Fot. NAC
- dlaczego w uzdrowiskach królowały budynki z drewna
- kiedy polskie zdroje zaczęły podupadać
- jak przejawiał się patriotyzm wśród kuracjuszy
Co łączyło Marię Konopnicką, Henryka Sienkiewicza, Jana Paderewskiego, Helenę Modrzejewską i Jana Matejkę?
Wszyscy jeździli do rodzimych uzdrowisk.
Lista słynnych kuracjuszy jest o wiele dłuższa.
przybyli, aby po prostu odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku. O tym, co ich przyciągało, jak mógł wyglądać pobyt oraz czy podróż „do wód” była jedynie modą, czy patriotycznym obowiązkiem, opowiada Grażyna Ruszczyk w monografii „Drewniana architektura uzdrowisk polskich w XIX i na początku XX wieku”.

Garść statystyk
Drewniany domek łaziebny w Krynicy, będący zalążkiem jednego z największych uzdrowisk na ziemiach polskich, kilka lat po otwarciu w 1794 roku mógł liczyć na kilkudziesięciu kuracjuszy w sezonie. Gdy miejscowość oficjalnie uznano zdrojem kąpielowym i sprowadzono stale rezydującego lekarza, liczba gości wzrosła do kilkuset. W drugiej połowie XIX stulecia do Krynicy wabiło przede wszystkim nazwisko Józefa Dietla. To za czasów ojca polskiej balneologii i jego następców kurort przeżywał rozkwit: powstawały kolejne obiekty lecznicze, pensjonaty, intensywnie prowadzono działalność kulturalną z Teatrem Modrzewiowym na czele, a poprowadzona wkrótce linia kolejowa (w 1876 roku do Muszyny, w 1911 – do Krynicy) rozpoczęła modę na podróż „do wód”.


W rankingu wyprzedziła zatem podkarpacki Iwonicz (niemal dwukrotna przewaga pod względem liczby gości) czy leżący dziś w granicach Ukrainy Truskawiec (blisko trzykrotnie), ustępując jedynie równie słynnemu Ciechocinkowi
oraz najmłodszemu w zestawieniu Zakopanemu.
Ten ostatni, działający przez cały rok kurort, status stacji klimatycznej uzyskał dopiero w 1886 roku, ale już w 1912 roku zawitał tam dwunastotysięczny klient – według spisu oficjalnego, gdyż na liście nieoficjalnej widniało ok. 30 tysięcy nazwisk.

Autorka monografii o drewnianej architekturze polskich uzdrowisk przytacza te statystyki jedynie po to, aby zobrazować skalę popularności ośrodków. Jej opowieść z pogranicza rozprawy naukowej i eseju historycznego sięga o wiele głębiej i szerzej. Ruszczyk oprowadza czytelników po meandrach polityczno-gospodarczych decyzji dotyczących budowy i rozwoju kurortów, nie tracąc z oczu wymiaru społecznego. Jej ogromna wiedza poparta tekstami źródłowymi, przystępny język umiejętnie balansujący między faktami a ciekawostkami oraz imponujący materiał ikonograficzny czynią tę podróż niezwykle pouczającą i inspirującą.


Drewno rządzi
Drewniana zabudowa dominowała w krajobrazie wsi i miasteczek w XIX i na początku XX wieku. W miejscowościach leczniczych wykorzystywano ów materiał nie tylko ze względu na niską cenę, łatwy dostęp czy szybką obróbkę. Liczyły się też zwrot nakładów i zysk, a te ułatwiały przepisy umożliwiające zamieszkanie w drewnianym domu zaraz po zakończeniu budowy – w przeciwieństwie do konstrukcji murowanych, które zgodnie z obowiązującym prawem musiały co najmniej rok schnąć i wietrzyć się przed oddaniem do użytku. Okolicznością sprzyjającą była również sezonowość zdrojowisk – niezamieszkane zimą nie musiały być opalane. Chociaż pojawiały się elementy murowane z cegły czy kamieni (w Busku i Nałęczowie używano wapienia, w Krynicy – piaskowca) oraz metalowe (na przykład stalowa konstrukcja fotograficznego atelier Awita Szuberta w Szczawnicy), to zdecydowanie królowała architektura drewniana.
Aby wyjaśnić ten fenomen, Ruszczyk przywołuje kontekst europejski. Na konkretnych przykładach pokazuje inspiracje stylem szwajcarskim (niezachowane domy przy głównym deptaku w Krynicy: „Pod Topolami”, „Pod Szwajcarem”, „Pod Trąbką”) lub rozwiązania wyrastające z budownictwa szkieletowego różnych krajów. Czyni to nie po to, żeby zdemaskować kopiowanie zachodnich wzorców przez rodzimych konstruktorów, ale by podkreślić ich ambicje w próbie dorównania zagranicznym ośrodkom i pokazać proces wypracowania własnego nurtu w architekturze, silnie zakorzenionego w tradycji romantycznej i lokalności. Badaczka podsumowuje:
„W architekturze murowanej podejmowano różne próby, w drewnianej zaś na początku lat 90. XIX wieku udało się stworzyć styl regionalny, zwany zakopiańskim, wkrótce okrzyknięty mianem narodowego.
Kształtował się on pod wpływem nurtów filozoficznych, artystycznych, społecznych i politycznych, charakteryzujących kulturę europejską przełomu wieków. (…) Badacze twórczości Witkiewicza doceniają wpływ różnych źródeł inspiracji na artystę. Jedni podkreślają silne oddziaływanie stylu rosyjskiego (…), inni poszukiwań prowadzonych przez architektów europejskich, w tym norweskich, i amerykańskich. Jednak wpływy stylu szwajcarskiego, którego wytwory Witkiewicz codziennie oglądał, są najbardziej czytelne”.

Takie holistyczne podejście, uwzględniające szeroką gamę zjawisk i tendencji, Ruszczyk prezentuje w całej monografii. Mimo że w publikacji znajdziemy wiele szczegółowych informacji o 13 najstarszych, największych i najpopularniejszych miejscowościach kuracyjnych znajdujących się na terenie Królestwa Polskiego (Busko, Ciechocinek, Nałęczów, Otwock, Solec), zaboru rosyjskiego (Druskienniki, Połąga) i Galicji (Iwonicz, Kosów, Krynica, Szczawnica, Truskawiec, Zakopane), to są one przedstawione niekoniecznie chronologicznie, a problematycznie. Analiza porównawcza konstrukcji ścian, tynków czy dekoracji sprawia, że architektoniczne detale nie nudzą laików, a wręcz zachęcają do zgłębienia tematu.

Powolne odchodzenie
Architektura uzdrowiskowa nie była dotąd tak częstym tematem prac naukowych jak chociażby historia balneologii, a zwykle opis zabudowy murowanej odbywał się kosztem drewnianej. Niniejszą monografią Ruszczyk odwraca te proporcje. Jej
książka przypomina ekskluzywny katalog domów zdrojowych, łazienek, hoteli i pensjonatów, pijalni wód, altan nad źródłami oraz galerii spacerowych zgrabnie wplecionych w spójną narrację wykraczającą niekiedy poza tematykę stricte architektoniczną.
Wrażenie to potęguje bogaty zbiór ilustracji – szkiców, planów, grafik, czarno-białych zdjęć archiwalnych oraz barwnych fotografii współczesnych – znakomicie dobranych do opisów stworzonych przez autorkę. Cenniejszych tym bardziej, że przywracających do życia budynki już nieistniejące.
Omawiając poszczególne formy i style, Ruszczyk stara się wysnuć ogólne wnioski na temat wyglądu i funkcjonowania uzdrowisk na ziemiach polskich. Wychwytuje podobieństwa, punktuje różnice, dostrzega nieścisłości, weryfikuje dokumenty, wydobywa z niepamięci nazwiska, pomysły i marzenia. Dzięki krytycznemu spojrzeniu udaje jej się stworzyć precyzyjny i interesujący obraz drewnianej architektury bez sentymentalnych dygresji, o które nietrudno w opowieściach z przeszłości.
2. Fot. Biblioteka Narodowa Polona
Z monografii badaczki wyłania się obraz uzdrowisk jako sprawnie funkcjonujących komórek organizacyjnych, samowystarczalnych osad. Sytuacja ta zmienia się diametralnie po wybuchu wojny.
O ile po pierwszym światowym konflikcie zbrojnym podjęto mniej lub bardziej udaną próbę reanimacji kurortów, o tyle system komunistyczny narzucony społeczeństwu polskiemu po 1945 roku był początkiem końca architektury drewnianej. Ruszczyk upatruje winy głównie w upaństwowieniu zakładów leczniczych i intensywnej eksploatacji budynków. Po 1989 roku sytuacja wcale nie wyglądała lepiej: państwowe przedsiębiorstwa sanatoryjne upadały, spółki lub prywatni właściciele nie byli zainteresowani remontem, a nierzadko celowo doprowadzali budynki do opłakanego stanu, by następnie je rozebrać. Badaczka wspomina o staraniach służb konserwatorskich, które prowadziły dokumentację architektury w formie kart ewidencyjnych zabytków oraz gromadziły opracowania historyczno-urbanistyczne miejscowości. Miało to na celu „stworzyć szersze podstawy dla planowanej ochrony tego niezwykle bogatego i oryginalnego zespołu, mogącego po remoncie i odpowiedniej adaptacji stać się atrakcją w skali międzynarodowej”.

Fragment wypowiedzi Hanny Pieńkowskiej, Wojewódzkiej Konserwatorki Zabytków w Krakowie, dotyczył co prawda Krynicy, ale ten sam cel przyświecał zleceniodawcom i autorom innych opracowań. Jak podkreśla Ruszczyk:
„Stanowiły one jednak znikomą część potrzeb w tym zakresie. Obejmowały zabytki o największej wartości architektonicznej lub historycznej, podczas gdy większość drewnianych domów nie miała żadnej dokumentacji i nie była i nie jest wpisana do rejestru zabytków, a nawet do ewidencji. Zatem znikając z krajobrazu, bezpowrotnie znikają również z pamięci”.
Leczenie patriotyczne
Polskich uzdrowisk nie należy traktować jedynie jako ośrodków zdrowia. W końcu nie chodziło w nich tylko o to, by wyleczyć ciało, lecz przede wszystkim duszę.
Jeśli w XVIII wieku panowała moda na wyjazdy „do wód” europejskich, to z początkiem następnego stulecia zaczęto doceniać rodzime tereny. O ile wcześniej o wyborze polskich zdrojów decydowały niższe koszty podróży i pobytu, o tyle w XX wieku silnie akcentowano obowiązek patriotyczny. W dodatku kurorty powoli wyrastały na centra życia artystycznego. „Zakładano biblioteki i czytelnie”, „urządzano wieczory poetyckie, muzyczne, spotkania z pisarzami i innymi artystami”, „organizowano gry i zajęcia sportowe, zwiedzanie zabytków i dziwów natury w sąsiednich miejscowościach” – wymienia Ruszczyk.

Z inicjatywy gości w sąsiedztwie źródeł stawiano nawet kapliczki. Drewniane budowle sakralne urozmaicały architekturę między innymi Ciechocinka, Iwonicza i Zakopanego. Do religii nawiązywały również nazwy poszczególnych willi: „Pod Matką Boską” lub „Pod Bogarodzicą”. Polskość miały podkreślać symbole narodowe, ważne wydarzenia lub postaci historyczne patronujące domom zdrojowym: „Polonia”, „Orzeł Biały”, „Szczerbiec”, „Kościuszko”, „Krakus”, „Szopen”. Nie brakowało bohaterów literackich lub nazw geograficznych: „Świtezianka”, „Grażyna”, „Rusałka”, „Morskie Oko”, „Mazowsze”. Najczęściej, jak podkreśla badaczka, wykorzystywano imiona żeńskie, wśród których królowała „Zofia”.
„[…] podróż łatwa, miejscowość piękna i kuracja dobra, o czym coś wiem, bo sam jej dużo zawdzięczam” – zachwalał Bolesław Prus na łamach „Kronik tygodniowych” uzdrowisko w Nałęczowie.
Józef Ignacy Kraszewski akcję powieści „Wielki Nieznajomy” przeniósł do Krynicy, zaś autor „Quo vadis” udzielał dowcipnych rad gościom Szczawnicy. Ruszczyk utrwaliła w swojej monografii drewniany krajobraz uzdrowisk polskich nie tylko „na pamiątkę”, lecz by zaalarmować o niszczejącym dziedzictwie, które przynajmniej częściowo można jeszcze uratować.

Grażyna Ruszczyk, „Drewniana architektura uzdrowisk polskich w XIX i na początku XX wieku”, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa














