- skąd wzięła się charakterystyczna architektura „tysiąclatek”
- dlaczego niektóre z prototypów mebli cenionych projektantów, stworzone z myślą o nowych placówkach, nigdy nie weszły do produkcji
- co może stać się z budynkami, gdy niż demograficzny sprawi, że część z nich przestanie być potrzebna jako miejsca edukacji
Jeśli w twojej szkole dach był płaski, korytarze szerokie, a okna w klasach znajdowały się po lewej stronie, to istnieje duża szansa, że chodziłeś do „tysiąclatki”.
Kto wymyślił, jak ma wyglądać nowoczesna szkoła? I czy po sześciu dekadach ta nowoczesność wciąż zdaje egzamin?

Frekwencja na dożynki dopisała – Stadion Dziesięciolecia wypełnił się po brzegi. Ludzie w prowizorycznych kapeluszach z gazet (pogoda też dopisała, pełne słońce), słuchają, jak pierwszy sekretarz, Władysław Gomułka, mówi o mechanizacji rolnictwa, wzroście mleczności krów, korzyściach z melioracji. Swoim zwyczajem mówi długo. Nagle jednak w przemówieniu następuje wolta, Gomułka od obowiązkowych dostaw przechodzi do jednej z
„najbardziej doniosłych spraw, warunkujących gospodarczy, społeczny i kulturalny rozwój naszego kraju i narodu”.
To już nie o rolnictwo, ale o szkolnictwo chodzi. W Polsce młodzież uczy się w fatalnych warunkach. Państwo, mimo podejmowanych prób, samodzielnie nie jest w stanie zaradzić tej sytuacji. Tutaj potrzebna jest pomoc całego społeczeństwa, wielka, ogólnopolska mobilizacja.
„Naród polski nie może godniej uczcić tysiąclecia swojej państwowości jak (…) przez zbudowanie na terenie całego kraju najwartościowszych pomników w postaci tysięcy pięknych, zdrowych i wygodnych szkół dla swoich dzieci”
– mówi pierwszy sekretarz. Potem tłumaczy, że w każdej „gromadzie, miasteczku i mieście”, w której potrzebna jest nowa placówka, „ludzie o jasnej głowie i postępowej myśli” powinni podjąć inicjatywę organizacyjną dla jej zbudowania. Następnie rzuca kolejne argumenty za podjęciem akcji, wymienia potencjalne sposoby zaangażowania w przedsięwzięcie: jedni mogą za darmo wykonać projekty, inni wypalić cegły albo zwieźć materiał, jeszcze inni przekazać datek pieniężny.
2. Fot. NAC
Nie wiem, jak zgromadzeni na stadionie zareagowali na wezwanie do budowy tysiąca szkół na tysiąclecie państwa polskiego. Wyobrażam sobie jednak, że bili brawo, może wiwatowali. O zasadności inicjatywy raczej nie trzeba było ich przekonywać. Wystarczyło, że przypomnieliby sobie, do jakiej szkoły sami chodzili.
Nauka za kredensem
Gomułka swoje przemówienie na Dożynkach Centralnych wygłosił we wrześniu 1958 roku. Choć od wojny minęła już ponad dekada, stan szkolnej infrastruktury w tamtym czasie wciąż był, delikatnie mówiąc, niezadowalający.
Jak wyliczyli twórcy dokumentu „Tysiąclatki”, wyprodukowanego przez Wytwórnię Filmów Oświatowych:


Powojenna Polska, jeśli chodzi o demografię, była wtedy w europejskiej czołówce.
Problemem stanowił nie tylko brak miejsc, ale też jakość obiektów. Wiele z nich pochodziło jeszcze sprzed wojny, mimo wysiłków nie wszystkie udało się wyremontować. Sytuacja najgorzej wyglądała na prowincji. Na pytanie „jaka jest wiejska szkoła końca lat 50.” najkrótsza odpowiedź mogłaby brzmieć „ciasna”. Jak w książce „O równy start” pisze reporterka Barbara Tryfan, na wsi w tamtym okresie można znaleźć placówki, w których „do klasy przeciskać się trzeba obok kredensu, odgradzającego mieszkanie kierownika”, w których nauczyciel tłumaczy materiał w pozycji pochylonej (wyprostować się nie może, bo izba jest za niska o głowę), w których pedagog z braku przestrzeni biurko trzyma w sieni, a przemawia w drzwiach.
Za szczęśliwe mogły uważać się dzieci, które w ogóle uczyły się w budynku szkolnym. Z braku izb lekcyjnych na wsiach dodatkowe sale wynajmowano od prywatnych gospodarzy, a lokal taki mógł być pokojem, ale mógł być też pomieszczeniem w baraku, krytej strzechą chacie czy dworskiej przybudówce. To rodziło kolejne kurioza. Tryfan opisuje przypadek wynajętej na potrzeby szkoły izby, którą gospodarz wciąż zamieszkiwał, od uczniów oddzieliwszy się szafą. „Był on na tyle uprzejmy, że wielobarwne przepierzenie, oddzielające sypialnię od klasy, przesuwał w zależności od przyrostu naturalnego danego rocznika” – notuje.
Na tle wszystkich (licznych przecież) budowlanych potrzeb powojennej Polski ta związana z przestrzenią do nauki zdecydowanie była jedną z najbardziej palących.
Zanim jednak przystąpiono do budowy, tysiąclatki należało najpierw zaprojektować. Odpowiedzieć na pytanie: jak ma wyglądać nowa, polska szkoła?
Album szkół typowych i powtarzalnych
Pamiętacie zasadę z podstawówki: „każdy kwadrat to prostokąt, ale nie każdy prostokąt to kwadrat”? Na potrzeby opowieści o akcji milenijnej można by ją sparafrazować i powiedzieć: każda tysiąclatka to szkoła zbudowana w latach 50. i 60., ale nie każda szkoła zbudowana w latach 50. i 60. to tysiąclatka.
Miano „Szkoły-Pomnika Tysiąclecia Państwa Polskiego” otrzymywały placówki, których budowę sfinansowano ze środków powołanego pod koniec 1958 roku Społecznego Funduszu Budowy Szkół.

Jak w książce „Tysiąc szkół na Tysiąclecie. Szkoły Tysiąclecia – architektura, propaganda, polityka” pisze Krzysztof Wałaszewski, o tym, która inwestycja dostanie fundusze, decydowały władze SFBS, a kryteria przyjmowano rozmaite: od wyników prac lokalnego komitetu zbiórkowego, przez historię danej miejscowości (mile widziane: zaangażowanie w przedwojenny ruch robotniczy), po rozmiar strat, jakich doznał dany ośrodek w czasie wojny. Niezależnie jednak od tego, czy pieniądze na budowę pochodziły ze SFBS, czy standardowych budżetów (np. budżetu państwa czy rad narodowych), powstające w latach 50. i 60. placówki wznoszone były według podobnych wzorów. Trudno, żeby było inaczej – typizacja była przecież elementem ówczesnej oszczędnościowej polityki państwa.
Wzory te wyłaniano w organizowanych kilkukrotnie konkursach. W „Albumie szkół typowych i powtarzalnych”, wydanym w 1960 roku, można zobaczyć, jakie rozwiązania proponowano. Wśród prawie czterdziestu opublikowanych w nim projektów znalazły się zarówno obiekty maleńkie (np. czteroizbowa szkoła wiejska z salą gimnastyczną, kuchnią, pracownią fizyczną i chemiczną oraz dwoma mieszkaniami dla nauczycieli), jak i te o imponującej kubaturze (np. przeznaczona dla miast szkoła o 15 salach, mieszcząca salę gimnastyczną, bibliotekę, pracownię biologii, gabinety fizyczny i chemiczny oraz schron w podziemiach). Mimo różnorodnych kubatur
formy budynków są podobne: wydłużone, zwykle jedno- lub dwupiętrowe, o płaskich dachach, z poziomymi rzędami okien. Sala gimnastyczna nierzadko umieszczona jest w osobnym pawilonie, skomunikowanym z gmachem głównym łącznikiem. I to właściwie tyle.
– Miały być tanie i funkcjonalne – mówił po latach jeden z projektantów tysiąclatek, Tadeusz Binek (cyt. za Polskie Radio 24.pl). – Teraz wiele osób zarzuca im, że są brzydkie. Ale to nie miały być pałace. Przynajmniej, jak się na nie patrzy, nikt nie ma wątpliwości, że to szkoły.
Jednak, co najważniejsze, te szkoły o prostych formach niosły ze sobą gigantyczną, modernizacyjną zmianę. Jej najważniejszym elementem było zorientowanie na potrzeby uczniów: ich zdrowie, higienę, komfort pracy.
Jak pisze Krzysztof Wałaszewski, o czynnikach tych należało myśleć już na etapie wyboru działki: pod budowę zalecano tereny odsłonięte, nasłonecznione, ulokowane w pobliżu zieleni lub infrastruktury sportowej.

Salom lekcyjnym towarzyszyć miały nie tylko stołówki i świetlice, ale też gabinety lekarskie. Na wsiach, z myślą o dojeżdżających dzieciach planowano organizację poczekalni (bo przecież autobus nie zawsze udaje się zgrać z pierwszym dzwonkiem) i przechowalni dla rowerów. Architektura powinna też sprzyjać nowemu podejściu do nauki: koniec z systemem gabinetowym, w którym każda klasa posiada przypisaną salę. Teraz uczniowie będą migrować między specjalnie wyposażonymi pracowniami przedmiotowymi. Koniec też ze spędzaniem przerw w budynku – na zewnątrz placówek powstaną przecież boiska, ogródki i miejsca do rekreacji. Szkoła całym społecznościom ma służyć nie tylko od września do czerwca, ale i latem – placówki w atrakcyjnych regionach w wakacje mogą przyjmować kolonie.
– Pierwsze powojenne dekady to czas, gdy cała Europa zastanawia się nad tym, jak ma wyglądać nowa szkoła. Taka, która porzuca rygor i pamięciowe przyswajanie wiedzy na rzecz nauki poprzez doświadczanie, a dodatkowo jest egalitarna, wszystkim uczniom stwarza równe szanse. Polscy eksperci różnych dziedzin byli aktywnymi uczestnikami tych debat – mówi Dorota Jędruch, historyczka sztuki, współzałożycielka Fundacji Instytut Architektury. – Z ciekawością patrzyliśmy na rozwiązania brytyjskie, szwajcarskie, skandynawskie. Świetnymi przykładami wcielania na polski grunt zagranicznych inspiracji są projekty Józefa Gołębia, m.in. jego zespół szkół plastycznych w Krakowie. Budynek, podporządkowany koncepcjom wychowania przez sztukę Herberta Reada, w wielu elementach bardzo przypomina jeden z projektów Waltera Gropiusa. Polscy architekci mieli naprawdę spore ambicje i wielkie marzenia, które niestety musiały ugiąć się pod dyktatem państwowych oszczędności.

Choć bryły tysiąclatek z każdym rokiem akcji typizowały się coraz bardziej, wśród milenijnych placówek znalazło się kilka oryginalnych projektów, zasługujących na szczególną uwagę.
Oprócz wspomnianej placówki Józef Gołąb dla Krakowa zaprojektował też szkołę w Nowej Hucie, pomyślaną jako zespół pawilonów. We Wrocławiu Jadwiga Grabowska-Hawrylak stworzyła budynek z prowadzącą do wejścia rampą, kolorystyką elewacji, akcentującą elementy pionowe i poziome oraz dużymi przeszkleniami, z powodu których budynek bywał nazywany pierwszym „szklanym domem” w mieście. W Nowych Tychach powstało technikum budowlane (proj. Andrzej i Maria Czyżewscy), nad którego wejściem rozpięto betonowy żagiel.
Gdyby jednak z tej plejady nazwisk i projektów chcieć wyróżnić jedną osobę czy jeden zespół, zasługiwaliby na to Zofia Fafius i Tadeusz Węglarski. Jak w serwisie Culture.pl wskazuje Anna Cymer, to tysiąclatka ich projektu – wielkopłytowa, z dużymi oknami o charakterystycznych podziałach, modułowa, łatwo dająca się powiększyć i dostosować do lokalnych warunków – stała się najchętniej powielanym typem. To ją większość z nas widzi w wyobraźni, gdy zamknie oczy i pomyśli „szkoła”.
„Pieniądze płyną jak woda”
Siedmioletni Marek z Czeladzi dostał bojowe zadanie – wmurować kamień węgielny pod budowę własnej szkoły. Na uroczystość odbywającą się jesienią 1958 roku założył harcerski mundurek, zapozował do pamiątkowego zdjęcia. Choć z uwagi na wiek chłopca jego udział w pracach był pewnie symboliczny, i tak napawał dumą. Nie lada to bowiem inwestycja – właśnie w Czeladzi, na górniczym osiedlu Piaski, stanąć ma pierwsza ze szkół tysiąclecia.
– Dlaczego w Czeladzi? Po pierwsze, istniała tutaj prężna, zintegrowana społeczność górnicza, której najmłodsi członkowie rzeczywiście potrzebowali szkoły. Po drugie, to miasto o wieloletnich tradycjach ruchu robotniczego musiało dobrze pasować do propagandowej narracji – mówi Dorota Jędruch, prywatnie… córka Marka – małego budowniczego szkoły. – Anegdota o tym, jak tata sam dla siebie „wybudował” szkołę, zawsze wywołuje w mojej rodzinie uśmiech.
Mały Marek w budowie tysiąclatki pomagał symbolicznie, ale część jego rówieśników naprawdę zakasała rękawy. Jak wylicza Krzysztof Wałaszewski, uczniowie, by zgromadzić środki na budowę, sprzedawali płody rolne z przyszkolnych ogródków, najmowali się w lasach państwowych do sadzenia drzewek, grali koncerty. W tym samym czasie uwijali się ich rodzice, włączając się w dzieło tysiąclecia w stopniu zależnym od profesji, dochodów i możliwości. Dla przykładu w Czeladzi szkołę buduje wojsko – ponad pięćdziesiątka żołnierzy każdego dnia przywożona jest z jednostki w Katowicach-Janowie. W całym kraju pracownicy kopalń organizują niedzielę górniczą – wynagrodzenie za pracę w dzień wolny przeznaczają na SFBS. Podobne inicjatywy podejmują inne branże. „Przydadzą się złotówki, ofiarowane przez robotników huty szkła w Dubecznie pod Włodawą. Na fundusz budowy szkół całodzienna produkcja” – mówi lektor kroniki filmowej. Do zakładów pracy ruszają komitety zbiórkowe, „obywatelską normą” jest przekazywanie na SFBS 0,5 proc. zarobków. Polonia dzieli się dolarami.
– Co tylko robi się we wsi, to pod znakiem szkoły – mówi reporterce „Przyjaciółki” Czesława Jaroszewska, przewodnicząca koła gospodyń ze wsi Kozielec.
– Kiedy komitet rodzicielski organizował zabawę, miejscowa orkiestra grosza nie wzięła. Za darmo grali, by dochodu nie umniejszać. Przeszło 1300 złotych mieliśmy z tej zabawy – opowiada kobieta. Wójt dodaje, że „pieniądze płyną jak woda”.

Pieniądze płyną, ale ile ich trzeba?
Choć do tej kwoty należałoby doliczyć jeszcze cenę wyposażenia placówki. Bo i na tym polu miała dokonać się rewolucja.

Pulpit zbyt nowoczesny
W 1958 roku Ministerstwo Oświaty zwróciło się do Instytutu Wzornictwa Przemysłowego z zadaniem opracowania mebli do dwóch sal lekcyjnych eksperymentalnej szkoły na warszawskim Żoliborzu. W odpowiedzi na prośbę resortu, Instytut przeanalizował najnowocześniejsze wówczas rozwiązania stosowane w Europie i na tej podstawie sformułował wytyczne projektowe. Przygotowane projekty mebli skonsultował następnie z ich użytkownikami – dziećmi i nauczycielami. Zlecenie zapoczątkowało program badań nad wyposażeniem szkół tysiąclatek, w którym projektanci pracowali wspólnie z antropologami, fizjologami, pedagogami i psychologami.
Jak wyjaśnia Joanna Czajkowska, prezes Fundacji Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, ważną część tego dorobku stanowią projekty Marii Chomentowskiej: krzesło z ruchomym pulpitem, trójkątne stoliki dla młodszych dzieci oraz meble umożliwiające przechowywanie na różne sposoby książek i tornistrów.
– Chomentowska nie myślała o krześle czy stoliku w oderwaniu od przestrzeni klasy. Ergonomia łączyła się tu ze swobodą ruchu dzieci i możliwością zmiany ustawienia mebli zależnie od rodzaju zajęć – mówi Joanna Czajkowska. – W 1959 roku pisała, że zasadą projektowanych mebli było
„zapewnienie dużej swobody ruchu uczniowi, ruchomość i względna lekkość mebli”.
To zdanie pokazuje, jak nowocześnie zespół Instytutu myślał o relacji między dzieckiem, meblem i przestrzenią.
Finalnie, do seryjnej produkcji wdrożono 53 opracowane przez IWP projekty. Wśród nich nie było wspomnianego krzesła Chomentowskiej z ruchomym pulpitem. – Projektanci musieli uwzględniać możliwości technologiczne przemysłu, koszty produkcji oraz dużą liczebność klas. Najbardziej eksperymentalne rozwiązania pozostały więc na etapie prototypów – tłumaczy Joanna Czajkowska.

Tata przemawia do całej wioski
Dla Małgorzaty z podkrakowskich Nielepic przygoda z nową szkołą (początek budowy 1967, finansowana już nie ze SFBS, ale jego kontynuatora – Społecznego Funduszu Budowy Szkół i Internatów) nie zaczęła się dobrze – podczas wizyty na placu budowy wystającym z deski gwoździem przebiła stopę. Co robiło dziecko na budowie? Oczywiście odwiedzało ojca, zaangażowanego w powstawanie nowej placówki.
Kiedy jednak szkoła wreszcie powstała, jej widok wynagrodził wszystkie trudności. – Co za zmiana! Wcześniej: jedna umywalka na całą szkołę, ustęp na zewnątrz, nawet nie toalety, tylko dziury w ziemi, uczniowie upychani po dwa roczniki w jednej sali, w ramach lekcji w-f pielenie ogródka. A teraz? Ubikacji chyba z dziesięć, wszystkie sale oświetlone, piękne ławki, śliczne tablice, dużo miejsca, dzwonek elektryczny, sala gimnastyczna. Nawet prawdziwa biblioteka! – wspomina dzisiaj. – Byłam taka dumna, że mój tata taką szkołę zbudował. Na uroczystości otwarcia stał na głównej trybunie, obok działacze partyjni, kurator oświaty, a on przemawiał do całej wioski…
I tu opowieść się urywa, bo Małgorzata zaczyna płakać. 60 lat minęło, a wspomnienie nowej szkoły wciąż budzi wzruszenie…
Podobne wspomnienia ma dziś pewnie wielu ówczesnych uczniów. Emocje, towarzyszące oddawaniu nowych placówek podsycała oprawa wydarzeń – znamienici goście, przecinanie wstęg, odsłanianie tablicy z napisem
„Szkoła-Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego”,
obecność mediów (oprócz publikacji w standardowych wydawnictwach tysiąclatki miały nawet własną audycję „Kwiaty Polski-Radiokronika Tysiąclatek”). Uroczyste chwile musiały iść w świat, gdyż milenijna akcja oprócz swego oficjalnego celu miała też kilka zadań propagandowych. W perspektywie najbliższej powinna stanowić przeciwwagę do organizowanych w tym samym czasie przez Kościół obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Długofalowo zaś inwestowanie w placówki oświatowe stanowiło element realizacji jednej z największych obietnic ludowej władzy, dotyczącej powszechnego dostępu do edukacji. W nowym ustroju każdy niezależnie od miejsca zamieszkania i pochodzenia społecznego dostał (przynajmniej w teorii) szansę zdobycia wykształcenia. Teraz, dzięki milenijnej akcji, mógł skorzystać z niej w godnych warunkach.
Chociaż warto zaznaczyć, że nie każdy nowo powstały gmach był budowlanym sukcesem. Przykładowo, w Brańsku (Podlaskie) szkoła „wali się dyrektorowi na głowę”.
„Rok dopiero stoi, a drzwi wylatują z futryn, kaloryfery nie grzeją, szyby wszystkie pękają na potęgę, a woda zamiast rurami, płynie na zewnątrz muru. Przez całą jesień i wiosnę podwórko wygląda jak Wenecja, dzieci na baliach płyną na lekcje” – zwierzał się dyrektor reporterce Barbarze Tryfan. Krzysztof Wałaszewski podaje przykład szkoły, w której uczniowie mdleli od upału (duże przeszklenia i ekspozycja na południową stronę), placówki, którą z uwagi na błędy konstrukcyjne należało rozebrać jeszcze przed oddaniem do użytku, oraz gmachu, w odniesieniu do którego lokalne władze martwiły się, co będzie, gdy kran albo grzejnik ulegną awarii? Czy w wiejskiej szkole ktoś będzie potrafił naprawić takie nowości?
Tysiąc szkół do wykorzystania
Większość z milenijnych szkół wciąż funkcjonuje, przyjmując piąte już pokolenie uczniów. Jaką notę można dziś wystawić tym obiektom?
– Na, wynikający z ówczesnego stanu wiedzy i świadomości, ale jednak minus, możemy zaliczyć fakt, że szkoły te są duże, głośne, pozbawione miejsc wyciszenia. Dziś wiemy, że w takiej przestrzeni nie każde dziecko będzie czuło się komfortowo – mówi Dorota Jędruch. – Wielkim plusem jest za to pozaedukacyjna infrastruktura, w którą wyposażono tysiąclatki: boiska, stołówki, gabinety lekarskie. Dla wielu rodzin, zwłaszcza tych na wsiach, dostęp do regularnych posiłków i opieki medycznej był wtedy ogromną wartością. Dziś mało kto myśli o tym, że szkoła mogłaby pełnić i taką społeczną funkcję, łagodzić społeczne i ekonomiczne nierówności.
Jeśli zaś chodzi o wyposażenie szkół, najtrwalszym rezultatem prac IWP, obok samych mebli, okazała się metoda ich projektowania. Jak wyjaśnia Joanna Czajkowska, Instytut traktował szkołę jako jeden system: projektowanie przestrzeni i wyposażenia łączył z ergonomią, badaniami oraz pedagogiką, wychodząc od potrzeb dziecka. – Dziś obowiązują normy ergonomii i bezpieczeństwa, istnieją także rekomendacje dotyczące dostępności i organizacji przestrzeni. Pozostają one jednak rozproszone i nie składają się na spójny standard projektowania współczesnej szkoły – mówi Joanna Czajkowska. – Dlatego metody Instytutu z lat 50. i 60. pozostają aktualne. Nie chodzi o odtwarzanie dawnych mebli, ale o powrót do sposobu działania, rozpoznawania potrzeb uczniów i nauczycieli, opracowywania na tej podstawie rozwiązań, a następnie testowania ich w rzeczywistych warunkach szkolnych.
To teraźniejszość, a jak będzie wyglądać przyszłość milenijnych szkół?

GUS przewiduje, że do 2040 liczba Polaków poniżej 15 roku życia skurczy się o ¼.
Prawdopodobną jest więc perspektywa, w której część zbudowanego w latach 50. i 60. zasobu, przestaje być potrzebna. A to rodzi pytania o przyszłość tych obiektów.
– Na pewno nie powinniśmy brać pod uwagę ich wyburzania – mówi Dorota Jędruch.
– Tysiąclatki, z uwagi na swoje zaplecze socjalne, mogłyby służyć jako środowiskowe domu kultury, sąsiedzkie miejsca spotkań, centra aktywności seniora. Mają ogromny adaptacyjny potencjał, który choć w części może złagodzić dotkliwy deficyt przestrzeni publicznej, z jakim boryka się Polska.

Sześćdziesiąt lat temu tysiąclatki stanowiły odpowiedź na potrzeby młodego, przeżywającego wyż demograficzny społeczeństwa. Może dziś na bolączki coraz starszej i coraz mniej licznej zbiorowości też będą w stanie zaradzić?
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!















