska, przykładem tego, jak powojenne państwo próbowało wpisać nowoczesne funkcje kulturalne w zabytkową tkankę miasta.
To właśnie tutaj odbyła się impreza otwarcia pierwszego Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, zanim imprezy otwarcia i zamknięcia na stałe przeniosła się do Gdyni. Niestety, podobnie jak wiele wielkich kin XX wieku, Neptun nie przetrwał presji rynku nieruchomości. Po sprzedaży kompleksu prywatnemu inwestorowi zakończył działalność, a Gdańsk utracił jedno ze swoich najważniejszych miejsc filmowej pamięci.

Inną historię opowiada Bajka we Wrzeszczu. Kino urządzono po wojnie w budynku dawnego Luterhausu, należącego do gminy ewangelickiej. To znakomity przykład adaptacji istniejącej architektury dotąd służącej wspólnocie religijnej do funkcji świeckiej kultury. Nie było wielkim pałacem kina, mieściło zaledwie kilkaset osób, ale przez ponad pół wieku pozostawało ważnym punktem życia dzielnicy. Dziś coraz częściej właśnie takie adaptacje okazują się najciekawszym świadectwem historii architektury XX wieku.
Najbardziej optymistyczną historię pisze jednak kino Żak. Powstało jako studenckie kino dobrych filmów w latach 50., by po latach znaleźć nową siedzibę w zmodernizowanej i zaadaptowanej na nowe potrzeby zajezdni tramwajowej we Wrzeszczu. To przykład adaptacji, która nie polega na odtwarzaniu przeszłości, lecz na twórczym wykorzystaniu zabytkowej infrastruktury przemysłowej. Dawna hala dla tramwajów stała się przestrzenią kultury, zachowując przy tym swój industrialny charakter. Historia „Żaka” pokazuje, że nie każde kino musi trwać w tym samym budynku, aby zachować swoją tożsamość.
Na przełomie XX i XXI wieku gdańskie kina zaczęły znikać niemal jedno po drugim. Najpierw przegrały z magnetowidami, później z multipleksami, a dziś ze streamingiem. To historia podobna do tej, którą oglądaliśmy w Warszawie czy Wrocławiu. Dawne świątynie filmu coraz częściej ustępują miejsca biurowcom, apartamentom i centrom handlowym.
Poznań. Nie kino, a całe miasteczko rozrywki
Historia poznańskiego kina Apollo pokazuje, że kino nie zawsze rodziło się jako samodzielny budynek. Czasami było ostatnim ogniwem znacznie dłuższej opowieści o miejskiej rozrywce. Zanim na ekranie pojawiły się ruchome obrazy, mieszkańcy Poznania przychodzili tutaj na koncerty, bale, przedstawienia teatralne i spotkania towarzyskie. Kino było tylko kolejnym rozdziałem historii tego miejsca, a nie jej początkiem.

Wszystko zaczęło się w 1846 roku, kiedy pruski browarnik i przedsiębiorca Conrad Lambert założył przy ulicy Piekary rozległy Ogród Rozrywkowy Odeon. Był to jeden z najmodniejszych wówczas typów miejskiej architektury rekreacyjnej, czyli tzw. Établissement. Łączył ogród spacerowy z restauracją, salą koncertową, teatrem letnim, kręgielnią i licznymi pawilonami. W drugiej połowie XIX wieku takie kompleksy stanowiły centra życia towarzyskiego europejskich miast. Poznański Odeon należał do najokazalszych tego typu założeń w zaborze pruskim.
To właśnie tutaj odbyły się jedne z pierwszych publicznych pokazów filmowych w Poznaniu.
Kino nie pojawiło się więc w pustej przestrzeni, a raczej wyrosło z miejsca, które od kilkudziesięciu lat służyło kulturze i czasowi wolnemu. Ta ciągłość funkcji jest jedną z najciekawszych cech historycznych poznańskich kin.
Często zapominamy, że architektura filmowa nie powstawała od zera. Bardzo często rozwijała się poprzez adaptację istniejących teatrów, sal koncertowych czy restauracji.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości kompleks przejęli przedsiębiorcy Jan Łuczak i Józef Czepczyński, którzy postanowili stworzyć nowoczesny pasaż handlowy z eleganckim zapleczem kulturalnym. W 1921 roku dawną salę teatralną przekształcono w kino Apollo, a w 1927 roku historyczną Salę Lamberta połączono wspólną kabiną projekcyjną z nowo utworzonym kinem Metropolis. W praktyce oznaczało to powstanie jednego z pierwszych wielosalowych zespołów kinowych w Polsce – rozwiązania, które na masową skalę upowszechniło się dopiero kilkadziesiąt lat później.

Międzywojenne Metropolis uchodziło za najbardziej eleganckie kino Poznania. Obok funkcjonował słynny Palais de Danse, a cały pasaż stał się symbolem miejskiego życia towarzyskiego. Nie bez powodu właśnie tutaj rozpoczynał swoją karierę Eugeniusz Bodo – najpierw jako bileter, później jako artysta estradowy. W tych murach koncertował również Ignacy Jan Paderewski, a podczas Powstania Wielkopolskiego obradował Polski Sejm Dzielnicowy. Kino stało się więc częścią miejsca, które dla Poznaniaków miało znaczenie nie tylko kulturalne, ale i polityczne.


II wojna światowa brutalnie przerwała tę historię. Oryginalny kompleks budynków spłonął w 1945 roku i nigdy nie został odbudowany w swojej pierwotnej postaci. Dzisiejszy Kino Teatr Apollo nie jest rekonstrukcją dawnego Metropolis. To współczesna interpretacja historycznego miejsca. Podczas modernizacji zakończonej w 2005 roku świadomie odwołano się do estetyki lat dwudziestych i trzydziestych. Wnętrza otrzymały wystrój inspirowany art déco, dzięki czemu bardziej przywołują atmosferę dawnego kina niż wiernie odtwarzają jego architekturę. To ciekawy przykład konserwatorskiej strategii, w której zachowuje się przede wszystkim pamięć miejsca, a nie jego materialną formę.



Historia Apollo przypomina, że zabytkiem bywa nie tylko sam budynek.
Równie ważna może być ciągłość funkcji oraz pamięć zakorzeniona w konkretnym adresie. W przypadku poznańskiego pasażu mamy do czynienia z miejscem, które od niemal 180 lat pozostaje przestrzenią kultury, choć wielokrotnie zmieniało swój wygląd i przeznaczenie… (CDN)
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!