Fot. Cezary Aszkoełowicz / Agencja Wyborcza.pl
- dlaczego w zajezdni tramwajowej mieściła się pracownia krawiecka
- co jest najstarszą w mieście inwestycją komunalną
- co to są dźwigozaury
Spacer wzdłuż Odry w Szczecinie odkrywa przed nami miasto uprzemysłowione – bywa, że długimi odcinkami nie sposób podejść do wody. Brzegi są zajęte przez stocznie – co zrozumiałe – ale zdarza się, że dostępu bronią warsztaty, którym rzeka nie jest niezbędna do pracy. Od niedawna miasto chwali się zmodernizowanymi bulwarami, jednak trudno liczyć tu na szczególnie długą przechadzkę, w dodatku woda pozostaje odcięta od śródmieścia wielopasmowymi ulicami.
Szkoda, bo na takich bulwarach turysta mógłby pospacerować, przysiąść i podumać nad upływającym czasem.
Choćby nad tym, że śladów dawnego przemysłu nie dostrzega się w Szczecinie aż tak wiele, a jeszcze mniej jest zaadaptowanych i wykorzystywanych obiektów poprzemysłowych. Spróbujmy ich jednak poszukać, nie tylko w strefie nadbrzeżnej.
Wjazd do zajezdni
Wypada zacząć od serca, czyli Muzeum Techniki i Komunikacji, które mieści się w zabytkowej zajezdni przy ulicy Niemierzyńskiej. Stąd od 1913 roku wyjeżdżały w miasto szczecińskie tramwaje. Główna hala mieściła ponad 60 wagonów, obok niej stanęło kilka budynków warsztatowych i pomocniczych – w jednym z nich mieściła się nawet… pracownia krawiecka, zapewniająca motorniczym służbowe stroje.
Ostatni tramwaj wyruszył stąd w 2004 roku, wkrótce potem zajezdnię przekształcono w muzeum – ekspozycję otwarto w roku 2010. Dzięki temu nadal parkują tu tramwaje (najstarszy z wystawianych wagonów przybył do Szczecina w 1926 roku z Bremy), ale dołączyły do nich inne, czasami bardzo osobliwe pojazdy (by wymienić choćby trójkołowy, opływowy mikrowehikuł z 1957 roku, wyprodukowany przez zakłady Messerschmitta).

Motoryzacyjne skarby pogrupowano w kilka kolekcji przedstawiających nie tylko historię szczecińskiej komunikacji miejskiej, ale też motocykle i samochody, w tym stoewery – auta ze znakiem gryfa na masce, produkowane w Szczecinie do 1945 roku. Ta historia łączy się z fabryką Bernharda Stoewera założoną w roku 1858. Z początku produkowano w niej maszyny do szycia i pisania oraz rowery, jednak u progu XX stulecia Stoewerowie – do firmy dołączyli bowiem synowie Bernharda – postawili na motoryzację. Ruszyła produkcja autobusów (jeździły m.in. na trasie Szczecin-Berlin, obsługiwały też komunikację miejską w Szczecinie, Wrocławiu, Lipsku, a nawet w Londynie) i samochodów osobowych. Właśnie te ostatnie stanowią jedną z osi szczecińskiej ekspozycji, powiększonej niedawno dzięki artefaktom odkupionym od kolekcjonera z Niemiec, urodzonego jeszcze w Stettinie. On sam musiał opuścić miasto w latach 40. – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rozstrzygnęły się losy szczecińskiej fabryki Stoewerów. W 1944 roku alianckie bomby zniszczyły zakład, w którym wytwarzano wówczas już tylko pojazdy wojskowe.
Zbiór Manfrieda Bauera, bo tak się nazywa ów kolekcjoner, składa się z ponad tysiąca artefaktów – w tym dziesiątek maszyn do szycia i pisania, niespełna 10 rowerów i siedmiu samochodów osobowych.

W Wenecji
Aby pozostać przy transporcie, w tym transporcie szynowym, przejedźmy – może być po torach – do dawnej zajezdni tramwajów konnych przy ulicy Kolumba, w sąsiedztwie dworca kolejowego Szczecin Główny. Zajezdnia działała od 1885 roku, mieściła 20 wagonów i 90 koni. Obok stanęły warsztaty, magazyny na paszę dla zwierząt i budynki mieszkalno-administracyjne. Mimo, że niebawem w mieście ruszyły tramwaje elektryczne, zabudowania dawnej zajezdni służyły komunikacji miejskiej aż do lat 80. XX wieku (w miejscu magazynu paszowego zbudowano elektrownię, a budynek dawnych stajni zaadaptowano na wagonownię i warsztaty naprawcze).
Po 1990 roku zadomowiło się tu Szczecińskie Centrum Przedsiębiorczości – dziś rozległy zespół wygląda na użytkowany, jednak trudno powiedzieć, aby przeszedł modelową modernizację. A przecież jesteśmy w „Szczecińskiej Wenecji”, gdzie ceglane mury w efektowny sposób zdają się wyrastać z rzeki. Taki widok nie zdarza się co dzień, mimo to nie dane będzie nam go podziwiać. Nawet kładka prowadząca na pobliski skrawek lądu – Wyspę Jaskółczą, z której można by spojrzeć na szczecińsko-weneckie rozwiązania budowlane – pozostaje niedostępna.

Idąc dalej ulicą Kolumba mijamy dawną wytwórnię alkoholi i drożdży C. Lefévre. To także część Szczecińskiej Wenecji, niestety również niewykorzystana szansa na adaptację. W tym przypadku najstarsze ślady ceglanych budowli prowadzą do roku 1792 i Browaru pod orłem – Adlerbräu C. Lefévre. Trudno dziś z całkowitą pewnością stwierdzić, jakie imię nosił szczeciński protoplasta Lefevre’ów-browarników. Zostańmy przy „panu C”. W XIX-wiecznych księgach adresowych Szczecina przy imionach kolejnych pokoleń Lefévre’ów widnieją notki: „właściciel gorzelni”, „właściciel browaru”, „wytwórnia rumu, likieru i octu” czy „wytwórnia drożdży i słodu, destylacja, handel hurtowy spirytusem”.
Jednym słowem – produkowano tu trunki. Może z wyjątkiem octu.

Zabudowania, które stoją dziś przy Kolumba, powstawały – zgodnie z informacjami z karty białej zabytku od drugiej połowy XIX wieku do około 1920 roku. Ze względu na położenie tuż nad rzeką i grząski grunt, budynki posadowione są na betonowych stopach osadzonych na drewnianych palach.
Zapisy w księgach adresowych z drugiej połowy lat 20. XX wieku wskazują na zakończenie działalności browarniczej. Być może właśnie wtedy w budynkach pojawiły się też firmy z innych branż: jedna handlowała produktami ogrodniczymi, inna – wyrobami metalowymi, jeszcze inna prowadziła przetwórnię kawy.

Podczas wojennych nalotów na port szczeciński część zabudowań ucierpiała. Te, które ocalały, zostały na początku lat 50. przekazane centrali ogrodniczej (znów ogrodnictwo!), która zorganizowała tu przetwórnię warzyw i owoców, a kilka lat później również wytwórnię win owocowych (znów trunki!). Centrala zakończyła działalność po 1989 roku.Później losy zabudowań były typowe dla podobnych obiektów – jeżeli ktoś tu w ogóle urzędował, nie zajmował się raczej stanem zabytku. Zabudowania stanęły na krawędzi upadku. W ostatnich latach były i są w rękach kolejnych deweloperów, jednak nie poprawiło to ich stanu – jedna z części została wyburzona, a na jej miejscu powstała siedziba Państwowego Gospodarstwa Wody Polskie, nawiązująca nieco do formy sąsiednich budynków.

Gaz i koks
Wciąż idziemy wzdłuż ulicy Kolumba, by natrafić na dobrze utrzymany zabytkowy gmach, w dodatku wciąż pełniący pierwotne funkcje. Wzniesiona w 1848 roku gazownia była najstarszą w Szczecinie inwestycją komunalną. Prace budowlane rozpoczęto rok wcześniej, wraz nimi ruszyła budowa gazociągów miejskich. Gazu używano wówczas do oświetlenia mieszkań i ulic oraz do użytku kuchennego czy podgrzewania w. Zapotrzebowanie rosło, zatem budynki modernizowano. Tak było do wspomnianych już kilkakrotnie lat 1943–45. Naloty alianckich bombowców przetrwał budynek administracyjny, w którym dziś urzęduje Polska Spółka Gazownictwa.
Niedaleko od starej gazowni, bliżej rzeki, krajobraz przecina żelbetowa wieża. To dawny zasobnik na węgiel – surowiec używany dawniej do produkcji gazu koksowniczego. Budowla była efektem modernizacji zakładu z połowy lat 20. XX wieku. Umiejscowienie nowych zabudowań nad Odrą dawało dogodne możliwości transportowe i ułatwiało przeładunek węgla. 46-metrowa wieża okazuje się przy tym jedną z pierwszych w całości żelbetowych konstrukcji w Niemczech. Jej projektantem był Adolf Thesmacher, znany także z kilkunastu innych szczecińskich realizacji – budynków użyteczności publicznej (w tym dzisiejszej siedziby Teatru Polskiego), domów prywatnych i obiektów sakralnych. Dziś jego wieża węglowa niszczeje, można co najwyżej spojrzeć na nią z oddali. Kilka lat temu prywatny właściciel obiektu przedstawiał plany renowacji i adaptacji na pracownie dla młodych twórców i naukowców, jednak na przeszkodzie stanęła kwestia własności działki. Wieczysta dzierżawa gruntu okazała się tu niewystarczająca.


Głos z off-u
Jeszcze kilka kroków dalej w tym samym kierunku – czyli niejako w górę rzeki – i trafimy w miejsce XIX-wiecznego ogrodu zoologicznego – Stettiner Tiergarten. Zwierzęta gościły tu przez kilka dekad, jednak w drugiej połowie stulecia na działce u zbiegu dzisiejszych ulic Chmielewskiego i Smolańskiej przybywało także zabudowań o innym charakterze – kolejni właściciele rozwijali biznes restauracyjny, a jego kulminacją było wzniesienie po 1903 roku okazałej, dwunastoosiowej, dwukondygnacyjnej, jednoprzestrzennej, wysokiej na 9 metrów sali. Pełniła nie tylko rolę restauracji, ale też kina i sali koncertowej. Do dużego budynku przylegało kilka mniejszych, a całość nosiła historyczną nazwę „Tiergarten”.

Właściciele interesu często się zmieniali. W połowie lat 20. jeden z nich uruchomił w tym miejscu fabrykę mebli (mamy zatem funkcję przemysłową), kolejny – dekadę później – wytwarzał tu sery. Produkcja mebli powróciła w to miejsce po 1945 roku, w postaci Wojewódzkiej Spółdzielni Pracy „Meblosprzęt”.
Dziś teren należy do dewelopera, który – na razie – reklamuje nieco zaniedbany kwartał jako Off Marinę, czyli alternatywną przestrzeń z galeriami sztuki i niedzielnym targiem śniadaniowym. Warto tu zajrzeć póki jeszcze istnieje, bo choć zespół budynków dawnej restauracji Tiergarten jest wpisany do gminnej ewidencji zabytków, to przykłady Warszawy czy Łodzi pokazują, że losy rozmaitych „off-ów” bywają zmienne. W pobliżu powstają już nowe osiedla.
Wyspa skarbów
Z okolic Szczecińskiej Wenecji niedaleko na Łasztownię – wyspę vis-á-vis Wałów Chrobrego, przez którą biegł niegdyś (już w XIII wieku) jedyny szlak komunikacyjny w kierunku Dąbia, a która – w zamyśle dzisiejszych władz magistratu – ma niebawem stanowić nowe serce Szczecina. To być może przyszłość tego miejsca, my jednak uparcie patrzymy daleko wstecz, do czasów, kiedy wyspę zagospodarowano na cele portowe, lokując na niej spichlerze i składy. Stąd też jej nazwa – średniowieczne słowa łacińskie lastagium, lastadium (polski odpowiednik: łaszt) oznaczają miarę objętości ładunku, np. sypkiego, 3-4 tys. litrów.

Zróbmy teraz szybki skok do końca XIX wieku, gdy wraz z likwidacją Twierdzy Szczecin miasto zaczęło się dynamicznie rozwijać, a w efekcie wzrosło zapotrzebowanie na mięso. A ponieważ tereny po wschodniej stronie rzeki były gospodarczym zapleczem miasta, to na Łasztowni wzniesiono zespół 20 budynków rzeźni miejskiej, w którym znajdowały się stajnie, chlewnie, ubojnie, wytwórnie lodu i przetwórnie mięsa.
Po II wojnie światowej zabudowania zachowały swój charakter – były użytkowane przez miejscowe Zakłady Mięsne. Później zaś przejęło je Państwowe Przedsiębiorstwo Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Gryf”.
W ostatnich latach, dzięki decyzjom prywatnych inwestorów, udało się odnowić kilka budynków – najefektowniej wyszło w dawnej oborze, pochodzącej z 1898 roku, czyli z okresu rozbudowy rzeźni. Dziś jest to miejsce wydarzeń kulturalnych, w tym koncertów, działają tu również galeria sztuki i niewielka księgarnia, mieści się izba morskich pamiątek. Siedzibę ma też inwestor – firma spedycyjna. Wszystko pod nazwą Centrum Kultury Euroregionu „Stara Rzeźnia”.
W historycznym zespole odnowiono też kilka dawnych stajni. Reszta budynków jest użytkowana bez remontu lub zamknięta ze względów bezpieczeństwa. Tymczasem potencjał całego kompleksu wydaje się ogromny, dawna rzeźnia stoi zresztą tuż obok jednego ze znaków rozpoznawczych Szczecina… nie, nie chodzi tu o puszkę paprykarza, której przeskalowany model ustawiono na dziedzińcu odrestaurowanej obory. Chodzi o
dźwigozaury, jak z uczuciem nazywa się trzy niewielkie żurawie portowe (udźwig 2 tony) zbudowane na przełomie lat 20. i 30. XX wieku – najprawdopodobniej przy udziale firm Krupp i Man – a pracujące tu aż do początku XXI wieku.
2. Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
(z główną siedzibą naprzeciwko, po drugiej stronie rzeki). Dziś są odrestaurowane, pomalowane w barwach żółto-zielono-brązowych (zbliżonych do pierwotnej kolorystyki), a w nocy podświetlane – stanowią efektowne tło okolicznościowych fotografii.
Jeśli z miejsca, w którym stoją dźwigozaury, spojrzymy w dół rzeki, dostrzeżemy elewator zbożowy Ewa. W 1935 roku był największym w Europie magazynem na zboże o konstrukcji żelbetowej. Mieścił 50 tysięcy ton ładunku. Budowla składa się z trzech posadowionych niezależnie brył: 60-metrowej wieży, w której znajduje się maszynownia – i która stanęła jako pierwsza – oraz dwóch magazynów o wysokości 50 metrów. Trzy kondygnacje elewatora mieszczą się poniżej poziomu lustra Odry. „Ewa” została zaprojektowana tak, by w zautomatyzowany sposób przyjmować i zdawać zboże zarówno ze statków i barek, jak też z wagonów kolejowych czy wozów konnych.


Wygląda na to, że Szczecin lat 30. był dumny z nowej budowli – elewator widać na ówczesnych fotografiach, plakatach czy pocztówkach. Dziś to wciąż dobrze zachowany przykład modernistycznej architektury międzywojnia (przetrwał naloty z lat 40.). Mimo to w 2013 roku zarząd portu postulował jego zburzenie, pod pozorem złego stanu technicznego
– obiekt ocalał dzięki wcześniejszemu wpisowi do gminnej ewidencji zabytków.
Jego stan nie jest chyba aż tak zły, skoro w roku 2015 ten sam zarząd portu wydzierżawił budynek na 30 lat duńskiej firmie handlowej.
Olej w głowie inwestora
Jeszcze niżej, tyle że znów na lewym brzegu, przy ulicy Dębogórskiej, znajdziemy stary młyn i olejarnię.
Stettiner Walzmühle z 1837 roku to jeden z pierwszych na Pomorzu młynów walcowych, należał też do największych i najnowocześniejszych zakładów tej branży we wschodnich prowincjach Prus. Od lat 40. XIX wieku zakład był regularnie modernizowany. Niestety, młyny często płoną, nie inaczej było w tym przypadku – w drugiej połowie XIX wieku wybuchły tu dwa duże pożary – najprawdopodobniej po drugim z nich, w 1876 roku, powstał stojący do dziś okazały zespół (4–6 kondygnacji) mieszczący budynek produkcyjny, spichrz i silos.
Na początku XX wieku tutejsza mąka, obok rynku niemieckiego, trafiała także do krajów skandynawskich, Holandii i Wielkiej Brytanii. Jednak podwyżki cen surowca w pierwszej dekadzie stulecia – spowodowane m.in. wprowadzeniem cła na zboże z Rosji – spowodowały kłopoty z rentownością młynarskiego biznesu i niebawem zakład przejął nowy właściciel, który przestawił go na produkcję oleju sojowego – powstała Stettiner Ölwerke AG; jej produkty też eksportowano na rynki europejskie.
Po drugiej wojnie światowej, ocalałe mimo nalotów z 1944 roku budynki znów posłużyły jako olejarnia – mimo szabru wyposażenia dokonanego przez żołnierzy sowieckich. Później zabudowania mieściły fabrykę szczotek i odlewnię metali kolorowych. Kilka lat temu, po dekadach cichego upadku, obiekt został kupiony przez prywatnego inwestora, z zamiarem przekształcenia go w hotel i centrum konferencyjne.
2. Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.pl
Z niejednego pieca…
Emil Kirst, właściciel fabryki pieców chlebowych i urządzeń do wyrobu ciasta, złożył wniosek o pozwolenie budowy nowego zakładu na przedmieściu Nowy Turzyn w ostatniej chwili. Ordynacja budowlana, która weszła w życie niebawem, bo pod koniec 1906 roku, zabraniała bowiem wznoszenia fabryk na terenach przeznaczonych pod zabudowę podmiejską, a do takich należała działka przy dzisiejszej ulicy Jagiellońskiej. Fabryka zatem stanęła – budynki przemysłowe do dziś znajdują w głębi podwórza pod numerem 34, ostała się też brama wjazdowa ze znakiem firmowym – schematycznym piecem zwieńczonym głową Gryfa – i datą 1927, oznaczającą czas rozbudowy zakładu. W pofabrycznych zabudowaniach działają drobne, prywatne firmy – całość przypomina bardziej uładzoną wersję opisanej wcześniej Off Mariny.
Projekt Kirsta zakładał też wzniesienie zespołu domów mieszkalnych – te wyglądają dziś bardziej efektownie niż dawne zabudowania fabryki. Obłożone białą i zieloną ceramiką tylne elewacje kamienic frontowych i elewacje oficyn są zadbane – nie może być inaczej, skoro część pomieszczeń zajmuje oddział miejskiego zarządu budynków i lokali komunalnych.
Sztuka transformacji
Na koniec szczecińskiej pętli proponujemy powrót w śródmiejskie okolice rzeki. Przy ulicy św. Ducha stoi bowiem budynek stanowiący część dawnej elektrowni. Wzniesiony w latach 1911–13 gmach – jedyny, jaki pozostał po Stettiner Electricitäts-Werke – jest efektem rozbudowy zespołu, bo siłownia działała w tym miejscu już od lat 90. XIX wieku.

Prąd wytwarzano tu do końca II wojny światowej i po niej. Stacja była użytkowana, w roli rozdzielni energii elektrycznej, do 1970 roku, kiedy to wyłączono ją z eksploatacji i przekazano spółdzielni, która prowadziła tu produkcję elektrotechniczną – a przy okazji doprowadziła budynek do ruiny. W połowie lat 70. pojawiły się plany jego wyburzenia, jednak – na szczęście dla technicznej historii miasta – nie zostały zrealizowane. W latach 80. rzeczona spółdzielnia elektrotechniczna zrzekła się nieruchomości na rzecz miasta, które, w kolejnej dekadzie, przekazało budynek miejscowemu oddziałowi Biura Wystaw Artystycznych. I tak, nie wdając się już w meandry kolejnych zmian własnościowych, dochodzimy do obecnej funkcji – bo w Trafo, jak dziś nazywa się to miejsce, działa galeria sztuki współczesnej. Trzykondygnacyjna hala główna, zajmowana niegdyś przez przetwornice prądu, znakomicie się do tego nadaje. To, obok „Starej Rzeźni” na Łasztowni, jeden z bardziej udanych przykładów rewitalizacji i adaptacji szczecińskiego dziedzictwa przemysłowego.

Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!