Fot. katarzyna Sielicka
- jakie manierystyczne dzieło kryje Lubiechowa
- dokąd trafiły gotycki tryptyk z 1498 roku oraz obraz „Tron łaski” z XIV wieku z kościoła w Świerzawie
- który kościół na Dolnym Śląsku zaprojektował słynny Carl Gotthard Langhans
Wojny i kataklizmy nie uznają żadnych świętości. Znamy przykłady bombardowanych czy celowo wysadzanych w powietrze świątyń, jak i takich, które zostały zmienione na lazarety czy arsenały. Jednym z wielu przykładów jest chociażby kościół pw. Narodzenia NMP w Złotoryi, który podczas kampanii Napoleońskiej 1813 roku zamieniono na salę operacyjną, szpital i kostnicę w jednym. Mimo takich wydarzeń, zdecydowanej większości kościołów chrześcijańskich w Polsce udało się nie tylko przetrwać dziejowe zawieruchy, ale i zachować swój bezcenny wystrój malarski, a nierzadko także wyposażenie.

Czy kościoły w Polsce można zwiedzać? Na jakich warunkach sztuka sakralna dostępna jest zainteresowanego gronu odbiorców?
Postanowiłam to sprawdzić na kilku przykładach – kościołów katolickich pełniących funkcje sakralne, obiektu zdesakralizowanego oraz kościoła ewangelickiego.
Pierwszy kontakt ze sztuką
Przez wieki, szczególnie w średniowieczu i w epoce renesansu, ale także w późniejszych okresach kościół pełnił funkcję mecenasa sztuki, stymulował rozwój technik budowlanych, architektury, rzeźby czy malarstwa, zlecając budowy świątyń i zamawiając ich wyposażenie. Zanim zaczęły powstawać pierwsze ogólnodostępne muzea i galerie, a wcześniej kunstkamery czy gabinety osobliwości, sztuka była przywilejem dostępnym elitom, zamożnym mieszczanom, arystokratom i rodzinom królewskim.
Czy przeciętny mieszkaniec europejskiej wsi lub miasteczka nie miał zatem możliwości obcowania ze sztuką lub z zabytkami ruchomymi? Otóż miał – wystarczyło udać się do kościoła.

Świątynie były składnicami nagromadzonych przez latach dzieł sztuki, często wielkich mistrzów, oraz znakomitych przykładów wysokiej klasy rzemiosła – od snycerki przez rzeźbiarstwo, konwisarstwo, introligatorstwo do pozłotnictwa, a nawet szklarstwa. Same ściany kościołów stanowiły nierzadko swoistą biblię dla ubogich, prezentując polichromie, na których, jak we współczesnych komiksach opowiadano historię stworzenia świata, pierwszych ludzi, grzechu pierworodnego czy wypędzenia z raju. Ilustrowano czyny świętych i pokazywano, jakie męki czekają na grzeszników w piekle. Wyjątkowo ciekawym przykładem takiej dydaktycznej funkcji polichromii kościelnych jest scena ukazująca drzewo życia w kościele św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Świerzawie, pochodząca z drugiej ćwierci XIII w. Wizyta w tym kościele była zapewne pierwszą i jedyną okazją dla mieszkańców okolicznych wsi, aby zobaczyć, jak wygląda żyrafa czy krokodyl. Wśród realnych egzotycznych zwierząt znalazły się też stworzenia mityczne, jak gryf. Egzotyka była tak odległa i tajemnicza, jak mitologia.

Dziś mamy nieograniczony dostęp do dziedzictwa kulturowego Europy dzięki muzeom działającym w wielu miastach czy izbom pamięci. Właściwie to nawet nie musimy ruszać się z domu, ponieważ wiele jednostek kultury digitalizuje swoje zbiory i udostępnia w sieci. Jeśli interesują nas w szczególności zabytki sztuki sakralnej, to i te znajdziemy w muzeach narodowych, gdzie zostały przeniesione w skutek różnych kolei losu. Mimo to, wciąż wielu amatorów sztuki i zabytków chce zwiedzać same kościoły, aby oglądać zabytki ruchome in situ, czyli w ich właściwym kontekście, także dlatego, że część z nich, jak polichromie, jest po prostu ściśle związana ze swoim “nośnikiem”. Zwiedzanie kościołów dostarcza też niepowtarzalnych wrażeń, ponieważ zabytki i sztuka nie są tam odgrodzone od zwiedzającego szybą. A jednak czasami wydaje się, że są odgrodzone czymś więcej – tajemniczym sacrum, które zmaterializować się może w nieprzychylnych spojrzeniach osób korzystających z sakralnej funkcji kościoła, czy wymowną ciszą, która sprawia, że z aparatem fotograficznym w rękach czujemy się bardzo niekomfortowo i wiemy, że powinniśmy opuścić to miejsce.

Czy zatem dziedzictwo sakralne – bywa, że skryte nawet za ołtarzem – jest dostępne?
Służą już innemu Panu
Najprostsza wydaje się sytuacja, kiedy mamy do czynienia ze świątynią zdesakralizowaną, co w Polsce nie jest jednak tak często spotykaną sytuacją, jak chociażby w sąsiednich Czechach. A jednak zdarzają się takie przypadki. Do takich sytuacji dochodzi na przykład na zachodzie kraju, kiedy wieś lub miasteczko dysponują dwoma lub nawet kilkoma świątyniami, ponieważ jedna z nich była przeznaczona dawniej dla ewangelików, a druga dla katolików. Dziś ewangelicy należą do mniejszości i użytkowane przez nich świątynie rozsiane są znacznie rzadziej – co kilkadziesiąt kilometrów. Wierni katoliccy często nie są w stanie wykorzystać sakralnie obu kościółów, jeden z nich pozostaje więc nieużytkowany. Często popada w ruinę, ale zdarza się, że nabywa nową – kulturalną funkcję, jak słynna Perła Żeliszowa, dawny kościół ewangelicki na Dolnym Śląsku. We wspomnianej już Świerzawie natomiast Polacy po 1945 r. zdecydowali się objąć gotycki kościół w centrum miasta, użytkowany przed wojną przez ludność wyznania ewangelickiego, a najstarszą świątynie, jeszcze romańską, przeznaczyć na cele kulturowe, zwłaszcza, że została pozbawiona znacznej części wyposażenia. Obraz „Tron łaski” z XIV wieku został przeniesiony do Muzeum Narodowego we Wrocławiu, a gotycki tryptyk z 1498 roku do kościoła pw. św. Marcina w Poznaniu.
2. Fot. Katarzyna Sielicka
Od lat 70. XX w. trwały się Świerzawie prace konserwatorskie, kiedy to okazało się, że pod warstwami kolejnych tynków kryją się średniowieczne polichromie. Dziś to właśnie one rozsławiają kościół w całej Polsce. Od ponad roku zwiedzający kościół mogą oglądać je nie tylko, w nieco już wyblakłym, oryginalne, ale także za pomocą narzędzia, jakim jest spacer po świątyni w goglach wirtualnej rzeczywistości. Ta forma zwiedzania pozwala im też odkryć coś, czego pewnie nie potrafiłby dostrzec gołym okiem – unikatowe polichromie na tynkach pokrywających elewację, w postaci przedstawienia ukrzyżowanego Chrystusa. Nie znam drugiego takiego średniowiecznego malowidła pokrywającego tynki zewnętrzne świątyni. Świerzawski kościół, choć w znacznej mierze pozbawiony swojego wyposażenia jest obiektem, w którym wnikliwie i bez pośpiechu możemy studiować średniowieczne polichromie ścienne o różnej tematyce oraz malowane empory, dodane w XVI w., kiedy kościół pełnił rolę ewangelickiego domu modlitwy.


Kontemplować patynę
Zupełnie inaczej wygląda zwiedzanie kościołów, które nadal pełnią swoją funkcję sakralną.
Pierwszym wyzwaniem jest trafienie na odpowiedni moment, kiedy świątynia jest akurat otwarta. W przypadku wiejskich kościołów jest to możliwe najczęściej raz w tygodniu podczas niedzielnego nabożeństwa. A takie właśnie miejsca warto zwiedzić, ponieważ często zdarza się, że znajdują się w nich zabytki sprzed setek lat, które „nie uległy” jeszcze konserwacji i możemy kontemplować na nich wiekową patynę. Z takich między innymi pobudek postanowiłam zwiedzić kościół pw. św. Mikołaja w Świnach (tak, to tuż obok znanej średniowiecznej warowni) oraz kościół pw. św. św. Piotra i Pawła w Lubiechowej na Pogórzu Kaczawskim.

Do odwiedzenia pierwszego z nich skłoniła mnie informacja o zachowanym oryginalnym drewnianym wyposażeniu z końca XVI i z początku XVII w. Do drugiego natomiast zawiodły mnie nie tylko niesamowite polichromie, ale także informacja, że na “plecach” manierystycznego ołtarza znajduje się podpis jego twórcy, Tobiasa Scheibella z Jeleniej Góry złożony w 1613 roku. Nie było innego wyjścia, jak udać się do obu kościołów na niedzielną mszę i mieć nadzieję, że po niej będzie możliwość zostać trochę dłużej, aby zwiedzić i wykonać fotografie. Kościółek w Świnach jest malutki. Choć prawie cały był tego dnia wypełnionych, na mszy było zaledwie 40 osób. Ku mojemu zdziwieniu po nabożeństwie nie tylko ja nie opuściłam kościelnych murów.
Nie zabraniał wchodzi do prezbiterium czy na chór. Wręcz przeciwnie – sam pokazywał ciekawostki, na które człowiek podekscytowany tą chwilą swobody mógłby nie zwrócić uwagi. Mało tego, opowiadał zgromadzonym zainteresowanym zwiedzaniem wszystko, czego przez lata dowiedział się o tej świątyni, czy też pamiętał z własnego długiego życia, które spędził w Świnach, czy z opowieści rodziców i dziadków. Rzeczywiście, nie zawiodłam się. Poza drewnianymi ławkami z końca XVI w. i początku XVII w., udało mi się odkryć barokowy instrument (chyba nigdy nie konserwowany), klęcznik, chrzcielnicę, obrazy czy całopostaciową płytę nagrobną młodziutkiej Ursuli von Zedlitz, która zmarła tragiczną śmiercią samobójczą w wieku zaledwie 17 lat, połykając igłę, ponieważ nie dane jej było związać się z ukochanym. Cieszę się, że zobaczyłam kościół i jego wyposażenie jeszcze w 2024, ponieważ prace konserwatorskie już się zaczęły i postępują. Po odnowieniu (sama płyta nagrobna jest już także po konserwacji) wszystko błyśnie w oczach zwiedzających pełnym blaskiem, ale też straci nieco tego przykurzonego uroku wiekowej patyny i autentyczności.
Nasze, czyli parafian
Zachęcona dobrym doświadczeniem zdobytym na Świnach, w kolejną niedzielę udałam się na mszę do Lubiechowej. Doskonale znam już tamtejsze niesamowite polichromie, odkryte podczas badań w latach 60. ubiegłego wieku. Tym razem moim celem był konkretnie manierystyczny ołtarz, a raczej to, co skrywa z tyłu. I tu podobnie, po mszy spora grupa ludzi została w świątyni, jednak nie po to, aby ją zwiedzać, a modlić się. Sądząc po zaintonowanych pieśniach, miała to być dłuższa „chwila”. Cóż było robić? Wyjść? Czekać kolejną godzinę? Postanowiłam zaryzykować jednak zwiedzanie. Przy każdym wykonanym zdjęciu czułam ciężar spojrzeń i wzmagającą się modlitwę. Wiedziałam, że jestem intruzem i robię coś bardzo nie na miejscu. Sfotografowanie ołtarza były już właściwie ostatecznym świętokradztwem, po którym trzeba było pierzchnąć czym prędzej. Całe moje zwiedzanie nie potrwało więcej niż pięć minut.

Później dowiedziałam się od miejscowego regionalisty i znawcy zabytków tego obszaru, że należało pojawić się jednak przed mszą, wtedy możliwe byłoby swobodniejsze rozejrzenie się po świątyni. Mam zatem lekcję na przyszłość. Tylko, czy zwiedzania takich miejsc nie da się naprawdę pogodzić z ich funkcją sakralną?
Z jednej strony rozumiem podejście parafian – mają poczucie, że to miejsce należy do nich i powinno służyć jedynie modlitwie. Z drugiej strony dziedzictwo kulturowe należy do nas wszystkich, także tych, którzy postrzegają wyposażenie kościelne bardziej w kategorii dzieła sztuki czy zabytku. Czy nie byłoby możliwe udostępnienie wiejskich kościołów do zwiedzania w określone dni i godziny tygodnia, tak by jedna i druga grupa nie czuła się nieswojo?
Z tym retorycznym pytaniem na końcu języka postanowiłem jeszcze sprawdzić, jak się rzeczy mają w przypadku użytkowanego kościoła ewangelickiego. Padło na jedno z dzieł słynnego Langhansa – wałbrzyski kościół Zbawiciela. Tam ksiądz sam zorganizował nocne zwiedzanie. Po zakamarkach zaciemnionej świątyni przemieszczaliśmy się niewielką grupą. Klasycystyczna architektura i charakterystyczne ewangelickie wyposażenie robi niesamowite wrażenie także po zmroku. Ksiądz opowiedział nie tylko o historii samego kościoła, pokazał skrytki, ale także pozwolił nam posłuchać dźwięku potężnych organów z bliska, zajrzeć do piszczałek, a nawet sam zabrał nas, żebyśmy zobaczyli, co skrywa przestrzeń za ołtarzem. A po zwiedzaniu… dla wszystkich, którzy chcieli zostać zafundował opowieść o tym, jak funkcjonuje kościół ewangelicki, tak nam bliski, a wciąż tak mało poznany. Sądząc po entuzjazmie zadających pytania, wywnioskowałam, że chyba kilka owieczek może dołączyć do kolejnego nabożeństwa. I tak, można by powiedzieć “wilk syty i owca cała” – ciekawscy dostali możliwość zwiedzania, a ksiądz nienachalnej ewangelizacji.
Nie ma zatem reguły i gotowego przepisu na odkrywanie skarbów dziedzictwa skrytych w wiejskich kościołach czy za ołtarzem. Raz warto przyjść na mszę a innym razem przed mszą.
Najbardziej komfortowe jest jednak „legalne” zorganizowanie zwiedzanie. Oby więcej proboszczów pomyślało o jakieś formie udostępnienia progów swoich świątyń. Na razie jednak pozostanie to jeszcze nieco ekstremalną formą turystyki dziedzictwa, z niemałym dreszczykiem.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje się jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty bądź aktualnego numeru!







