- dlaczego zabytki powojskowe stwarzają więcej urbanistycznych problemów niż cywilne
- czemu Cytadela Warszawska jest jak matrioszka
- które części gdańskiego centrum zdecydowanie trzeba odwiedzić
Co dziś robić z dawną architekturą obronną? Zamki – wiadomo. Spacerujemy po zachowanych bądź zrekonstruowanych wnętrzach albo podziwiamy ich ruiny, które w wielu przypadkach, przyznajmy, robią wrażenie nie mniejsze niż robiłyby, gdyby okoliczności historyczne pozwoliły oryginalnej bryle na dotrwanie do współczesności w niezmienionym kształcie. XVIII-wieczny sentymentalizm, a jeszcze bardziej XIX-wieczny romantyzm dowartościowały wszelkie relikty dawnych epok, uznając je za inspirujące bez względu na stan zachowania, zaś
epoka, w której żyjemy – czy tego chcemy czy nie nadal będąca pod wpływem sposobu myślenia romantyków – potrafi docenić zarówno ruiny zamku Ogrodzieniec, jak i zrekonstruowany po zniszczeniach wojennych zamek w Malborku.
W hipotetycznym scenariuszu, w którym nagle stajemy się właścicielami zamku, zakładając, że naszym celem jest wzbudzanie zachwytu – możemy z nim nie robić zupełnie nic. W dobrym stanie lub w ruinie – będzie równie „instagramowalny”.
2. Fot. NAC
Forty to nie zamki
Zupełnie inaczej wygląda sprawa w przypadku obiektów takich jak forty i cytadele. Jeszcze w XIX wieku budowano je na potęgę i unowocześniano te, które pozostały w spadku po poprzednich epokach. Wiek XX pokazał jednak, i to dosyć szybko, że masywne mury i wały obronne, nie do sforsowania przez piechotę, nie mają większego sensu, gdy zagrożenie nadchodzi z powietrza w postaci coraz doskonalszych i siejących z każdą wojną coraz większe zniszczenia bombowców. Jednocześnie stare twierdze zajmują ogromne tereny i o ile 200 lat temu nikt nie żałował 30 hektarów ziemi tuż za granicą miasta, to jednak współcześnie, gdy dawne przedmieścia stały się atrakcyjnymi dzielnicami blisko centrum, kłuje w oczy obecność ogromnej pustej przestrzeni niedostępnej dla mieszkańców. Duża twierdza lub cytadela będzie równie wielkim problemem tak w formie dobrze zachowanej, jak też jako ruina.

Ciekawych przykładów pokazujących, jak próbuje się zagospodarowywać takie miejsca, by zyskały nowe życie w oderwaniu od swojej pierwotnej, nieaktualnej już funkcji, jest w Polsce kilka. Pierwszy z nich i zarazem najłatwiejszy do przywołania to Cytadela Warszawska, która dziś jest częściowo parkiem, częściowo muzealnym kampusem, mieszczącym w sobie m.in. gigantyczne gmachy Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Historii Polski. Zwłaszcza to ostatnie formą bryły i kolorem elewacji dość radykalnie odcina się od kontekstu czerwonej cegły wszechobecnej w oryginalnych zabudowaniach z XIX wieku. To dość sprawdzone rozwiązanie – wyraźnie zamanifestować, że na starej glebie wyrasta coś zupełnie nowego, nawet jeśli bijący po oczach nowoczesnością gmach istnieje po to, by w nim opowiadać o tym, co minione. Cytadela Warszawska jest więc jak matrioszka, której najbardziej zewnętrzna część jest stara. W jej środku widzimy to, co nowe, lecz w środku nowego – znów znajdujemy stare.

Pruskie dziedzictwo
Można jednak zupełnie inaczej podejść do tego samego problemu, a żeby zobaczyć jak, trzeba wybrać się do Gdańska, gdzie od kilku lat na Górze Gradowej działa Hevelianum – ośrodek będący, zgodnie ze słowami widniejącymi na jej stronie internetowej, „nowoczesną przestrzenią spotkania z nauką, historią i kulturą”. Miejscem, w którym ową instytucję powołano do życia, jest przestrzeń wcale nienowa, gdyż Góra Gradowa – inaczej Grodzisko – to obszar, który zaczęto zabudowywać najpewniej już we wczesnym średniowieczu. Od XVI wieku odnajdywano tam dowody na istnienie dawnego osadnictwa, w tym ślady przedchrześcijańskich pochówków i wczesnośredniowieczne monety. Z tego powodu
przez kilka stuleci dość powszechnie wierzono, że to właśnie tam znajdował się pierwszy gród, z którego Gdańsk wziął swój początek. I dzisiaj zresztą nie brakuje zwolenników tej teorii.
W czasach, gdy Góra Gradowa zwana byłą Górą Gajową (Hagensbergh), teren ten stanowił własność Zakonu Krzyżackiego. W XVII wieku Georg Strakowski, który za pieniądze ze stypendium od Rady Miasta gruntownie wykształcił się w Niderlandach w zakresie inżynierii wojskowej, wzniósł na jej zboczach dwa bastiony: Jerozolimski oraz Kurkowy. Z upływem czasu fortyfikacje rozrastały się. W czasach okupacji francuskiej z inicjatywy generała François Nicolas Benoît Haxo, wybudowano tzw. Reditę Napoleońską, jednak największy wpływ na obecny wygląd tego miejsca mieli Prusacy. To, co oglądamy dziś na Górze Gradowej, to w dużej mierze owoc przebudowy dokonanej przez nich w latach 1867-1874.


Ten blisko 20-hektarowy teren użytkowany był militarnie jeszcze podczas II wojny światowej, a i po niej, gdy Gdańsk powrócił do Polski, przez kilka dekad pozostawał obszarem ogrodzonym i niedostępnym dla mieszkańców. Pomysł, by zwrócić go społeczeństwu pojawił się w okresie ożywienia gospodarczego, za „wczesnego Gierka”, jednak koncepcję urządzenia tu hotelu, hali sportowej, barów, klubów i restauracji szybko zarzucono.
Tym, którym na hasło „prace budowlane” wyobraźnia podsunęła cuda w postaci betonowo-stalowo-szklanych gmachów, które „otwierają oczy niedowiarkom”, wyjaśniam, że
w tym przypadku budowa to rekonstrukcja, rewitalizacja i adaptacja. Jej efektem jest po pierwsze odnowienie i wyeksponowanie wszystkiego tego, co w tym miejscu zostawił XIX wiek, po drugie zaś – przystosowanie wojskowych zabudowań do nowej funkcji.
Kiedyś były to Koszary Schronowe, Wozownia Artyleryjska, Laboratorium Amunicyjne czy Zespół Baterii Moździerzy. Dziś – historyczna wystawa stała „Wehikuł czasu – człowiek i pocisk”, trzy ekspozycje popularnonaukowe: „Dookoła świata”, „Łamigłówka” i „Z energią”; dwa escape roomy: „W pracowni Heweliusza” i „Kosmiczna stacja” oraz przestrzenie warsztatowe, konferencyjne i restauracja.

Też chcę!
Z jednej strony Hevelianum jest więc trójmiejskim odpowiednikiem warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, w którym pomysłowe, działające na zmysły urządzenia wciągają użytkowników w zabawę, odkrywającą przed nimi tajniki poszczególnych dyscyplin. Z drugiej zaś jest to muzeum miejsca, gdzie stare mury opowiadają o tym, do czego służyły i o tym, co działo się wewnątrz i na zewnątrz nich na przestrzeni wieków. Łączenie dawnego z nowoczesnym to idea, którą dziś trudno skrytykować. Inna sprawa, czy w tym akurat miejscu udało się ją zadowalająco zrealizować.
Gdyby Hevelianum było matrioszką, miałoby formę zdecydowanie różniącą się od tej warszawskiej, którą wyobraziłem sobie przy Cytadeli. Tutaj największa z laleczek byłaby zielona – to przyroda Góry Gradowej, w dolnej części bujnie porośniętej drzewami i krzewami, wyżej gęstą trawą. W środku zielonej babuszki znalazłaby się babuszka czerwona reprezentujące starą, lecz znakomicie utrzymaną cegłę XIX-wiecznych fortyfikacji. Po otwarciu czerwonej matrioszki w jej wnętrzu można odnaleźć aż dwie skrajnie różne – jedna jest z kolorowej plasteliny, z szeroko uśmiechniętą buźką, druga byłaby szaro-burą, smutną kulką starego papieru.
Ta kolorowa plastelina, mięciutka i zapraszająca wszystkich do wspólnego ugniatania, to pakiet trzech wystaw popularnonaukowych. Dwie z nich przeznaczone są głównie dla nastolatków i dorosłych, trzecia – „Dookoła świata” – to propozycja dla młodszych dzieci i, paradoksalnie, to właśnie tam spędziłem czas najprzyjemniej, wciągając się w zaprojektowane przez twórców ekspozycji doświadczenie na tyle, że mój wewnętrzny 10-latek z trudem powstrzymywał się przed rozpychaniem łokciami wśród rozbawionej dzieciarni i krzykiem „Ja też chcę! Teraz ja! Teraz ja!”. A miałem na to ochotę wiele razy, bo frekwencja wśród najmłodszych zwiedzających dopisała, więc atrakcyjność niektórych stanowisk w naturalny sposób wymuszała powstawanie niewielkich kolejek i mikrozatorów. Nie przedstawiam tego jako zarzutu – można poczekać dłuższą chwilę, jeśli jest na co, a tu zdecydowanie jest. Jako dowód może posłużyć choćby to, że po kilku miesiącach od wizyty doskonale pamiętam, jak pyszną zabawą był symulator tajfunów czy lepienie – wraz z innymi dzieciakami – fantazyjnych gór i dolin z bardzo przyjemnego w dotyku tworzywa, na które w czasie rzeczywistym projektowane były kolorowe poziomice. Żałuję tylko, że nie odważyłem wczołgać się do makiety igloo naturalnej wielkości.
Przeznaczona dla starszych dzieci wystawa „Łamigłówka”, umiejscowiona w poternie do baterii moździerza, okazała się dla mnie za trudna. Jej twórcom, gdybym ich spotkał, chętnie wyjaśniłbym, że to, co na papierze wydaje się dostosowane do możliwości intelektualnych 12- czy 13-latków, może sprawić problem nawet dorosłemu z deficytem uwagi, jeśli dookoła panuje hałas, musi mierzyć się z obecnością wielu innych bodźców, a w dodatku ma z tyłu głowy przeświadczenie, że musi się spieszyć, bo następne osoby chcą już skorzystać z tego samego stanowiska. Nie mam jednak wątpliwości, że dla osób, które potrafią skoncentrować się w każdych warunkach (to zazwyczaj te same osoby, które są w stanie zasnąć w pociągu czy w samolocie) – także i ta część ekspozycji będzie bardzo satysfakcjonującym doświadczeniem.
Wolałbym nie
Tak z grubsza rysuje się uśmiechnięta, kolorowa plastelinowa babuszka, którą wyobraziłem sobie jako wewnętrzną część muzealnej matrioszki. Niestety jest jeszcze ta druga i jeśli doświadczenie zwiedzania wystawy „Wehikuł czasu – człowiek i pocisk” kojarzy mi się ze zmiętą starą gazetą (albo wręcz szarą pulpą papier maché), tonie dzieje się tak bez przyczyny. Pomysł na aranżację tej ekspozycji dosyć łatwo streścić. Każdy z 14 składających się na nią obiektów prezentuje część militarnej historii Gdańska, większość według schematu: plansze z tekstem przewodnim i ilustracjami plus diorama naturalnej wielkości prezentująca scenę nawiązującą do tematu danej przestrzeni. Nie ma nic złego w samej tradycyjności tego pomysłu, ale jeśli ten sam chwyt powtarzany jest wielokrotnie, może skutecznie przekonać zwiedzających, że żadna szczególna niespodzianka wystawiennicza już ich tu nie spotka. Tutaj jednak wydarzyły się znacznie gorsze rzeczy. Czcionka na planszach należy do wyjątkowo nieatrakcyjnych, niedopracowana scenografia i manekiny – w założeniu realistyczne – utknęły w pół drogi między bieda-realizmem, a umownością, najgorszą jednak wpadką jest postawienie między dioramą a widzem szyby, odbijającej dochodzące obficie z zewnątrz światło dzienne w sposób, który utrudnia bądź uniemożliwia przyjrzenie się postawionym za nią obiektom. Rozumiem oczywiście względy, które zadecydowały o postawieniu szyby – wystawa w kilkunastu osobnych „domkach” musiałaby mieć kilkunastu strażników – w każdym po jednym – którzy pilnowaliby, czy nie dochodzi do ewentualnych aktów wandalizmu, jednak gdyby chroniącą przegrodą zamiast szkła był jakiś rodzaj siatki, to przynajmniej zniknąłby problem irytujących odbić. Należę do wytrwałych zwiedzających, którzy przechodzą całą ścieżkę od początku do końca, jednak nieatrakcyjność zastosowanych rozwiązań odstraszyła też wielu innych. Dość powiedzieć, że w przyjemne sobotnie popołudnie, gdy na wystawach popularnonaukowych były tłumy, tutaj mogłem spotkać jedynie pojedyncze osoby.
Najlepszym podsumowaniem mojej wizyty w Hevelianum byłby wykaz czasu spędzonego w każdej z części tego kompleksu. Zwycięzcą w tej kategorii nie jest żadna z ekspozycji, lecz wszystko to, co znajduje się na poza obszarem wystawienniczym, bo
Góra Gradowa to fenomenalny teren spacerowy, będący jednocześnie najlepszym punktem widokowym w mieście.
Jeśli dodam jeszcze, że w przyjemnej restauracji urządzonej w dawnej wozowni artyleryjskiej można zjeść smaczny posiłek, to całościowy obraz Hevelianum rysuje się całkiem nieźle.

Na sam koniec chciałbym domknąć klamrę, którą otworzyłem wspominając o Cytadeli Warszawskiej. Te dwie propozycje zagospodarowania dawnych obszarów wojskowych o historycznym znaczeniu są od siebie skrajnie różne. Warszawska wydaje się nadambitna, wręcz megalomańska, gdańska – przeciwnie, nastawiona na rozwiązania dyskretne i raczej pielęgnowanie tego, co zastane niż efektowne przekształcenie terenu (co zresztą uniemożliwia jego specyficzna topografia). Która z tych dwóch dróg jest lepsza? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.



