- dlaczego von Braun poszedł na współpracę z Hitlerem
- dlaczego naukowcy współpracujący z nazistami uniknęli po wojnie odpowiedzialności
- jak Walt Disney pomógł w promocji programu kosmicznego
Wirsitz – senne miasteczko w Wielkopolsce na początku XX wieku. Brukowany rynek, kościół, kilka urzędów i kawiarnia. Największą atrakcją bywa tu przyjazd pociągu. Nic nie zapowiada, że właśnie tutaj w 1912 roku przyjdzie na świat chłopiec, którego nazwisko zapisze się w dziejach XX wieku. Siedem lat później miasteczko zmieni nazwę na Wyrzysk i wejdzie w granice odrodzonej Rzeczypospolitej, a mały Wernher wraz z rodziną przeprowadzi się do Berlina.

To właśnie tam, w stolicy Niemiec, rozegra się historia, która najlepiej zapowiada jego przyszłość. Dziesięcioletni chłopiec kupuje od ulicznego handlarza kilka rakiet-fajerwerków i przyczepia je do dziecięcego wózka. Iskra, syk, płomień – i wehikuł z łoskotem pędzi przez Tiergartenallee, główną aleję miasta. Przechodnie w popłochu uskakują na boki, koń w zaprzęgu staje dęba, a policjant chwyta niesfornego konstruktora i odprowadza go do ojca. Wernher boi się awantury, ale gdzieś w środku triumfuje: zbudował rakietę, która naprawdę coś poruszyła.
No dobrze, parę rzeczy trzeba będzie dopracować…
Wtedy to zdarzenie zapisuje się tylko jako psikus dziecka z dobrego domu. Nikt nie przypuszcza, że jest zapowiedzią przyszłości całego świata. Że Wernher Magnus Maximilian Freiherr von Braun – chłopiec z Wirsitz, wychowany w Berlinie – stanie się zarówno twórcą rakiet, które otworzą ludziom drogę na Księżyc, jak i inżynierem, który w czasie wojny odda swój talent III Rzeszy.
Rodzina von Braunów osiada w Berlinie – mieście wielkich alei, kawiarni pełnych dyskusji i uniwersytetów, które przyciągają młodych zdolnych z całych Niemiec. To tutaj dorasta Wernher. Zafascynowany literaturą science fiction i teleskopem podarowanym przez matkę, już jako student politechniki zaczyna projektować pierwsze poważne silniki rakietowe. Marzy o podróżach międzyplanetarnych i lotach ku Księżycowi, ale szybko odkrywa, że jego pasja nie istnieje w próżni.
Trafiliśmy nie w tę planetę
Wernher zacznie konstruować pierwsze poważne silniki rakietowe i marzyć o podróżach w przestrzeń kosmiczną już jako młody student politechniki. Niestety marzenia te od początku są uwikłane w politykę. W Niemczech lat 30. władza nie zamierza finansować wypraw na Księżyc, ale chętnie zainwestuje w broń, która da przewagę na polu bitwy. Von Braun wie, że jeśli chce kontynuować badania, musi je prowadzić pod auspicjami wojska. I że każdy kolejny eksperyment będzie miał nie tylko wymiar naukowy, lecz także militarny.
Von Braun dorastał w Niemczech, w państwie, które kazało mu podjąć decyzję: marzenie o rakietach i podróżach kosmicznych da się urzeczywistnić, ale tylko pod znakiem swastyki. W 1932 roku ukończył studia inżynierskie i już rok później pracował w wojskowym ośrodku badawczym, gdzie z innymi konstruktorami testował silniki rakietowe. Marzył o lotach na Księżyc, ale to Hitler miał pieniądze i władzę, by umożliwić mu badania.

Market, Londyn, marzec 1945 r.
Nocne niebo rozdziera oślepiający błysk. Huk towarzyszący startowi nowej rakiety V-2 sprawia, że ziemia drży, a żołnierze i oficerowie zgromadzeni w Peenemünde, Wojskowym Ośrodku Doświadczalnym Armii na wyspie Uznam, zadzierają głowy w niemym podziwie. Adolf Hitler, obecny na pokazie, klaszcze z uznaniem – w jego oczach to cudowna broń, która ma odmienić losy wojny. Wernher von Braun, stojący kilka kroków dalej, nie podziela entuzjazmu. Sukces techniczny – owszem – ale rakieta uderza w ziemię. A co gorsza: w Ziemię.
„Co to za zwycięstwo – miał rzucić – skoro trafiliśmy nie w tę planetę, co trzeba?”
Tak zaczęło się spełnianie marzenia, które było jednocześnie koszmarem. Rakiety V-2 – potężne, jakich dotąd świat nie widział – spadały na Londyn i Antwerpię, niosąc śmierć tysięcy cywilów. Historycy szacują, że w tych atakach zginęło około dziewięć tysięcy osób. Jeszcze tragiczniejszy bilans krył się za kulisami: w obozie Mittelbau-Dora, gdzie więźniowie budowali V-2 w nieludzkich warunkach, życie straciło ponad 12 tysięcy robotników przymusowych. To znaczy, że
rakiety von Brauna pochłonęły więcej ofiar na liniach montażowych niż w działaniach wojennych.
Sam konstruktor nie był wolny od podejrzeń. W 1944 roku trafił na przesłuchanie gestapo – oskarżony, że zbyt głośno mówi o marzeniach o kosmosie, a zbyt mało o broni dla Führera. Wyszedł, bo był zbyt cenny, by go ukarać. Ale jego rola w machinie wojennej była jasna: działał dla nazizmu, wiedząc, że tylko tak zrealizuje własne plany.
Ten wybór – pakt z reżimem w imię nauki – stał się piętnem, które towarzyszyło mu do końca życia. Choć bez niego może nigdy nie doszedłby do Saturnów V, które poniosły ludzi na Księżyc.
2. Fot. Getty Images
Inżynierowie – skarb zimnej wojny
Wiosna 1945 roku. Trzecia Rzesza się wali, front przesuwa się nieubłaganie na zachód, a niemieccy inżynierowie wiedzą, że lada dzień ich laboratoria zajmą albo Amerykanie, albo Sowieci. Wernher von Braun podejmuje decyzję: poddaje się Amerykanom (…)
Całośc artykułu – drukiem w kwartalniku „Spotkania z Zabytkami” nr 1/2026, dostępnym na rynku od 29 stycznia 2025 roku.
Zachęcamy do nabycia prenumeraty