Karolina Lanckorońska podczas uroczystości nadania jej tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, maj 1990 r.
Karolina Lanckorońska podczas uroczystości nadania jej tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, maj 1990 r.
Fot. PAUart, domena publiczna
Wywiady

Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską

Karolina Lanckorońska, postać-monument. Wysoka, chłodna, nieprzystępna. Uczona, arystokratka, więźniarka Ravensbrück, filantropka. Jak to się mówi: kobieta-instytucja. Ale każdy monument ma rysy. O nich rozmawiamy z Marcinem Wilkiem, autorem biografii „Jedyna”, pytając nie tylko o fakty, lecz także o przemilczenia, o strażników pamięci, o emocje wyczyszczone z archiwów i o legendę, która wciąż nie chce ustąpić miejsca człowiekowi.


Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska – sesja portretowa, stykówka , odbitka żelatynowo-srebrowa, ok. 1939 r.

Twoja „Jedyna. Biografia Karoliny  Lanckorońskiej” cieszy się ogromną popularnością. Rozmawiamy o niej jednak z innego powodu: oboje w jakimś stopniu poznaliśmy jej bohaterkę.

Ja nie, ty tak.

Lanckorońska zmarła w 2002 roku,

na długo nim się nią zainteresowałem.   

Mówię w jakimś stopniu, bo mimo, że odwiedzałam ją wielokrotnie podczas trzymiesięcznego stypendium w Rzymie w 1995 roku, to więcej dowiedziałam się od niej o sztuce, zabytkach, historii niż o niej samej. Była jedną z najbardziej broniących do siebie dostępu osób, z jakimi się zetknęłam. Nie w znaczeniu towarzyskim, lecz psychicznym. Zafascynowała mnie od pierwszego spotkania, mimo, że krążyły legendy na temat jej pryncypialności, oschłości, ciętego języka. W dodatku była bardzo wysoka, miała niski głos, zamaszyste ruchy i budziła strach do tego stopnia, że niektórzy mężczyźni mdleli na jej widok. Pracowałam wtedy w  Gazecie Wyborczej (a było to już po tym, gdy podarowała Polsce kolekcję bezcennych dzieł sztuki) i chciałam z nią zrobić wywiad. Kategoryczne odmówiła tłumacząc, że już kiedyś nie zgodziła się na rozmowę  z kimś bliskim, więc musi być konsekwentna. Robiłam więc tak: po spotkaniach na gorąco spisywałam to, co mówiła. Skutkiem tego był

szkic do portretu „Karla” w Wysokich Obcasach w 2001 roku z okazji jej 103 urodzin. I tak cud, że to wydrukowali, bo ówczesna redaktorka początkowo próbowała mi odradzić ten temat, pytając co Lanckorońska takiego zrobiła, że zasługuje na portret.

A przecież ona rok wcześniej przekazała Polsce największy dar w historii polskiego muzealnictwa. Bezcenny.

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska, ok. 1988 r.

Ciekawe, bo ona wcześniej była znana tylko wąskiej grupie osób, a dopiero po tym zaczęła się jej sława.

Ale co ciebie skłoniło do napisania tej książki? Bo mimo twojego wieloletniego zaangażowania wyszła raczej  hagiografia – żywot „świętej” uczonej, filantropki, patriotki, pedagożki, mecenaski.

Już pierwszy rozdział pt. „Wniebowzięta” zaczyna się od słów, że do nieba trafiła dwukrotnie.

Tak się kształtuje złotą legendę. I tu powinnam się przyznać, że właśnie dlatego nie zdecydowałam się napisać jej biografii, ponieważ już robiąc jej portret ponad 20 lat temu zrozumiałam, że pewnych wątków z jej życia nie będę mogła poruszyć. Niestety odeszło też kilka osób, które z nią były blisko i były bardziej otwarte, ale nadal jest wielu strażników pamięci, którzy strzegą tajemnic lub wymazują niektóre fakty.

Moja praca rzeczywiście trwała 6 lat, ale w międzyczasie była pandemia, zamknięte biblioteki i archiwa. W dodatku po drodze byłem hamowany wątpliwościami, związanymi z natłokiem materiałów. Dostawałem stosy dokumentów, ale w rzeczywistości więcej zasłaniały niż odsłaniały.

Ale i tak musiałeś przez to przebrnąć.

I nie żałuję tego, bo nawet w takiej oficjalnej korespondencji można było wydziobać okruszki, którymi podsypywałem tę opowieść. To były drobiny, w których widać było cechy jej publicznego wizerunku: styl komunikacji z innymi, jej inteligencję, ale również ironię, empatię lub jej brak. Potrafiła przecież być histeryczna, oschła, apodyktyczna, nie znosząca sprzeciwu, narzucająca swoją wolę.

Nawet dramatyczna i egzaltowana jak w tej scenie, gdy rozłożyła futro na posadzce Sykstyny, padła na nie i lornetkowała z dołu „Sąd ostateczny”  Michała Anioła. Zofia z Sulików Żabina, po wojnie podopieczna Lanckorońskiej wspominała,  że  nie można powiedzieć o niej, że była miła i ciepła. Nie chodziło się do niej na plotki ani po to, by doznać ulgi po tzw. wywnętrzaniu się. Ale jeśli któraś z nich miała jakąś sprawę wymagającą praktycznej pomocy, to wtedy udawały się do pani Karli jak w  dym.

Fot. Foto-Kutschera / PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska na wiedeńskiej ulicy, ok. 1930 r.

Maria Kulczyńska natomiast: „Najbardziej charakterystyczną cechą Karli przed wojną była bezkompromisowość w każdej dziedzinie i w każdym wymiarze. Gdy po latach obie z Lalą Łobarzewską poznałyśmy tę nieprzeciętną osobowość w wydaniu ‘na co dzień’, szeptałyśmy – nie bez kobiecej złośliwości – że

Karla tak gardzi doczesnymi dobrami, iż nie zauważa, że ubiera się u najlepszych krawców wiedeńskich i londyńskich, a z pogardy dla kosmetyków używa tylko wyrobów Elizabeth Arden. Karla była bardzo bogata i naprawdę nie dostrzegała, iż jej ‘spartański’ tryb życia jest ogromnie kosztowny.

Jej lwowskie mieszkanie było kilkupokojową kawalerką, urządzoną bardzo surowo w stoły i ławy, ale sprowadzane z Włoch i nie młodsze niż z XVI wieku!”.

Domyślam się, że część spraw została ukryta przed tobą, ale niektóre chyba wyczyściłeś sam? Wiedziałeś przecież, że po wojnie w jakiś sposób kochała się w księdzu Walerianie Meysztowiczu, z którym założyła w 1945 roku Instytut Polski w Rzymie? Wiem to z kręgu najbliższych jej osób. Zresztą jest w twojej książce fotografia, gdzie stoi obok niego i wyraźnie widać tam emocje…

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Twórcy Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie: ks. Walerian Meysztowicz, Karolina Lanckorońska i Henryk Paszkiewicz, ok. 1965 r.

Nie znałem tego faktu. Bardzo mało wiedziałem i nadal mało wiem o jej życiu prywatnym, to bywało frustrujące. To, co napisałem o szwajcarze, Carlu  Burckhardtcie, po I wojnie delegacie Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, który wiele lat potem wyciągnie Karolinę z obozu w Ravensbrück, i polskim dyplomacie Edwardzie Raczyńskim, późniejszym prezydencie RP na Obczyźnie  – odrzuconych przez nią kandydatach do jej ręki – uważam za słabo udokumentowane.

Ale też miałeś pecha, bo już odeszli ludzie, którzy mieli odwagę się wypowiadać na ten temat.

Część osób wprost mi odmówiło. Argumentowali, że ze względu na szacunek i na to co wiedzą, nie mogą ze mną rozmawiać. Ok, to uważam za uczciwe postawienie sprawy. Ale pojawiało się też wiele osób, które koniecznie chciały pokazać się przy niej, choć w rzeczywistości niewiele wiedziały. To pokazywało, że dla niektórych była – mówiąc językiem współczesnych gwiazd – idolką.

Dziś przeważają jednak strażnicy prawdy.

Myślę, że to było moje i przekleństwo, i pech, i błogosławieństwo. Paradoksalnie to  sprawiło bowiem, że książka mogła się ukazać. Gdybym wiedział o tych wszystkich komplikacjach i sprawach, to bym nigdy jej nie zamknął. Natomiast tutaj była czysta sytuacja, w której wykonałem pewien, olbrzymi zresztą, zakres zadań. Zbadałem jak najlepiej dostępny materiał i przepytałem możliwie jak najwięcej osób, które zgodziły się na rozmowę, i na bazie tego napisałem to, co było możliwe. Wydaje mi się, że w tym sensie moja opowieść jest jedyną – to też aluzja do mojego tytułu – możliwą, która mogła się teraz pojawić. I ta opowieść w takim kształcie pokazuje, jak mocno Lanckorońska obwarowała swoje życie prywatne.

To, że ktoś nie powiedział mi pewnych rzeczy pokazuje, że świat nie jest jeszcze gotowy na tę prawdziwą, głębszą i intymną Lanckorońską.

Z drugiej strony porządkując to, co dostałem, wiele się dowiadywałem i w książce zadaje wiele pytań, świadomie uchylając drzwi. Na odpowiedzi, być może, przyjdzie jeszcze czas.

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Małgorzata Lanckorońska z dziećmi: Karoliną, Adelajdą i Antonim. Frauenwald, ok. 1914 r.

Mimo to, sporo znalazłeś. Co sam odkryłeś?

Wydaje mi się, że do takich odkryć należą perypetie rodzinne, a zwłaszcza skomplikowane relacje między matką a rodzeństwem. To ważne, bo to, moim zdaniem, ukształtowało emocjonalną, psychiczną konstrukcję Lanckorońskiej. Paradoksalnie nie II wojna światowa, podczas której jest już dojrzałą, ponad 40-letnią kobietą, ale rodzina stanowić może klucz do jej poznania. W tym sensie ona była na wojnę przygotowana, wcześniej, w domu, przeszła szkołę trudnych doświadczeń. Ojciec, tak dla niej nieważny, był z niej dumny, ale czy ją kochał?

Wywierał ogromny wpływ. Nie chciał, by poszła na studia, za mezalians uważał  ewentualne małżeństwo z Burkhardtem, i odradzał związek z Raczyńskim. Na pewno brak miłości w rodzinie musiał rzutować na jej problemy  emocjonalne.

To jest więc, jak myślę, klucz. Zauważ, że patrząc niejako z szerszej perspektywy, całego życia, dostrzec można różne przykłady jej zahamowań. Ten brak ciepła ją ukształtował. Zwłaszcza relację z matką należały do trudnych, wiem to z listów. Nikt na to wcześniej nie zwrócił uwagi. Wspomina o tym między innymi Lech Kalinowski. Dla mnie to wiedza o braku dobrych relacji i tego, że jak ją wykształcił, wykuł dosłownie ojciec, to ważna podpowiedź do czytania jej życia. Oczywiście nie bez znaczenia w tym wszystkim jest też to, że była wychowana w pewnym XIX-wiecznym etosie emocjonalnej powściągliwości…

Fot. Pietzner Carl / PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Małgorzata Lanckorońska von Lichnovsky z córką Karoliną i synem Antonim. Wiedeń, 1902 r.
Fot. PAUart
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska podczas zabawy „w konika” z dzieckiem (nieznanym). Rozdół, park przy pałacu, ok. 1920 r.

Jeszcze jedna skrywana tajemnica. Matka była zwolenniczką Hitlera, o czym dowiedziałam się od Lecha Kalinowskiego. Jak to wpłynęło na polską patriotkę Karolinę, bo na pewno rzutowało na ich relacje? Czy miało wpływ na uprzywilejowaną pozycję Lanckorońskiej w obozie? Z drugiej strony dlaczego nie wyciągnęła jej z niego? Karla nigdzie nie wspomina o matce.

Moim zdaniem ta dysfunkcyjna rodzina sprawiła, że ona stała się tak twarda, przetrwała więzienia i obóz i parła naprzód, chociaż nie wiemy, jakie były wewnętrzne koszty tego wszystkiego.

Mam pewne przypuszczenia, na podstawie opisu jej snów, o których w książce wspomina u mnie jej pielęgniarka, Alicja Lesisz. Swoją drogą: cały czas nie daje mi spokoju myśl, czy na pewno nie zostawiła dzienników.

Wątpię. To mogłoby narazić ją na zdemaskowanie.

Może by się rozsypała, gdyby zaczęła taką dziennikową psychoanalizę? Musiała nad wszystkim panować, skoro nawet w korespondencji z przyjaciółkami ukrywa emocje i każe zniszczyć wszelkie ślady prywatności z archiwum PAU? Jedyna dopuszczalna forma ujawniania uczuć to żart.

Jest jeszcze jedna historia, nie do końca opowiedziana przez nią samą, która mnie zastanawia. Chodzi o pobyt w Ravensbrück. Kolejna zagadka. Zwłaszcza kwestia konfliktu z francuskimi Żydówkami. To z wielu względów trudny do zbadania temat i też poniosłem pewną porażkę. Wiem o pewnym traumatycznym wydarzeniu z jej życia już po wojnie, jednak związanym z tym pobytem, ale nie mogłem dotrzeć do jego źródeł. Po cichu liczę, że ta książka otworzy te różne śluzy.

Jedną z nich są „Wspomnienia wojenne”, przez które się jakby prześlizgujesz.

Mam do nich jako historyk dystans, jak do literackiego dzieła, a trochę mnie fascynują, bo ona sobie nimi buduje swój autoportret. To jest bardzo sprytnie i inteligentnie napisana opowieść, w której z jednej strony masz poczucie, że dotykasz codzienności, ale równocześnie nie dowiadujesz się wiele o emocjach narratorki. Kiedy czyta się pod włos te wspomnienia, to właśnie widać tam, jak bardzo ta afektywna warstwa jest wyczyszczona. To jest dla mnie szalenie ciekawie. Sądzę, że ona miała taką dyspozycję. Takie pisanie szło jej naturalnie i bezwiednie, nie musiała nawet tego kontrolować.

Gwoli ścisłości wielu świadków podkreśla jej brak ciepła i serdeczności, ale robiła też wiele dla innych, zwłaszcza po wojnie: dostarczała leki, ubrania, żywność, opiekę, pieniądze, uposażała biblioteki publiczne i prywatne, zapraszała na święta, przesyłała smakołyki. Ktoś się pewnie żachnie, ale dzięki niej sporo osób całkiem dobrze sobie żyło w tych siermiężnych powojennych czasach w Polsce. Wracając do „Wspomnień wojennych” to mnie zastanawia, ile razy Karolina je przeredagowywała i dlaczego zdecydowała się tak późno je wydać?

Chciała je wydać tuż po wojnie, ukazał się jednak tylko fragment, po francusku. Wydanie całości było niemożliwe, był z tym problem.

Jaki?

Polityczny przede wszystkim. Ale być może też literacki.

Co to znaczy?

To jest opowieść kogoś, kto bardzo chce coś powiedzieć, ale zarazem nie mówi wszystkiego. I to się czuje.

1. Fot. Paul Boissonnas / PAUart, domena publiczna
2. Fot. PAUart, domena publiczna
Karolina Lanckorońska, Genewa, 1945 r.
Karolina Lanckorońska, ok. 1950 r.
Karolina Lanckorońska, ok. 1945-1950 r.

Chcesz być na bieżąco z przeszłością?

Widziałem co najmniej dwa maszynopisy, w których były poprawki. Są tam pojedyncze poprawki, na przykład „w 2 dni” na „wkrótce”, ale też „żydzi” na „Żydzi”. Zresztą kwestia stosunku do Żydów czy klas społecznych jest kolejnym tematem otwartym. Trochę już wiadomo, ale chętnie bym się dowiedział więcej.

Kolejnym ciekawym wątkiem jest jej stosunek do religii, a zwłaszcza do duchowieństwa. Znała kardynała Sapiehę od dziecka, w Rzymie, gdzie mieszkała po wojnie do samej śmierci, spotykała się z Janem Pawłem II, wiadomo, że się z nim wadziła w niektórych kwestiach liturgicznych. Ale co ją przyciąga do Deskura, Meysztowicza i innych albo może to ona przyciąga ich? Jej aseksualność, arystokratyczność, zasługi naukowe i pedagogiczne,  działania na rzecz Polaków na obczyźnie. Bo nie chcę imputować, że jej filantropijność tylko… Uważasz, że była  antyklerykalna, ale miała tam te swoje sprawki z Panem Bogiem: modliła się, choć krótko jak mi kiedyś powiedziała, chodziła na msze, celebrowała święta.

1. Fot. Arturo Mari / PAUart, domena publiczna
2. Fot. Felici / PAUart, domena publiczna
Karolina Lanckorońska z papieżem Janem Pawłem II, styczeń 1989 r.
Karolina Lanckorońska z papieżem Janem Pawłem II. Watykan, styczeń 1989 r.
Karolina Lanckorońska z papieżem Janem Pawłem II. Watykan, styczeń 1989 r.

Ten wątek jej relacji to też jest kolejne zadanie. Byłaby to opowieść o kościele widzianym przez pryzmat osób, ale też przez pryzmat ról społecznych i instytucji. Lanckorońska znała księży prywatnie i ciekawie byłoby przyjrzeć się temu właśnie z tej perspektywy. Znowu jednak dość skąpe są informacje na ten temat, nie sądzę, że gdyby nawet żyła, chciałaby się tym podzielić. Co ją naprawdę łączyło z konkretnymi osobami? Być może, jak chcą niektórzy, wspólnota myślenia o patriotyzmie, sentyment do świata którego już nie ma….  Dla mnie ona w ogóle bywa bardzo dwuznaczna: zaadoptowana do nowych czasów, ale też mocno tkwiąca w XIX wieku.

Powiedziała mi, że należy do pokolenia zarażonego nostalgią, tylko co to znaczy? I skąd jej słabość do mundurów? Ze szkoły benedyktynów z dzieciństwa? Na zdjęciach z młodości pozuje w uniformie pielęgniarki, po wojnie na jedynym zdjęciu, na którym wydaje się być szczęśliwa, ma mundur porucznika Wojska Polskiego. Opowiadał mi Gustaw Herling-Grudziński, który poznał ją w Rzymie, gdzie organizowała studia dla polskich żołnierzy, że była strasznie dumna z tego pobytu w wojsku. „Taka wysoka, chodziła wtedy w mundurze i była z niego dumna. Myśmy się tam trochę naśmiewali z tego. Ale z tej całej arystokracji polskiej to ona i Raczyński wybijali się po wojnie” – opowiadał.

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska z generałem Władysławem Andersem. Londyn, sierpień 1967 r.

No właśnie. I tu wracamy do tej analizy samej siebie. Ona przed tym się broniła. Bo co tak naprawdę znaczy owo słynne „poślubienie nauki”?

Brzęczą mi w uszach słowa prof. Lanckorońskiego, że jej największą ofiarą było wyrzeczenie się pracy na Uniwersytecie we Fryburgu. Twierdziła, że nie miałaby kogo uczyć, bo tam nie było Polaków. A przecież nie do końca to prawda, bo  podczas wojny było tam 500 obozów pracy. Szwajcaria po ataku Niemców na Francję internowała kilkanaście tysięcy Polaków.  Zostali całą wojnę tam, mieli trzy uniwersyteckie obozy, liceum polskie. O co więc poszło? No i po wojnie coraz mniej zajmowała się pracą naukową na rzecz wydawniczej i edukowania stypendystów.

A skąd tytuł książki „Jedyna”? Bo według „Polskiego Słownika Biograficznego” była jedyną kobietą pośród 26 Lanckorońskich płci męskiej?

Tak. Wątek emancypacyjny to był magnes, który mnie przyciągnął do niej. Naukowo badam między innymi historie kobiet. A tu mamy pierwszą kobietę na polskich uczelniach, która się habilitowała w zakresie historii sztuki. To ważny moment w historii karier kobiet na wyższych uczelniach.

Tyle, że habilitacja Lanckorońskiej, to już lata 30. XX wieku. W Europiebyło już sporo kobiet, w wieku Karli, które robiły kariery naukowe w Niemczech czy Szwajcarii, choćby Edyta Stein.

A jednak samo studiowanie kobiet wciąż było globalnie czymś nieoczywistym. Tych, które zrobiły habilitację, było jeszcze mniej. Także i pod tym względem Lanckorońska jest niebywale ciekawa. Oczywiście w jej przypadku jest też gra z kobiecością.

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska w Grecji, 1967 r.

Zgadzam się, że ta książka jest trochę jak hagiografia i pomnik, bo to biografia postaci, która zrobiła z siebie poniekąd monument i była w tym dość radykalna.

Być może też dlatego pisanie jej biografii jest takie trudne i moja książka jest, nomen omen, jedyna. Ten tytuł oczywiście to również prowokacja, wyzwanie rzucone tym, którzy wiedzą wiele więcej i którzy noszą w sobie obietnice szerszej opowieści o Karolinie. Jestem na nią otwarty. Mam intuicję, ba, wiem to, że są jeszcze rzeczy do opisania. Wiedza na jej temat może się jeszcze ujawnić, chociaż nie musi.

Powiedziałeś mi przez telefon, że już byś nie napisał innej książki, ale rozumiem, że w sytuacji natrafienia na nowe materiały zmieniłbyś zdanie?

Tak. Może jeszcze nie teraz, ale powoli myślę o kolejnym wydaniu. Spośród moich dotychczasowych bohaterek – Anny Jantar i Ireny Kwiatkowskiej – udało mi się podejść do Lanckorońskiej najbliżej. Ale wciąż jest między nami pewien dystans.

Fot. PAUart, domena publiczna
Świat nie jest gotów na prawdziwą Lanckorońską
Karolina Lanckorońska, Londyn, maj 1987 r.

Karolina Lanckorońska  (1898-2002)

Historyczka sztuki, więźniarka obozów koncentracyjnych, pedagożka, filantropka, mecenaska, wydawczyni.

W 1994 roku przekazała zamkom – wawelskiemu i warszawskiemu – najcenniejszy dar w historii naszego muzealnictwa, czyli obrazy Rembrandta, blisko 100 dzieł włoskich mistrzów, prace Malczewskiego i inne cenne przedmioty w liczbie 700.

Karolina przyszła na świat w Buchberg w Austrii. Matka, Małgorzata Lichnowsky, była Prusaczką. Ojciec, Karol po którym dostała imię był Wielkim Ochmistrzem dworu cesarskiego. Multimilioner, kolekcjoner, pochodził z jednego z najstarszych rodów w Polsce. „Karla” – jak pieszczotliwie ją nazywano – po wyrzuceniu jej z uczelni w 1940 roku wstąpiła do AK, działała w Radzie Głównej Opiekuńczej. Dostała rozkaz zbadania zniknięcia – zamordowanych jak potem odkryje – profesorów lwowskich. W 1942 roku aresztowana przez Gestapo i uwięziona w Stanisławowie. Skazaną na śmierć Lanckorońską dzięki wstawiennictwu jej brata Antoniego na dworze włoskim (o aresztowaniu siostry dowiedział się w Szwajcarii – z radia) przewieziono z rozkazu Himmlera do Berlina. Tam w więzieniu złożyła zeznania o morderstwach na lwowskich profesorach. Niemcy, bojąc się skandalu, wyrok  śmierci zamienili Karli na obóz koncentracyjny. W Ravensbrück była więziona dwa lata i trzy miesiące. 5 kwietnia 1945 r. została zwolniona dzięki Burckhardtowi. Osiadła w Rzymie. Przy Drugim Korpusie gen. Andresa jako Public Rellations Officer organizowała dla Polaków, na przekór woli ówczesnego ambasadora PRL we Włoszech prof. Stanisława Kotta, wyższe studia w Rzymie, Bolonii, Turynie oraz w Wielkiej Brytanii. Lanckorońska ulokowała na włoskich uczelniach blisko 1300 polskich żołnierzy. W 1946 roku z ks. prałatem Walerianem Meysztowiczem założyła Polski Instytut Historyczny w Rzymie. Osiem lat później instytucja zaczął wydawać pismo „Antymurale” („Przedmurze”) poświęcone historii Polski. W 1960 roku ukazał się pierwszy z ok. 80 tomów (!) serii „Elementa ad Fontium Editiones”, zawierający niedostępne w kraju materiały źródłowe do dziejów Polski, najdłuższa seria źródeł jaką kiedykolwiek wydano. Pochodziły m.in. z archiwum Krzyżackiego, po wojnie przechowywanego w Getyndze. Lanckorońska dotarła do nich dzięki swoim koneksjom.

W 1960 roku brat Lanckorońskiej założył Fundusz im. Karola Lanckorońskiego. Siedem lat później dzięki sprzedaży przez Lanckoronskich lasów w Austrii rozpoczęła działalność Fundacja Lanckorońskich z siedzibą w Szwajcarii – ze stypendiów naukowych w Rzymie, Wiedniu, Londynie skorzystało do dziś kilkaset polskich uczonych. Pochowana jest  w Rzymie na Campo Verano, za bazyliką San Lorenzo fuori le mura.

Marcin Wilk jest autorem biografii: „Tyle Słońca. Anna Jantar. Biografia”, „Kwiatkowska. Żarty się skończyły” oraz wydanej w 2025 roku „Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońskiej”. Wszystkie książki opublikował Znak. Wydał również książki non-fiction o życiu codziennym przed drugą wojną światową oraz o historii relacji psio-ludzkiej. Naukowo zajmuje się badaniem historii płci i emocji w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk.


Katarzyna Bik

Katarzyna Bik – dziennikarka, krytyczka sztuki. Publikowała w „Gazecie Wyborczej”. Była też m.in. rzeczniczką Muzeum Narodowego w Krakowie. Autorka książki „Najdroższa. Podwójne życie Damy z gronostajem”.

Popularne

Zanim zamilkł wiejski krajobraz

Młotki z własnym ornamentem do zdobienia kowalskich okuć, narzędzia do robienia rynien i chwasty, które nie były wrogiem, lecz częścią swojskiego krajobrazu. Prywatne Muzeum Wsi w Lanckoronie, to nie zbiór staroci, lecz archiwum wiedzy o świecie, w którym praca, przyroda i wspólnota tworzyły jedną trójliturgiczną całość. O tym wszystkim w kontekście roku 2026 ogłoszonego przez ONZ Rokiem Pastwisk opowiada jego założyciel Muzeum, prof. Zbigniew Mirek.