Fot. www.gov.pl
- co było inspiracją dla nazwania miasta Wanda
- skąd tysiąc kilometrów od Buenos Aires wzięli się galicyjscy chłopi
- do jakiego polskiego stylu nawiązuje Dom Polski w Oberá
Zwiedzanie czynnej kopalni to atrakcja zupełnie innego typu niż to, co można przeżyć w tak dobrze znanych podziemnych muzeach. Czy chodzi o kopalnię soli w Wieliczce, srebra w Tarnowskich Górach czy też uranu w Kletnie, uczestnictwo w wycieczce to z reguły zanurzenie się w świat, który zdążył odejść w przeszłość. Jeśli jednak klaustrofobiczne chodniki przemierzamy przy akompaniamencie głośnych wybuchów, możemy poczuć się częścią fascynującego mikrokosmosu, który poznajemy par excellence wszystkimi zmysłami.
W kopalni „Wanda” w dalszym ciągu wydobywa się półszlachetne kamienie. Oczywiście nie w tym konkretnie korytarzu, którym przemykają niewielkie grupki zwiedzających, lecz w sąsiednich, nie tak znowu odległych tunelach.


Przewodnik uspokaja – ten huk pochodzi z bardzo niewielkich eksplozji, zaplanowanych z zegarmistrzowską precyzją. Taki wybuch robi w skale wyrwę o średnicy nie większej niż kilkadziesiąt centymetrów – chodzi o to, by nie naruszyć geody zawierającej ametyst, która potencjalnie może się w tym miejscu znajdować. Należy wydobyć ją ze skały w całości. Gdyby wybuch był zbyt rozległy, cenny minerał mógłby roztrzaskać się na małe, niewiele warte fragmenty.
Oprowadzający nas dwudziestokilkulatek opowiada o geologii wdając się w bardzo techniczne szczegóły. W końcu jedna uczestniczek wycieczki zadaje mu jednak pytanie, od którego być może powinien był zacząć swoją opowieść o tym, czym jest ta kopalnia i jaka jest jej historia:
„Dlaczego to miejsce nazywa się Wanda?”. „Bardzo dobre pytanie – odpowiada przewodnik. – Jest taka legenda o polskiej księżniczce, którą zmuszono, żeby wyszła za mąż za starego i brzydkiego Niemca.
Ona tego nie chciała zrobić i rzuciła się ze skały. Miała na imię Wanda i całe to miasto nazwano tak na jej cześć. Wymawia się <<Wanda>>, a nie <<Łanda>>, bo polskie <<W>> brzmi jak nasze <<V>>”. Patrzę na zadowoloną z odpowiedzi kobietę – blondynkę w średnim wieku o bardzo jasnej cerze i już wiem, że doskonale znała odpowiedź na zadane przez siebie pytanie, po prostu chciała usłyszeć ją jeszcze raz, a razem z nią – by usłyszała ją cała grupa. Jest stąd – to słychać po akcencie, jednak, jak bardzo wielu mieszkańców tej części argentyńskiej prowincji Misiones, ma polskie korzenie.
Częstochowa
Przewodnik po kopalni ma rację, choć istnieje także inna wersja genezy nazwy tej miejscowości.
Oficjalna data lokacji miasta również się z nim wiążę: to 15 sierpnia – rocznica Bitwy Warszawskiej.

Pamiątką po tych czasach jest znajdujący się przy wjeździe do miejscowości obiekt witający przybywających od strony stolicy prowincji, Posadas. Jest nim drewniana kaplica pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, nazywana popularnie kaplicą „Częstochowa”. Drewniana świątynia – niewielka, choć trójnawowa – została wybudowana z lokalnego drewna. Z zewnątrz pomalowana na delikatny, kremowożółty kolor, od którego odcina się jasnozielone obramowanie okien. Trzykondygnacyjna wieża zwieńczona czterospadowym dachem z czerwonej blachy świadczy bez wątpienia o ambicjach osadników, którym zależało, by miejsce, w którym zbierają się, by modlić się po polsku, było kościołem z prawdziwego zdarzenia. Jednym z takich, jakie pamiętali ze swoich rodzinnych miejscowości w południowej Polsce. Wnętrze świątyni wyłożone jest od posadzki aż po sufit ciemnym drewnem, z tego samego materiału wykonano dwa rzędy ławek. Gdyby nie wiszące nad nimi wentylatory śmigłowe, które pomagają przetrwać tropikalny upał, można by odnieść wrażenie, że jest to jeden z obiektów kultu na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej.
Kaplica „Częstochowa” w Wandzie ma w sobie coś naprawdę wzruszającego, Wanda należy jednak do tych miejsc, o których chciałoby się jednak szybko zapomnieć.
Bardzo skromne zabudowania i rdza, która pokrywa ich dachy nie pozostawiają wątpliwości, że miasteczko czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. Wiele ulic do dzisiaj nie doczekało się asfaltu, nie mówiąc już o chodnikach. W intensywnie czerwone błoto można tu wpaść po kostki. Dominuje bezruch i marazm. Restauracja „Varsovia” w rynku zamknięta jest na cztery spusty.
Na głównym placu miasta oprócz tablicy z godłem Polski i napisem „BÓG HONOR OJCZYZNA” – po polsku i po hiszpańsku – trudno znaleźć jakikolwiek obiekt, który przyciągałby uwagę.
W Argentynie wiedza o tym, że Misiones to region zamieszkiwany przez dużą liczbę potomków polskich osadników, jest wiedzą dosyć powszechną. Skąd jednak Polacy wzięli się w tym tak odległym zakątku Ameryki Południowej, położonym ponad tysiąc kilometrów od stolicy Argentyny? Prowincja zawdzięcza swoją nazwę misjom zakładanym przez jezuitów w XVII i XVIII wieku. Po kasacie Towarzystwa Jezusowego i wygnaniu zakonników, jedynymi mieszkańcami tej ziemi byli jej rdzenni mieszkańcy, należący głównie do plemienia Guaraní. Władzom w Buenos Aires zaczęło jednak wkrótce zależeć, by na wyludnionych terenach – tak na północnym wschodzie kraju, jak i w innych regionach przygranicznych – rozwijać osadnictwo. Argentyńska obecność na tych ziemiach miała zapobiec próbom ewentualnego zagarnięcia ich przez sąsiednie kraje. Kiedy więc w 1897 grupa kilkunastu dużych rodzin z Galicji dowiedziała się, że ze względu na braki w posiadanych dokumentach nie zostanie przyjęta w Stanach Zjednoczonych, argentyński konsul w Trieście, skąd obywatele Austro-Węgier wypływali w świat, licząc na lepsze życie, pospieszył z pomocą. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka rozległego kraju za oceanem potrzebowała rąk do pracy, a polskim i ukraińskim rolnikom w szczególności mogła zaoferować coś, czego w przeludnionej galicyjskiej wsi brakowało – ziemię.
Przenieść kraj do kraju
Pierwsi osadnicy z Galicji trafili do miejscowości Apóstoles, gdzie powitał ich gubernator Juan José Lanusse. W czasach, gdy działali tam jezuici, było to spore miasteczko, pod koniec XVII wieku liczące niemal siedem tysięcy mieszkańców. Pod koniec XIX wieku było to już jednak niemal pustkowie, które – dzięki przybyszom ze wschodniej Europy – miało rozpocząć nowy rozdział swoich dziejów. Większość osadników zdecydowała się pozostać w Apóstoles, część powędrowała jednak kilkanaście kilometrów na południe, by tam – także wśród ruin pojezuickich zabudowań, przywrócić do życia miejscowość Azara.

Plan miejscowych władz, by rękami Polaków i Ukraińców szerzyć cywilizację w prowincji Misiones, okazał się udany. Osadnicy uprawiali ziemię, zakładali szkoły, budowali kościoły.
Dzięki działalności werbisty, ojca Józefa Bayerleyna Mariańskiego w Azara powstaje klub „Jan Sobieski” i biblioteka „Quo Vadis”, a jeszcze zanim w Misiones zaczyna wychodzić argentyńska prasa, ojciec Mariański wydaje polskojęzycznego „Orędownika”. Wieść o tym, że wśród gęstej dżungli można znaleźć dobre miejsce do życia, niesie się szeroko. Ludności przybywa w zawrotnym tempie. Powstają kolejne wioski i miasteczka, z których dziś najbardziej znanym – dzięki kopalni ametystu – jest Wanda.
Rzecz jasna nie wszystkie obiekty wznoszone przez naszych rodaków w północnej Argentynie przetrwały do dzisiaj. Z tych, które stawiane były na przestrzeni kolejnych dekad, wiele nie przedstawia szczególnej – poza sentymentalną – wartości. Bardzo rzucającym się w oczy śladem polskości jest stojący w reprezentacyjnym punkcie miasta Posadas, będącego stolicą prowincji Misiones, pomnik Jana Pawła II. Figuratywna rzeźba autorstwa Czesława Dźwigaja, przedstawiająca papieża-Polaka błogosławiącego klęczące dzieci, pozbawiona jest jednak jakichkolwiek oryginalnych cech. Uwagę – bardziej niż sama postać Karola Wojtyły – zwraca natomiast odlane wielką czcionką nazwisko głównego darczyńcy, kontrowersyjnego prezesa Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej, Jana Kobylańskiego.
Bardzo okazała willa w stylu zakopiańskim może rozmachem i urodą śmiało konkurować z podtatrzańskimi oryginałami. Architekt budynku, Roman Krawczyk, syn polskich imigrantów wytłumaczył swoją intencję w następujący sposób:
„Chciałem przenieść część mojego kraju do kraju, któremu wszystko zawdzięczam”.

Zakopiańska willa stała się jednym z ikonicznych obiektów miasta – przenosiny te wypada więc uznać za udane. Wypowiedź architekta przy okazji znakomicie obrazuje, jak kształtował się krajobraz kulturowy prowincji Misiones. Tak Polacy, osiedlający się tu w pierwszych dekadach XX wieku, jak i przedstawiciele innych nacji – Ukraińcy, Niemcy czy Rosjanie – przynosili tu ze sobą najważniejsze elementy swoich małych ojczyzn. W przypadku Polaków było to silne przywiązanie do tradycji, religii, pamiątkowych tablic i architektury drewnianej.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!











