Fot. Marcin Wojdak
Jego książka „Goodbye Gierek” to skarbiec architektonicznych pozostałości po czasach PRL-u. Marcin Wojdak z czułością archiwizuje te elementy naszego krajobrazu, które szybko i bezpowrotnie znikają.

Świadomie uczyniłeś nostalgię swoim znakiem rozpoznawczym?
Koncentruję na materialnych pozostałościach po PRL-u, które mają wymiar emocjonalny. Ale nostalgia, która jest ukryta w moich zdjęciach, nie ma super bezpośredniego wymiaru. Na żadnym etapie swojej twórczości nie chciałem operować prostym skrótem: kiedyś to było super, a teraz nie jest albo niech ten przedmiot czy wnętrze będzie środkiem do uruchomienia sentymentalnych skojarzeń. Dlatego obok swoich zdjęć umieszczam teksty. Uznałem, że będą równoważyć działanie fotografii, a ja przemycę w nich refleksję, żart czy myśl, która nie musi być do końca osadzona w tym, co pokazuje fotografia. Obraz stanowi jedynie pretekst.
Dlaczego zająłeś się fotografowaniem architektury? Mógłbyś robić zdjęcia ptakom, niektóre gatunki też giną.
Może jeszcze zacznę (śmiech), tylko że robienie zdjęć ptakom wymaga bardziej wyrafinowanego sprzętu. A tak na serio, to nie mam jednej odpowiedzi na to pytanie. Po głowie chodzi mi sto pięćdziesiąt różnych powodów. Jeden z nich jest taki: wychowując się w Łodzi, byłem otoczony architekturą z XIX wieku. Eklektyzmem w postaci neostylów i częściowo przedwojennym modernizmem.
Większość tych budynków była i jest w kiepskim stanie. Do tego mało tu przestrzeni, otwartych perspektyw widokowych, zieleni. Przez co to miasto wydawało mi się zawsze przytłaczające.
A potem przeniosłem się z rodzicami z kamienicy na osiedle z wielkiej płyty i poczułem oddech.

Ciekawe spojrzenie.
Architektura powojennego modernizmu, choć oczywiście wtedy nie wiedziałem, że taka jest jej nazwa, wydawała mi się czymś świeżym. Kiedy chodziłem do przychodni czy szkoły tysiąclatki, czułem przestrzeń i nowoczesność. Te budynki nie były w najlepszym stanie, ale nie w tak złym jak te kilkadziesiąt lat starsze. Duże przeszklenia wydawały się doskonałą kontrą dla przysadzistych, mrocznych kamienic. Do tego lubiłem oglądać filmy Stanisława Barei, które – tak jak „Nie ma róży bez ognia”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” czy „Miś” – rozgrywały się w Warszawie w sezonie wiosenno-letnim. Przez to PRL i jego architektura utrwaliły mi się w świadomości jako coś ciepłego i przyjemnego. Przeciwnego do mało atrakcyjnej codzienności w Łodzi.
Jako człowiek dość młody nie spędziłeś zbyt wiele czasu w PRL-u, który jednak taki wesoły jak filmy Barei nie był. Z drugiej strony, żyjemy już trochę w spotworniałym kapitalizmie i niektóre elementy PRL-u wydają się dzisiaj niedostępnym marzeniem. Jak mieszkania, stabilna praca, bezpłatne kolonie dla dzieci czy wczasy.
To prawda, ale nie chciałem zajmować się ogólną oceną PRL-u. Ciekawi mnie zobaczenie tamtego okresu w innym kontekście, nie przez pryzmat terroru politycznego czy skrajnego antykomunizmu. Choć tak jak większość z nas nie pochodzi ze szlacheckiego dworku, tak samo nie wszyscy nosili w klapie opornik. Miałem wewnętrzną niezgodę na to, że architektura, którą fotografuję, jest określana epitetem „komunistyczna”. Komunistyczny blok, komunistyczny pawilon, szkoła itd. Zły stan techniczny tych miejsc sprawiał, że z automatu kojarzyły się z czymś złym, nieatrakcyjnym, niefajnym. Tymczasem często te projekty były atrakcyjne, nawet jeśli ich stan utrudniał dostrzeżenie ich walorów. Fotografowanie wydało mi się formą rehabilitacji tych budynków, ujawnieniem tego, co w nich atrakcyjne choć na pierwszy rzut oka niewidoczne.
Mottem twojej książki jest cytat z filmu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, który brzmi:
„Zmiany, zmiany, zmiany”.


To wyraz twojej akceptacji tych zmian czy świadomości, że się z nimi ścigasz?
Po wielu rozmowach z właścicielami obiektów, konserwatorami zabytków czy potencjalnymi inwestorami, już mam świadomość, że zachowanie ich w oryginalnym, niezmienionym kształcie jest utopią. I często wcale nie jest to najlepsza wersja scenariusza dla danego miejsca. Zmiany są nieuniknione. Na początku myślałem inaczej. Wydawało mi się, że super by było, gdyby te budynki zostały zachowane. Teraz uznaję, że znajdę satysfakcję, jeśli dotrę do jakiegoś miejsca przed jego przemianą, sfotografuję je, nacieszę się tym znaleziskiem. Oczywiście, wciąż odczuwam żal, kiedy mozaika zostaje skuta albo elewacja zmieniona na tyle, że projekt traci na atrakcyjności. Ale jeśli jest zmodernizowany z zachowaniem kluczowych elementów projektu, nawet w ten sposób tracimy trochę jego charakteru, myślę: trudno. W końcu średniowieczne kościoły też dostawały w baroku inną ornamentykę.
Broniłbyś pawilonów Emilia czy tego autorstwa Hansenów na warszawskim Przyczółku Grochowskim?
Nie mam umiejętności protestowania w jakieś sprawie, choć może powinienem, ale wydaje mi się, że część budynków, które mają swoją historię czy zostały zaprojektowane przez znanych architektów, powinna zostać zachowana i zaadaptowana do nowych funkcji. Pawilon Hansenów nie wygląda teraz atrakcyjnie, ale fajnie, że nadal jest używany, co znaczy, że się sprawdza. Zresztą często
2. Fot. Marcin Wojdak
Jak byłem w Barcelonie, oglądałem pawilon Miesa van der Rohe z lat 20., który równie dobrze mógł powstać przed chwilą. Ale są budynki, które nie mają szansy trwać, np. niefunkcjonalne biurowce. Jedynym rozwiązaniem byłoby rozebranie ich do gołego szkieletu i postawienie od nowa, a to nie ma sensu. Natomiast taki pawilon jak warszawska Emilia jest łatwy i wdzięczny w adaptacji. Niestety, jej pozostałości leżą na prawym brzegu Wisły i raczej nie da się jej odtworzyć. Mam wrażenie, że w świadomości naszego społeczeństwa architektura powojenna nie jest czymś, o co ta społeczność chciałaby walczyć. O wiele łatwiej namówić ludzi na ratowanie ruin zamku czy kościoła, bo uznajemy, że mają większą wartość.
Może trzeba porzucić określenie „architektura PRL-u”? Modernizm powojenny brzmi bardziej elegancko.
Zgadzam się, z punktu widzenia PR-owego określenie „powojenny modernizm” powinno być obowiązujące, bo to sugeruje: uwaga, uwaga, to coś ciekawego i cennego. Mam wrażenie, że dużo dobrego zrobił na przykład serial „07 zgłoś się”, bo pokazywał tę bardziej ekskluzywną część PRL-owskiej rzeczywistości. Co uświadamia, że to nie była tylko siermięga. Nie mam tutaj gotowych receptur, jak powinniśmy tę architekturę przedstawiać. Może poczekajmy jeszcze kilka lat, a wtedy te pozostałe przy życiu atrakcyjniejsze budynki będą miały swój dobry czas, będą restaurowane i szanowane.
Jakie emocje budzą w tobie miejsca, które fotografujesz?
W mojej pierwszej książce „Ostatni turnus” lejtmotywem był klimat wakacji czasów PRL-u.
Teoretycznie na takie wakacje nie miałem szansy jeździć, ale przecież jeszcze w 2010 roku można było pojechać w miejsca, które przesiąknięte były tym klimatem. Nadal są osoby, którzy wyszukują takie PRL-owskie ośrodki z domkami w lesie, bo tam jest niedrogo. I taki domek nad jeziorem to wszystko, czego im trzeba. Zresztą instytucja wakacji w domku otoczonym przyrodą, w ciszy, jest dość uniwersalna i sprawdza się w wielu miejscach na świecie. Pisząc „Ostatni turnus” czułem się jak na nieustających wakacjach.
W Polsce wyjazd w góry lub nad morze oznacza hałas, tłum i sporo tandety.
Oraz drożyznę. Koszty na przestrzeni ostatnich czterech, pięciu lat bardzo wzrosły. Także przez to duża część atrakcyjnych cenowo ośrodków wczasowych wypadła z rynku, bo musiały te ceny podnosić z powodu kosztów dzierżawy, prądu, wody i ogrzewania. Natomiast pomijając już kwestię odświeżenia sobie klimatu PRL-owskich wczasów czy stworzenia sobie iluzji na ten temat, ekscytujące jest dla mnie samo fotografowanie, czyli możliwość docierania do ciekawych architektonicznie budynków, które nie zostały nigdzie wcześniej opisane.
Często ci się to zdarzało?
Dość. Ale czasem znajdowałem coś nieodkrytego na terenie, który wydawał mi się rozpoznany.

Choćby w ośrodku wczasowym niedaleko Olsztynka. Wiedziałem, że są tam ciekawe pawilony wypoczynkowe i stołówka z widokiem na jezioro. Ale jak dotarłem na miejsce, okazało się, że nie wszystko było widoczne na Google Maps. Znalazłem tam opuszczoną jadalnię, wewnątrz której odkryłem bardzo duży, przestrzenny obiekt artystyczny – miks mozaiki z płaskorzeźbą. W żadnym przewodniku po regionie nie ma informacji na jej temat. Jeżeli bym się interesował romańskimi kościołami czy parowozowniami, nie miałbym szansy na takie odkrycie. Ośrodki wczasowe to unikatowy temat i myślę, że jeśli istotne jest nadawanie swojej aktywności większego sensu niż sama przyjemność z niej płynąca, to robiąc profesjonalne zdjęcia takich miejsc staję się ich archiwistą.

Jak powstają twoje książki? Mapka na wewnętrznej stronie okładki sugeruje, podchodzisz do tych poszukiwań w planowy sposób.
Najpierw skrupulatnie przeglądam mapę, co samo w sobie sprawia mi przyjemność.
Patrzę na Google Maps w wersji satelitarnej, czyli na zdjęcia lotnicze i szukam nietypowych kształtów. Dzięki praktyce już wiem, w których miejscach mogę znaleźć coś ciekawego. Czasem porównuję ten proces do zbierania grzybów. Sam ich nie zbieram, ale wiem, że ludzie, którzy to robią, wiedzą, do którego lasu pójdą. Rozpoznają po kształcie terenu czy nasłonecznieniu, gdzie warto szukać. Ja podobnie. Intuicyjnie wiem, gdzie szukać starych jednostek wojskowych czy zabudowy rekreacyjnej. Akurat teraz paradoksalnie znajdowanie jednostek wojskowych na mapie jest banalnie proste, bo są zablurowane. Efekt Streisand w praktyce. Kiedy szukałem ośrodków wczasowych, wystarczyło, że przeglądałem pojezierza, brzegi rzek, wybrzeża i górskie doliny.

Z książką „Goodbye Gierek” było podobnie?
W jej wypadku było trudniej, bo pokazałem w niej miejsca mniej oczywiste i różnorodne, jak dom kultury czy zapomniane przystanki autobusowe. Na część miejsc, które sfotografowałem, trafiłem przypadkiem. Ale trudność polegała też na zaawansowanym procesie zmian. Zajmuję się fotografowaniem architektonicznych pozostałości po PRL-u od kilkunastu lat i na początku wyznaczyłem sobie jakąś trasę – powiedzmy 100 kilometrów na północny-wschód od Łodzi – i mogłem być pewny, że co kilkanaście kilometrów znajdę miejsce w klimacie retro: mały sklep, przystanek, dworzec autobusowy, pawilon. A teraz czasem jadę 250 kilometrów w jedną stronę, potem wracam inną trasą i znajduję przy dobrych wiatrach dwa ciekawe obiekty.


Czyli zgodnie z tytułem twojej książki to już pożegnanie?
Tak, temat PRL-u powoli już się wyczerpuje. Polska obiema nogami wkroczyła w III RP. Myślę, że nieprzypadkowo zaczynają powstawać muzea PRL-u,
w których pośród eksponatów znajdują się przedmioty codziennego użytku. Wiem, że gdybym dzisiaj zaczynał się tym tematem interesować, nie miałbym szans na takie fotografie i pewnie moje książki by nie powstały.
Zdarzyło ci się, że ktoś, kto zobaczył twoje zdjęcie, odnalazł na nim swój projekt?
Niewiele mam takich historii, ale kiedyś robiłem zdjęcia gościńców wielkopolskich, czyli zajazdów na terenie dawnego województwa wielkopolskiego, które miały służyć aktywizowaniu turystyki motoryzacyjnej po tym regionie.
I jak opublikowałem te zdjęcia na swoim profilu na Instagramie, zgłosiła się do mnie córka architektów odpowiedzialnych za ten projekt. Dowiedziałem się od niej paru ciekawych rzeczy, między innymi tego, że całe wyposażenie wnętrz – jak krzesła i stoły – były projektowane specjalnie dla konkretnych gościńców. Każdy miał też swój własny, charakterystyczny rys stylistyczny – najczęściej zgodny z nazwą. Moje fotografie ośrodków wczasowych uruchomiło wiele emocji w odbiorcach. Okazało się, że istnieje kolektywne wspomnienie o wyjazdach wakacyjnych i fotografie stołówki, starego talerza, kompotu stojącego na stole, pomostu czy jeziora o zachodzie słońca budzą w nas podobną nostalgię. W zasadzie
gdybym przygotował taki pakiet dziesięciu zdjęć, to setki tysięcy osób mogłyby je wkleić do własnego albumu i powiedzieć: to były moje wakacje.
To, co odkrywasz, jest efektem podróży. Lubisz podróżować?
Uwielbiam. Jedynym minusem mojego podróżowania po Polsce jest to, że już byłem wszędzie, przez co topnieją szanse na to, że coś mnie tu jeszcze zaskoczy. Przez bardzo długi czas Polska była dla mnie super ekscytująca, inspirująca, ale też różnorodna. Moimi faworytami od zawsze były województwa lubuskie i zachodniopomorskie. Ten nasz polski „dziki zachód”, gdzie było mało przemysłu, za to dużo jednostek wojskowych, cały pas dawnych radzieckich garnizonów oraz zapomnianych już PGR-ów. Teraz niestety różnice między regionami coraz bardziej się zacierają. Wszędzie już są takie same sklepy, takie same stacje benzynowe i witryny.


Jeśli znasz dobrze Polskę, może czas pomyśleć o robieniu zdjęć zagranicą?
Długo romantyzowałem przeszłość i nowoczesność mniej mnie interesowała. Podobnie jak zachodnia Europa. Tam niewiele się zmienia. Za pierwszym razem fantastyczne jest oglądanie Toskanii, ale wracanie tam już nie jest takie emocjonujące. Bardziej mnie ciekawił Wschód. Jak pierwszy raz pojechałem do Rosji, byłem zachwycony tym, że tam jest tak dużo nieoczywistości. Zobaczyłem z daleka cerkiew na wzgórzu, a kiedy do niej wszedłem, okazało się, że to posowieckie przedszkole, z Leninem wiszącym w miejscu ikonostasu. Fascynują mnie często tam porzucone obiekty czy budowle. Obserwowanie upadku dawnego imperium radzieckiego: pustych ogromnych fabryk, budowli, osiedli to jak oglądanie pozostałości po upadłej cywilizacji. Te pomniki symbolizujące ideologię, która miała dać ludzkości szczęście… Kiedy w Ukrainie na Krymie widziałem ogromny, spektakularny pomnik przedstawiający marynarzy wyswobadzających Sewastopol przypominał mi Kolosa Rodyjskiego. Miraż po upadłej cywilizacji.
Czego szukasz w tych miejscach, które fotografujesz?
Ciszy i spokoju, plus nieoczywistości i zaskoczeń.



Dlatego tak rzadko na moich zdjęciach pojawiają się ludzie. Jak podczas chodzenia po opuszczonym wojskowym lotnisku, co opisałem w jednym z tekstów w mojej nowej książce. Idę po płycie, nie ma tam zupełnie nikogo, jestem zafascynowany pustką i ciszą. Jednocześnie znajduję się w miejscu całkowicie nieoczywistym. To zupełnie odmienna forma od kanonu ustalonego w XIX wieku przez Thomasa Cooka, który zabierał klientów wywodzących się z angielskich rodzin szlacheckich na zorganizowane wycieczki do Londynu, by oglądać kościoły, muzea i zamki. Teraz ten kanon wciąż obowiązuje, choć w gruncie rzeczy większość osób wcale się z nim nie utożsamia. Nie sądzę, żeby każdy stojący trzy godziny w kolejce do Muzeum Watykańskiego był aż takim fanem renesansu czy baroku. To jest coś, co mnie już kompletnie nie interesuje
– odwiedzanie miejsc doskonale znanych i opisanych tylko po to, żeby sprawdzać, czy wszystko, o czym wcześniej czytaliśmy i co widzieliśmy na zdjęciach, wygląda podobnie na żywo.

Jest to w zasadzie odtwarzanie wcześniej już odbytej podróży.
Ja najbardziej lubię pojechać w nieznane, wciąż jeszcze nieodkryte i dać się zaskoczyć niezwykłemu widokowi czy obiektowi. Nawet jeśli jest nim mocno zdezelowana wiata przystankowa z lat 70.
Marcin Wojdak
Rocznik 1984. Fotograf i pisarz zafascynowany architekturą. Twórca instagramowego profilu Cosmoderna, na którym publikuje fotografie i teksty poświęcone ostatnim materialnym śladom powojennego modernizmu. Jest autorem dwóch książek: „Ostatni turnus” (2022) i „Goodbye Gierek” (2025)


Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!





















