„Są tak cholernie »intelektualni« i parszywi, że nie mogę ich już znieść” – oburzała się Frida Kahlo. Z kolei Jan Lorentowicz określił kolonię rodaków przybyłych do stolicy Francji na początku XX wieku rodzajem „Pacanowa”, w którym wszyscy znają się na wylot.
Jaki obraz polskich artystek i artystów współtworzących Szkołę Paryską wyłania się z książki „Blask Montparnasse’u” Sylwii Zientek?
Ulice wypełnia śmiech, kawiarnie – śpiew. Obietnica wolności przyciąga jak magnes do rozświetlonego Paryża: młodych – ceniących swobodę obyczajów, cudzoziemców – bo paszport jest zbędny podobnie jak znajomość francuskiego, biednych – w końcu artysta artyście pomoże, zaproponuje kieliszek koniaku na rozgrzewkę, a w La Rotonde nikt nie zwraca uwagi, że ktoś przesiaduje całymi dniami nad filiżanką kawy czy poczęstuje się świeżą bagietką, płacąc jedynie skinieniem głowy. Przy stoliku siedzi już „eskimoski hydraulik”, czyli Mojżesz Kisling odziany w robotniczy kombinezon, Mela Muter szepce coś na ucho Leopoldowi Gottliebowi, a Henryk Hayden przypatruje się uważnie czarnoskórej modelce Aïsze, której charakterystyczny kapelusz z szerokim rondem zagości niebawem na jego płótnach. Kto jeszcze zapuka do drzwi sławy, trzymając w bagażu podręcznym marzenia i entuzjazm?

Zmiana kursu
Korespondent „Kurjera Warszawskiego” Wacław Gąsiorowski policzył, że
W przeciwieństwie do wcześniejszych emigrantów znad Wisły, którzy upodobali sobie bardziej elitarną, prawą stronę miasta, nowi przybysze wybierali tańszy, lewobrzeżny Montparnasse.
W sam środek centrum artystycznego świata, dzielnicy zapachów, dźwięków i wrażeń wzrokowych przenosi nas Sylwia Zientek, za bohaterów swojej książki biorąc przedstawicieli Szkoły Paryskiej.
Określenie to, jak informuje autorka, spopularyzował na łamach prasy André Warnod. Dotyczyło ono „grupy artystek i artystów pochodzących spoza Francji i działających w Paryżu po roku 1900”. Już więc nie tylko panie – jak to było w przypadku książek „Polki na Montparnassie” (2021) i „Tylko one. Polska sztuka bez mężczyzn” (2023) – lecz także panowie interesują Zientek. I właśnie na przecięciu pierwiastków damskiego i męskiego rodzą się szalenie ciekawe historie.
„Blask Montparnasse’u” iskrzy energiczną frazą, staje się wehikułem paryskiej atmosfery pierwszych dziesięcioleci XX wieku, będącej mieszanką talentu, aspiracji, rozczarowań, presji i motywacji.
Pracownie malarskie i rzeźbiarskie to miejsca artystycznych, czasem erotycznych uniesień, kawiarniane stoliki bywają niemymi powiernikami sekretów. Trochę tu komedii, sporo tragedii, wiele zwrotów akcji.
Zientek tworzy dokument epoki na kształt powieści, pisze tak, że trudno się oderwać, nie roześmiać, nie współczuć. Jest w tym wszystkim i kokieteria, i ciekawość, a przede wszystkim olbrzymia determinacja, by odkryć i zachować prawdę o losach artystek i artystów albo zapomnianych, albo o przekłamanych biografiach.

W szkolnej ławie z Picassem
„Kluczowe dla artystycznej drogi są spotykane na niej osoby. Wszyscy się tu znają, przynajmniej z widzenia albo ze słyszenia. Jeśli nie spotykają się na salonach, wystawach, to w La Rotonde czy innej kawiarni. Ale każdy tka własną sieć kontaktów, nawiązuje bliższe relacje z określonymi ludźmi, a zażyłość czy nawet tylko sąsiedztwo konkretnych osób bezpośrednio wpływa na bieg paryskich losów” – pisze Zientek. O tym, że to nie jest przesada, świadczy chociażby opowieść biograficzna „Szukając Dory Maar. Historia słynnej surrealistki, którą zniszczył Picasso” Brigitte Benkemoun. Francuska dziennikarka rekonstruuje życiorys muzy paryskiej bohemy dzięki kupionemu w internecie notesowi z zapisanymi numerami telefonów lub adresami takich sław jak Breton, Cocteau, Lacan czy Chagall. Ten ostatni jest jednym z bohaterów „Blasku Montparnasse’u” podobnie zresztą jak Picasso, choć hiszpański kubista występuje tu jako postać poboczna. Niemniej to przy jego nazwisku pada jedno z kluczowych stwierdzeń, pozwalających odczytywać książkę Zientek także w duchu feministycznym:
„Artyści skupieni wokół Picassa tolerowali w swoim gronie kobiety wyłącznie w roli towarzyszek życiowych (…) albo przygodnych kochanek”.
Lub taki fragment:„Artystki wkraczające na ścieżkę kariery po 1900 roku mierzą nieco wyżej. Dla nich »komplement« o męskim malowaniu czy rzeźbieniu to za mało. Oczekują uznania i traktowania ich pracy poważnie, ale spotykają się z pogardą i stwierdzeniami, że sztuka tworzona przez kobiety prezentuje niższy poziom albo że może być traktowana tylko jako element dekoracyjny”.

Zientek nie traktuje żadnego ze swoich bohaterów jako „ozdoby” i nawet jeśli dana postać pojawia się na montparnasskiej scenie tylko na chwilę, to nie jest papierowa ani przezroczysta. Co więcej, wprawny warsztat literacki i wrażliwość autorki umożliwiają uchwycenie indywidualizmu, wydobycie kluczowych, a zarazem intrygujących szczegółów kształtujących osobowość człowieka. Zientek narzuca sobie rolę wnikliwej detektywki, archeolożki ludzkich losów grzebiącej w odmętach historii sztuki. Poza tym zachowuje się jak fotografka w XIX-wiecznym atelier, która z wielu mniejszych portretów tworzy kompozycję zbiorową, istne tableau Szkoły Paryskiej. Raz oddala, raz przybliża obraz, tworzy gęstą sieć relacji, uzupełnia o kolejne nazwiska i wątki. Snuje nie jedną, ale wiele opowieści, mistrzowsko ze sobą splecionych. Z każdego zdania można wyciągnąć trzy informacje, niejeden krótki rozdział przekształcić w osobną biografię. W tle dorysowuje – jak to przy tableau było w zwyczaju – kontekstowe tło epoki, dzięki czemu otrzymujemy nie tyle obraz konkretnego zjawiska, ile środowiska w ogóle.
Paryski sen
Mimo sporego zagęszczenia, jest tu miejsce na oddech i wytyczanie własnych ścieżek interpretacyjnych. Jedna wiedzie od kawiarni La Rotonde (porównywanej do warszawskiej Małej Ziemiańskiej), przez leżącą po drugiej stronie bulwaru Montparnasse (przypominającą ulicę Marszałkowską) Le Dôme, aż do urządzonej w stylu art déco La Coupole (w latach 60. ulubionej restauracji Aliny Szapocznikow). Druga biegnie od salonu Gertrudy Stein przy rue de Fleurus 27, gdzie jeszcze niedawno nad malarskimi portretami pracowała Anna Bilińska, aż do oddalonego o kilka przecznic domu kosmetycznej cesarzowej i kolekcjonerki sztuki Heleny Rubinstein, goszczącej Sarę Lipską – utalentowaną malarkę, rzeźbiarkę i projektantkę mody, po drodze zbaczając do pracowni urodzonego w Krakowie Mojżesza Kislinga, u którego bywali Picasso, Soutine czy Modigliani. Jeszcze inne prowadzą labiryntem sukcesów i porażek między Salonami Jesiennym i Niezależnych, czyli wystawach organizowanych w Paryżu.
Galerię nietuzinkowych postaci otwiera baronowa Helena d’Oettingen z domu Miączyńska, rozwódka podróżująca z rzekomym kuzynem. Jako cel przyjazdu do Paryża podają odwiedzenie „miasta świateł” (oboje) oraz pogłębienie edukacji artystycznej (on, bo kobieta nie przyznaje się do malarskich ambicji). Prawdziwą datę urodzenia też ukrywają, przynajmniej baronowa, a to „dopiero początek ich ekwilibrystyki związanej z tożsamością. Przez kolejnych pięćdziesiąt lat będą zakładać rozmaite maski i swobodnie układać legendę swojego dzieciństwa”. (W tym miejscu przypomina się symboliczny portret Kiki de Montparnasse, a właściwie Alice Prin, którą Man Ray sfotografował z afrykańską maską. Ona też pojawia się w książce Zientek).

Wkrótce Helena d’Oettingen otworzy salon, w którym ugości twórców sztuki nowoczesnej, będzie malowała i zostanie wydawczynią pisma artystycznego na spółkę z poetą i dziennikarzem Wilhelmem Apolinarym Kostrowickim, znanym jako Guillaume Apollinaire.
I nie tylko oni zakładają maski. Kobiety dbają o pozory, mężczyźni pozwalają sobie na więcej. Zientek znakomicie pokazuje, jak
blichtr, zazdrość, używki, zawody miłosne, a nade wszystko pragnienie wybicia się ponad przeciętność wpływają na ich decyzje. Miarą sukcesu jest nie tylko talent, lecz także mecenat (w tej roli niezastąpiony marszand Leopold Zborowski), odwaga, a wręcz bezczelność i determinacja.
Alicja Halicka, jedna z pierwszych kubistek, pod koniec życia spreparowała swoje wczesne i prawdopodobnie zaginione lub zniszczone dzieła, podejmując w ten sposób rozpaczliwą walkę o przyznanie należnego jej miejsca w historii sztuki. I właśnie o to, choć uczciwymi metodami, walczy słowem autorka „Blasku Montparnasse’u”.
Ostatni gasi światło
Tam gdzie blask, pojawiają się też cienie i Zientek łagodnie przechodzi w swojej opowieści przez zawirowania wojenne do schyłku świetności Szkoły Paryskiej około 1940 roku. Główni bohaterowie książki ustępują miejsca chórowi artystów spełnionych bądź skończonych.
Fenomen tej grupy artystów nigdy nie został porządnie zbadany z perspektywy międzynarodowej
– zwykle pisało się o poszczególnych nacjach, a nie wspólnocie, Francuzi nie uznawali tego, co niefrancuskie, a w PRL unieważniono dorobek i istnienie twórców pochodzenia żydowskiego. Tymczasem „Blask Montparnasse’u” dobitnie pokazuje, że to, co w tej formacji najciekawsze i najwartościowsze, działo się na styku różnych narodowości, kultur i osobowości.

Tak jak Chaim Soutine na początku malarskiej kariery kupował na pchlim targu stare obrazy i zeskrobywał z nich farbę, bo nie stać go było na czyste płótno, tak Sylwia Zientek wykonuje gest odwrotny – nakłada na kartę historii Szkoły Paryskiej kolejne warstwy, tworząc dzieło wielowymiarowe, intensywne w barwach i szykowne w stylu.
Sylwia Zientek, „Blask Montparnasse’u. Artystki i artyści Szkoły Paryskiej”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025

Artykuł ukazał się drukiem w kwartalniku „Spotkania z zabytkami” nr 2/2026 Zachęcamy do zakupu prenumeraty, bądź aktualnego numeru pisma





