- dlaczego olsztyńskie tartaki powstały nad rzeką
- jak po wojnie potoczyły się losy „dzielnicy przemysłowej”
- co okazało się strzałem w dziesiątkę w Muzeum Nowoczesności
Ostatnie dekady XIX stulecia to dla Olsztyna początek przemysłowego boomu. Powstają tartaki, cegielnie, rozwijają się istniejące już wcześniej browary. Wraz z doprowadzeniem do miasta kolei rośnie tu – niewielka, ale jednak – dzielnica przemysłowa. Do dziś pozostała po niej jedyna pamiątka – mało brakowało, by i ona przepadła.

Właścicielami zakładu byli bracia Louis i Rudolf z liczącej się rodziny olsztyńskich przedsiębiorców żydowskiego pochodzenia. Należała do nich także cegielnia, założona przez ojca obu braci, Moritza Hirscha Raphaelsohna.
Olsztyńska dzielnica przemysłowa wyrosła w zakolu przepływającej przez miasto Łyny – spław drewna był wówczas dla tartaków kwestią zasadniczą.
Dlatego w sąsiedztwie stanęły również podobne zakłady założone przez Fryderyka Wilhelma Hermenaua i Józefa Orłowskiego, tworząc swoistą dzielnicę trzech narodów. – Co ciekawe, u podstaw tych trzech tartaków stał kapitał żydowski. Bo tym, co Żydzi dali tym terenom, były przede wszystkim zmysł przedsiębiorczości i pieniądze. Oni zawsze byli ludźmi oszczędnymi – mówi Rafał Bętkowski, regionalista, współtwórca Muzeum Nowoczesności w Olsztynie.
Przemysł drzewny stał się jedną z miejscowych specjalności. „Jako główną gałąź przemysłu wymienić należy przygotowanie i spedycję ciętego drewna”
– informował wydany w 1900 roku przewodnik po Olsztynie. „Wyśmienity surowiec, pochodzące z pobliskich wielkich lasów państwowych i komunalnych drewno wspaniale wyrośniętych sosen, przerabiany jest przez dziewięć parowych tartaków.” Pięć z tych tartaków stało nad Łyną, korzystając z dostarczanego rzeką surowca. Jeszcze niedawno były tu tereny typowo rolnicze z ulicą o wiele mówiącej nazwie: Ogrodowa. Teraz rzeka wypełniła się tratwami – część napływającego drewna przerabiano w Olsztynie, część płynęła dalej, aż do Królewca. Natomiast tarcicę transportowano koleją.

Nowe nazwisko, nowe prawa
Raphaelsohnowie przybyli do Olsztyna z Krajenki w dawnych Prusach Królewskich, prawdopodobnie pod koniec XVIII wieku, by na początku kolejnego stulecia uzyskać, wraz z całą żydowską społecznością, prawa obywatelskie nadane edyktem króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Wtedy też, w istocie, stali się Raphaelsohnami, bo nowe prawa były uwarunkowane przyjęciem stałego nazwiska.
To oznaka przygotowań do otwarcia nowego biznesu – fabryki waty. Materiał, produkowany z wełny właśnie, służył do ocieplania ubrań. Przedsiębiorca szuka tymczasem kolejnych obiecujących okazji – i najwyraźniej je znajduje. Kilkanaście lat później Moritz Hirsch reklamuje swoją cegielnię.
W interesy – nie tylko ceglano-dachówkowe, ale także drzewne – wdrażają się synowie. Najpierw Rudolf, który wraz ze wspólnikiem spoza rodziny uruchamia tartak (także nad Łyną). W jego ślady idzie brat Louis. Jego zakład powstaje w 1884 roku, a niebawem tartaczne interesy rodziny zostają skonsolidowane pod firmą Gebrüder (bracia) Raphaelsohn.
W nowych rękach
Główny budynek fabryczny wzniesiono w konstrukcji szkieletowej z wypełnieniem z cegły. Przylegała do niego kotłownia, w której pracowała maszyna parowa. Obok wznosił się komin. Do hali produkcyjnej przystawiono niewielki, także ceglany, budynek administracyjny. Od strony Łyny znajdował się połączony z rzeką basen, służący do rozładunku spławianego drewna. Taka zabudowa – nie licząc basenu oraz komina, który trzeba było odrestaurować; został przeniesiony z nieistniejącej cegielni w Rozogach koło Szczytna – zachowała się do dziś. Co ważne, przez blisko pół wieku działalności braci Raphaelsohn nie było tu pożarów, które w tartakach zdarzały się nierzadko.
– Kiedy palił się taki zakład, to był kataklizm. Z tego powodu właściciele tartaków (także młynów) byli w gronie pierwszych, którzy stosowali światło elektryczne. Tym bardziej, że praca trwała tu od późnej jesieni – kiedy drewno jest najlepsze do obróbki – do wczesnego lata. A więc wtedy, kiedy dni są krótkie, a pamiętajmy, że praca toczyła się tu wówczas przez 20 godzin na dobę, na dwie zmiany – wyjaśnia Rafał Bętkowski.
Remont zabytku nie był łatwy, bo wydaje się, że od czasu zakończenia produkcji drzewnej i sprzedaży zabudowań – w 1929 roku – miejskiej spółce Städtische Betriebswerke Allenstein GmbH (odpowiednik miejskiego przedsiębiorstwa gospodarki komunalnej) budynki straciły troskliwego gospodarza.
Owa przedwojenna spółka miejska, która zawiadywała wodociągami, elektrownią, tramwajami i stojącą obok tartaku gazownią, przekazała zabudowania na potrzeby tej ostatniej – znalazły się tu biura i magazyny.



Budynek nadal wykorzystywano jako magazyn i biuro, zaś w części pomieszczeń urządzono warsztaty, szatnie i umywalnie. Szczęśliwie podczas kolejnych adaptacji najstarsza część obiektu nie uległa większym zmianom. Zabudowania służyły przez kolejną dekadę, a po roku 1989, jak w wielu podobnych przypadkach, ich los stał się bardzo niepewny.
Dawny tartak uniknął rozbiórki, jednak na remont nie było pieniędzy. Miasto postanowiło odłączyć media i czekać.
Ratunek w rejestrze
W tym czasie mało kto pamiętał o Raphaelsohnach. Ich budynek uznawano za część dawnej gazowni lub pobliskiego tartaku Orłowskiego. – Prawidłową identyfikację utrudniał brak przekazów ikonograficznych. Dopiero ich odnalezienie, porównanie oraz konfrontacja z mapami i księgami adresowymi pozwoliło wyciągnąć zaskakujący wniosek – zapomniany przez ludzi i historię obiekt okazał XIX-wieczną halą fabryczną dawnego zakładu Raphaelsohnów – opisuje Rafał Bętkowski, który odkrył to podczas pracy nad książką „Olsztyn, którego już nie ma”.
Los zabytkowych zabudowań ważył się długo. Miasto liczyło, że działkę uda się sprzedać deweloperom, a miejscowi społecznicy i regionaliści walczyli o wpisanie tartaku do wojewódzkiego rejestru zabytków
– dziś określają tamtą działalność terminem
„przeciw Miastu w interesie miasta”.
Udało się w 2007 roku, gdy stan budynku był już bliski katastrofy (Miasto złożyło do MKiDN odwołanie od tej decyzji, które jednak zostało odrzucone). W końcu magistrat zaakceptował społeczny projekt utworzenia tu placówki muzealnej i, dwa lata później, podpisano umowę o dofinansowanie remontu i rewitalizacji zabudowań. Budżet prac sięgnął 5,5 mln zł (dotacja z funduszy europejskich przekroczyła 3,5 mln zł). Tak rozpoczęły się prace nad Muzeum Nowoczesności.

Procesu, który ma swój początek w burzliwym końcu XVIII wieku i dynamicznym wieku XIX, a którego końca nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić
– wyjaśniają organizatorzy instytucji.
– Gromadzimy przedmioty, które mojemu pokoleniu wydają się oczywiste, ale za chwilę już ich nie będzie – mówi Rafał Bętkowski dodając, że strzałem w dziesiątkę okazało się pokazanie… węgla.
– Z początku wydawało mi się to słabym pomysłem, ale przekonałem się do niego, kiedy zobaczyłem, ile osób fotografuje te bryłki – przyznaje.
Muzeum Nowoczesności to w istocie muzeum techniki i inżynierii miejskiej, w którym historia rewolucji przemysłowej i postępu technicznego łączy się z opowieścią o rozwoju Olsztyna i regionu. Dlatego miejsce szczególne zajmuje tu historia lokalnego przemysłu. Mamy zatem informacje o budowie miejscowego węzła kolejowego, gazowni, wodociągów i kanalizacji, rozwoju browarnictwa, licznych cegielni czy wreszcie tartaków.
– Założyliśmy sobie, że będziemy pełnić też funkcję muzeum miejskiego, jednak bez kontekstów politycznych. Opowiadamy o historii Olsztyna na przełomie XIX i XX wieku. Chociaż nawet za takie wspomnienie o czasach pruskich byliśmy krytykowani – przyznaje Rafał Bętkowski.
Z muzeum sąsiaduje wzniesiona w początkach lat 40. XX wieku zajezdnia trolejbusów – to miejsce wystaw czasowych. Nowoczesność z XIX stulecia współgra tu z nowoczesnością wieku XX.

Ślady
Okres, w którym wznoszono zajezdnię trolejbusów to jednocześnie czas zagłady rodziny dawnych właścicieli tartaku – większość olsztyńskich Raphaelsohnów zginęła w komorach gazowych.
Jednym z nielicznych ocalałych okazał się Lou (Ludwig Franz), prawnuk Moritza Hirscha, który w sierpniu 1939 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii, a później służył w armii amerykańskiej.
Niewiele brakowało, by pamięć o rodzinie udało się wymazać, bo mimo badań i starań, materialnych pamiątek zachowało się niewiele
– jest cegła z sygnaturą „Raphaelsohn”, kilka cegieł z oryginalnego komina kotłowni rozebranego przed stu laty, jest ślad, który pozostawiły na ścianie budynku smary z koła maszyny parowej, są fragmenty oryginalnej posadzki. Nie ma produktów, bo inaczej niż w przypadku na przykład browaru (butelki, beczki, tabliczki reklamowe), tartak nie pozostawia po sobie takich śladów.

Jednak Raphaelsohnowie wciąż tu są – i patrzą na nas z rodzinnego zdjęcia przy wejściu na wystawę stałą.
Fotografia pochodzi ze zbiorów amerykańskich, trafiła tu za sprawą potomków Gertrud, wnuczki Moritza Hirscha (i siostry Hugona, ostatniego właściciela tartaku). Gertrud, wraz z rodzeństwem, zginęła w Auschwitz, jednak jej syn Hans Ludwig – który jeszcze w latach 30. wyjechał na studia do Anglii – prawdopodobnie także trafił ostatecznie do USA.
Prześledzenie wojennych i powojennych losów rodziny nie jest łatwe, mamy jednak konkret: przed dekadą amerykańscy Raphaelsohnowie odwiedzili Muzeum Nowoczesności. Mogli zatem przekonać się, że budynek tartaku należącego niegdyś do rodziny przetrwał przez 130 lat (dziś to już 140) i służy mieszkańcom Olsztyna.
Przeczytaj o TartakuRaphaelsonów na portalu Zabytek.pl