Reprodukcja ryciny Zygmunta Vogla ukazującej ogród sentymentalny księcia Kazimierza Poniatowskiego na Solcu. Spuścizna po prof. Gerardzie Antonim Ciołku (tzw. Teki Ciołka), 1952 r.
Fot. Archiwum NID
Wywiady

Atak klonów

Nawet w części ogrodowej położonej blisko pałacu możemy dopuścić działania, które zwiększyłyby bioróżnorodność – wystarczy zmniejszyć regularność koszenia trawników. Powinniśmy też zrezygnować z dążenia do precyzji manikiurzystki w wygrabianiu opadłych liści – mówi Łukasz Przybylak, specjalista ds. ogrodów historycznych.


Nie sądzisz, że w ostatnich latach jako zbiorowość dorośliśmy do zajmowania się ogrodami? Przyglądam się nasadzeniom w miastach, temu, jak dba się o stare ogrody, jak wygląda konserwacja parków i wydaje mi się, że większość tych działań jest wreszcie na wysokim poziomie teoretycznym i praktycznym.

Pewnie tak jest, ale z mojej perspektywy straciliśmy zdolność rozumienia tego, czym się chcemy zajmować. W naszych czasach szeroko komentowany i propagowany jest zwrot ku naturze, ogrodnictwo społeczne, rośnie wiedza o ogrodach historycznych, a

straciliśmy zdolność do zajmowania się ogrodami, o których czytamy w podręcznikach sztuki ogrodowej. Dzieła tej dziedziny sztuki powstały w zupełnie innych uwarunkowaniach społeczno-kulturowych i gdybyśmy spojrzeli na nie obiektywnie tu i teraz, to większość z nich nie miałaby we współczesności racji bytu.

Chcesz powiedzieć, że nie mamy umiejętności, żeby zajmować się historycznymi ogrodami?

Tak. Nie rozumiemy już fenomenu tych miejsc. Ogród to twór, zjawisko przyrodniczo-kulturowe, który – jak większość dzieł sztuki – odzwierciedla tendencje społeczne i artystyczne swojej epoki. Weźmy ogrody barokowe – były krojone pod określone wydarzenia, pod konkretne ceremonie i osoby, które miały w nich uczestniczyć. Dbały o nie armie ludzi pracujących za bułkę czy pół kostki masła. Dzisiejszy świat wygląda zupełnie inaczej, historyczno-kulturowe konteksty dawnych ogrodów pozostają dla nas nieczytelne, a same ogrody – często niezrozumiałe. Konteksty ogrodów, które trwają niezmienione od dziesięcioleci, są jak porzucona scenografia zakończonego spektaklu.

Repr. Muzeum Narodowe w Warszawie
Atak klonów
Józef Mehoffer, “Zuchwały ogrodnik”, akwaforta, Muzeum Narodowe w Warszawie

Czy chcesz powiedzieć, że historyczne ogrody zdezaktualizowały się?

W ujęciu zaspokajania naszych podstawowych, ludzkich potrzeb – nie. Ale w ujęciu funkcji obyczajowej, np. ogrodów pałacowych, oraz umiejętności pielęgnacji – tak. Współcześnie dysponujemy całym arsenałem narzędzi, o których nasi poprzednicy mogli tylko pomarzyć, ale w wyniku różnych czynników całkowicie utraciliśmy umiejętności rzemieślnicze i wytwory tych umiejętności.

Od historycznego ogrodu mamy prawo oczekiwać rzemieślniczych smaczków i rękodzielniczych detali

– np. tego, że obrzeża parkowych alejek będą wykonane z desek mocowanych kołkami drewnianymi albo że żywopłoty będą formowane przez ogrodników ręcznymi nożycami, że donice w ogrodzie będą z drewna, żeliwa lub ceramiki albo że rośliny, które pojawiają się wiosną i latem na rabatach i klombach, będą „produkowane” na zapleczu ogrodu. Te i wiele innych aspektów historycznego ogrodnictwa jest obecnie trudnych lub niemożliwych do wdrożenia. Kryzys powszechności usług rzemieślniczych sprawił, że ich wytwory są trudno dostępne, a przez to kosztowne i w efekcie, z punktu widzenia właścicieli czy zarządcy ogrodu, nieopłacalne. Wygrywa masowa produkcja i tworzywa dalekie od szlachetnych. To błędne koło sprawia, że wiele historycznych ogrodów traci swoją autentyczność.

Fort. Muzeum Narodowe w Warszawie
Atak klonów
Joseph Richter, “Pałac w Wilanowie od strony parku”, ok. 1815 r.

Możemy porównać to do kuchni? Kiedyś gotowanie było procesem – ciągiem logicznych czynności ułożonych tak, by nic się nie marnowało. Sałatka warzywna powstawała dlatego, że po gotowaniu rosołu zostawały warzywa. Kurczaka, na którym gotowano rosół, podawano w potrawce itd.

Właśnie tak. Powstawanie ogrodu to także złożony proces. Jeśli chcemy doświadczyć „pysznego” ogrodu, to musimy stosować się do przepisu i nie ulegać pokusom niskiej jakości zamienników. Twoje kuchenne porównanie można także odnieść do obiegu wszelkiej materii w ogrodach w ogóle i te historyczne nie są tu wyjątkiem. Obieg powinien być możliwie zamknięty, logiczny i oszczędny. Nie wszystko da się niestety zatrzymać i przetworzyć, ale np. materię organiczną warto i trzeba zatrzymywać w ogrodzie! Kompost dla ogrodu jest tym samym, czym dla wielu z nas sałatka warzywna w święta.

Ustalmy, gdzie przebiega cezura między ogrodami współczesnymi a tymi, które uznajemy za historyczne?

Granica cały czas się przesuwa.

Jeszcze do niedawna powiedziałbym, że cezurą są lata 40 . XX w.
Teraz zaczynamy uważać za ogrody historyczne również te z lat 50 .
i 60 .,
a przed nami coraz bliżej rzetelna ocena ogrodów szalonych lat 90 .
Fo. Biblioteka Narodowa Polana
Atak klonów
Widoczne na zdjęciu (z mniej więcej 1939 r.) drzewa przed kościołem wizytek w Warszawie wycięto w latach 2009–2010

Choć nadal z trudem odnosimy się pozytywie do wytworów drugiej połowy XX wieku, to myślę, że przed nami intensywne lata uznawania ogrodów tego okresu za zabytki.

Uważam, że nadszedł już najwyższy czas uznania warszawskich parków Marszałka Rydza-Śmigłego i Świętokrzyskiego za zabytki.

Odnoszę też wrażenie, że cezurę utrudnia nasza kulturowa podświadomość – myśląc o ogrodach, tęsknimy do baroku. Projekcje tej naszej ogrodowej tęsknoty możemy oglądać w kinach czy produkcjach na platformach streamingowych.

Kilometry przystrzyżonych żywopłotów, ornamenty z kwiatów, dużo, bardzo dużo rzeźb. Tym jest dla większości z nas ogrodowe piękno i klasa.

Tak już chyba jest, że historię oceniamy subiektywnie w odniesieniu do naszego w niej położenia – jeśli przywołamy wielkie postacie polskiej konserwacji i rewaloryzacji ogrodów historycznych, jak Gerard Ciołek, to zauważymy, że i on ulegał takiemu sposobowi oceny wartości ogrodów. Jako młody człowiek realizujący swoje projekty już od lat 40. XX wieku, nie postrzegał dorobku ogrodowego okresu międzywojnia jako wartościowego. Lekką ręką kreślił pełne rozmachu nowe wizje pozbawiające te miejsca ciekawych dla nas teraz artefaktów. Przykładem jest choćby ogród przy Pałacu Prezydenckim w Warszawie, który w zamyśle Ciołka miał być pozbawiony wszystkich elementów z lat 20.

Fot. Archiwum NID
Atak klonów
Spuścizna po prof. Gerardzie Antonim Ciołku (tzw. Teki Ciołka). Fotografia czarno – biała, dopiski odręczne: „Topola”, „Wilanów – pień topoli CBJ – Poddębski 1935”

To jest typowa i powtarzalna w historii sytuacja – przekreślamy to, co robiło pokolenie naszych ojców, a z szacunkiem odnosimy się do tego, co robiło pokolenia naszych dziadków. Słyszę u ciebie krytykę Ciołka – ale czy przypadkiem nie czas uznać, że warstwa historyczna, którą tworzył, jest pełnoprawna i czy nie pora zacząć ją konserwować, a nie wracać do czegoś, czego nie ma i czego nikt już tego nie pamięta?

Zdecydowanie tak. Uważam, że powinniśmy akceptować wszystkie te nawarstwienia, które pojawiły się w krajobrazie i w ogrodach. Ogród to przecież przestrzenny zapis zmian – jako zjawisko przyrodniczo-kulturowe ogród polega na tym, że kiedyś ktoś podjął decyzję o uprawie kawałka ziemi w ściśle określony sposób, ale odpowiedzialność za to miejsce, za utrzymywanie go w określonym kształcie leżała na tym, kto sprawował bieżącą pielęgnację i rozwijał tę przestrzeń. Każde kolejne pokolenie dodaje coś od siebie. Tak powstaje wielowarstwowość, która odzwierciedla naturalną kolej rzeczy, zmiany stylów, czasów, a także zmiany zachodzące w przyrodzie.

Skoro przywołałeś Pałac Prezydencki, którego ogrodami już od dłuższego czasu się opiekujesz, to jak do tej pochwały nawarstwień ma się przeprowadzone przez ciebie wycięcie dorodnych klonów i posadzenie głogów?

Posadzenie głogów przed Pałacem Prezydenckim to powrót do koncepcji z okresu międzywojnia. Do niedawna rosły w tym miejscu klony kuliste.

1. Fot. NAC
2. Fot. NAC
Atak klonów
Atak klonów
Młode głogi przed obecnym Pałacem Prezydenckim, Warszawa, lata 30 XX w.

Nie były warte ochrony?

Nie. Dzieło sztuki ogrodowej, jak każde inne, jest integralne. Jeżeli została podjęta decyzja o przywróceniu kształtu założenia z 20-lecia międzywojennego, to musimy być konsekwentni. Przestrzeń przeddziedzińca Pałacu Prezydenckiego została zaprojektowana przed stoma laty. Ukształtowano ją w odniesieniu do pomnika konnego księcia Józefa Poniatowskiego. Wiemy, że koń z jeźdźcem powędrowali wtedy gdzie indziej – przed Pałac Saski. Tu przed pałacem pozostała przygotowana oprawa roślinna – wąska rabata kwiatowa z niskim formowanym żywopłotem ligustrowym oraz szpalerami głogów ciągnącymi się wzdłuż oficyn od Krakowskiego Przedmieścia aż do elewacji frontowej gmachu. Przy konserwacji ogrodów historycznych, jak w innych dziedzinach, zdarza się podjąć nietrafione decyzje – w przypadku ogrodów biorą się one zazwyczaj ze wspomnianego już wyobrażenia o tym, co jest godne przestrzeni historycznej lub co jest najłatwiej dostępne. Na przełomie lat 90. i 2000. za godne – nie tylko przed Pałacem Prezydenckim – historycznych przestrzeni uznano kulistą odmianę klona zwyczajnego. Wycięto więc przedwojenne i okazałe głogi, a w ich miejsce posadzono klony. Decyzja mocno nietrafiona, a dla danej przestrzeni mocno szkodliwa.

Czyli wtedy uważano ją za godną, a teraz godną być przestała? Co się zmieniło?

Cierpimy na braki standaryzacji, więc w wielu kwestiach podejmowane decyzje mogą być niestety mocno subiektywne. Szczęśliwie w przypadku ogrodów przy rezydencjach prezydenta przyszedł czas na merytoryczną refleksję – to nie tylko gmachy rządowe, lecz także pełnowartościowe historyczne rezydencje. Jeżeli dążymy do kompleksowej konserwacji jakiegoś zespołu architektoniczno-ogrodowego, to musimy zadbać o adekwatność i prawdziwość wszystkich jego komponentów, w tym także materiału roślinnego.

To jest dla mnie jasne. Jednak dość arbitralne wydaje się przyjęcie założenia, że okres 20-lecia jest okresem, do którego chcemy wracać, a przecież wiadomo, że w przypadku Pałacu Namiestnikowskiego (obecnie Prezydenckiego) aranżacje dziedzińca i przeddziedzińca były różne w różnych okresach. Inne jest przeznaczenie pałacu niż to przed stoma laty, inny jest klimat, inaczej wygląda Krakowskie Przedmieście. Wszystko się zmieniło.

Okres 20-lecia jest najlepiej udokumentowanym w całej wielowiekowej historii tego obiektu oraz Belwederu – to okres referencyjny dla wszystkich działań ogrodowych podejmowanych w otoczeniu obydwu rezydencji. W przypadku pałacu ważną rolę w kierunku rewaloryzacji szaty roślinnej przeddziedzińca odgrywa pomnik konny Poniatowskiego. Odtworzona w ostatnich latach aranżacja oczekiwała na pomnik w 1922 roku. Pomnik stanął wówczas gdzie indziej, a oprawa pozostała. Pomnik powrócił, ale rabaty, żywopłoty i rosnące tam drzewa uległy zniekształceniu. Co do wspomnianych przez ciebie zmian zmienił się także klimat, a drzewa przed pałacem i bez tego rosną w bardzo wymagających warunkach. Przestrzeń miejska jest wyspą ciepła, a na płycie przeddziedzińca pałacu panują latem ekstremalne temperatury, które są dla tych drzew nie do wytrzymania – system nawadniający nie jest w stanie pomóc w tej sytuacji.

W pełni lata liście klonów były wyschnięte od gorącego powietrza bijącego z rozgrzanej płyty przeddziedzińca i Krakowskiego Przedmieścia.

Nawalne opady deszczu i okresowa wilgotność powietrza przynosiły im cyklicznie choroby grzybowe, które je mocno osłabiały. Głogi są na szczęście o wiele odporniejsze – te przedwojenne miały się świetnie ponad 80 lat, a rosły bez systemu nawadniającego! A do tego pięknie kwitną. Kwitną także rośliny na odtworzonej rabacie – latem jest tam mnóstwo pszczół. A czy mogliśmy wybrać inną epokę, do której warto byłoby wrócić? Gdybyśmy chcieli wrócić do czasów Radziwiłłów albo jeszcze wcześniej, Koniecpolskich, to musielibyśmy zaaranżować tu ziemny plac. Po co do tego wracać?

Może lepiej spojrzeć w przyszłość?

Powrót do aranżacji z lat 20. XX wieku daje nadzieję na przyszłość. Z kwiatów korzystają pszczoły, które wcześniej nie miały tu czego szukać, a owoce głogów docenią też szpaki i kosy. Ten ogrodowy powrót jest udany.

W przeszłości czujemy się bezpieczniej?

Wiele wskazuje na to, że tak jest. A poza tym przeszłość służy przyszłości.

Na tym przekonaniu opiera się konserwatyzm.

Na tym się opiera konserwatyzm i… konserwacja zabytków.

A przyjąłbyś zlecenie od tej samej kancelarii na zaaranżowanie nowoczesnego, XXI-wiecznego ogrodu w tym samym miejscu?

W Kancelarii Prezydenta jestem konsultantem do spraw ogrodów historycznych i tylko w tych kwestiach zabieram głos.

Zaprojektowałbyś współczesny ogród?

Nie, bo nie czuję się w tym dobry. Specjalizuję się w ogrodach historycznych. Jest wielu znakomitych projektantów i wiele świetnych projektantek zajmujących się aranżacją współczesnych założeń. Ja czuję się bezpiecznie i komfortowo w ogrodach z przeszłości.

Wiemy już, że historyczne ogrody domagają się wewnętrznej spójności, wiemy, że mamy kłopot z rzemiosłem, że rekonstruowane stare ogrody są wydmuszkami ze względu na to, że nie mają kontekstu i zaplecza.

Tak, w określonej postaci nie mają racji bytu ze względów kulturowo-obyczajowych.

Fot. Archiwum NID
Atak klonów
Wilanów – odbitka planu sytuacyjnego dróg i dodrzewienie północnej części parku. Spuścizna po prof. Gerardzie Antonim Ciołku (tzw. Teki Ciołka), 1952 r.
Fot. Muzeum Narodowe w Warszawe
Atak klonów
Jan Griesmeyer, Wiśniowiec. Plan założenia rezydencjonalnego z parkiem, ok 1816 r.

Poczekaj, bo podcinasz gałąź, na której siedzisz.

Absolutnie nie. Jestem zdania, że trzeba podchodzić odpowiedzialnie i świadomie do zasobu, którym się zarządza albo który pragnie się przywracać do życia. Nie można się porywać na rekonstrukcję wielkich oraz szalenie wymagających ekonomicznie i administracyjnie obiektów, jeżeli nie ma się do tego ani środków, ani kadrowych i technicznych możliwości. W przeciwnym razie skazujemy się na klęskę. Wychodzę z założenia, że pewne rozdziały historii ogrodów są zamknięte i nie powinno się do nich wracać.

Co oznacza, że niektóre założenia nie powinny być rekonstruowane?

Tak, niektóre powinny pozostać tam, gdzie są – na kartach historii. Dobrze opracowanej, opisanej, przebadanej i zrozumianej.

Czy to znaczy, że są gdzieś na horyzoncie ogrody, których można było nie rekonstruować?

Uważam, że zawsze należy postawić duży znak zapytania przy wszystkich tych rekonstrukcjach, które odwołują się do dzieł sztuki ogrodowej powstałych przed rewolucją francuską.

Aha.

Wielkie, pełne rozmachu, absolutystyczne założenia, które funkcjonowały w zupełnie innych uwarunkowaniach ekonomicznych i społecznych. Do takich powrotów nie ma miejsca we współczesności.

Chyba, że istnieją?

Chyba że istnieją, trwają niezmiennie od stuleci i są utrzymywane w lepszej lub gorszej formie. Jeśli jednak takie założenie zniknęło, to przywracanie go jest bardzo dyskusyjne. Bieżące utrzymanie geometrycznych ogrodów barokowych – bo o tych mówimy – wymaga ogromnych nakładów pracy i środków. Znam przypadki, kiedy po latach zarządcy wycofują się także z utrzymywania elementów aranżacji XIX i XX wieku – w Hampton Court problemy kadrowe i ekonomiczne ostatnich trzech lat doprowadziły do likwidacji wielu ikonicznych rabat i kwietników z czasów wiktoriańskich. Zawsze dwa razy należy się zastanowić, czy warto odtwarzać tak wymagające ogrody lub ich części. Także ze względu na kwestie środowiskowe. O wiele przyjaźniejszy dla przyrody i nas samych jest przypałacowy rozległy trawnik, a jak jeszcze dorzucimy do niego fontannę… Marzenie. A jeśli ten sam trawnik za pałacem przekształcimy w łąkę kwietną, to bilans korzyści będzie nieporównywalnie większy aniżeli na rozległym ziemnym placu, który służył kiedyś paradom i różnego rodzaju ceremoniom dworskim.

Fot. NAC
Atak klonów
Ogrodnicy przy pracy w ogrodzie Saskim

Mówimy o ogrodach sprzed 1789 roku, a co z późniejszymi? Czy XIX i XX wiek nie podlegają tej krytycznej ocenie?

To zależy, w jakim aspekcie. XIX-wieczne założenia ogrodowe z grupy krajobrazowych są łatwiejsze w pielęgnacji, bardziej atrakcyjne przyrodniczo i bliższe nam dziejowo. W kompozycjach krajobrazowych mniej rażą także zaniedbania jak np. zachwaszczenie. Wyzwaniem jest za to obecność w ich przestrzeni wytworów zanikających rzemiosł. Mam na myśli ofertę elementów wyposażenia ogrodów i w ogóle podejście do szeroko rozumianego detalu. Nieodpowiedni wzór mebla ogrodowego lub dobór donic potrafi zniweczyć wielomilionową inwestycję konserwatorską – jeżeli do przestrzeni XIX-wiecznego ogrodu dobierzemy katalogowy model współczesnej ławki znany z deptaków w Ciechocinku, Sopocie albo w Zakopanem – dojdzie do zgrzytu. Chybione dobory detali są zmorą ogrodów historycznych bez względu na styl, jaki reprezentują.

Czy wobec tych trudności doktryna dopuszcza mniej ortodoksyjne podejście, to znaczy uszanowanie nawarstwień? Jeśli porównamy ogrody do architektury, to różnie z tym jest. Część środowiska konserwatorskiego bardzo chciałaby powrotu do oczyszczonej, często wyobrażonej, idealnej formy z przeszłości, część dopuszcza nawarstwienia. Są style – jak np. modernizm – w których nawarstwienia niweczą cały wysiłek architekta. Jak jest z ogrodami?

W ogrodach jest podobnie. Nawarstwienia były obecne w dawnych ogrodach i są częścią ich historii. Te wprowadzane z rozmysłem nadają ogrodom strukturę patchworku, co jest także wartością samą w sobie. Ocenie konserwatorskiej wartości tych „skrawków” lub ich elementów służy waloryzacja. Trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy w jakiejś uporządkowanej przestrzeni ogrodu modernistycznego na środku całkiem niedawno powstała sadzawka, a obok stanęła kopia antycznej rzeźby. Takie nawarstwienia należy usuwać i dążyć, by nigdy się nie odradzały.

Przeżywamy okres renaturyzacji powojennych założeń parkowych. Uchodzą one za zbyt wybetonowane, zarzuca się im deficyt niskiej roślinności. Czy tym sposobem nie stracimy świadectwa konkretnej epoki historycznej? Czy nie jest ona warta ochrony w swojej pierwotnej wersji?

By nadążyć za wszystkimi zmianami – środowiskowymi, klimatycznymi, społecznymi i ekonomicznymi – doktryna konserwatorska powinna dopuszczać zdroworozsądkowe kompromisy i drogi adaptacji. Kamień, beton i stal to także elementy ogrodów, które w określonych konfiguracjach należy chronić. A jeżeli mówimy o takim stopniu renaturyzacji, który miałby zatrzeć czytelność kompozycji przestrzennej ogrodu lub parku, to wtedy mamy do czynienia ze zniszczeniem zabytku. Kluczem do sukcesu jest sposób adaptacji dzieła sztuki ogrodowej adekwatny nie tylko do jego wartości artystyczno-kulturowych, lecz także przyrodniczych. . Nie jest powiedziane, że jeśli w XIX-wiecznym ogrodzie mamy pleasure ground, czyli przestrzeń położoną bezpośrednio w otoczeniu pałacu, to nie możemy w niej dopuścić działań, które np. zwiększyłyby bioróżnorodność.

Wystarczy zmniejszyć regularność koszenia trawników po to, żeby uzyskać kipiącą od życia łąkę sprzyjającą także zatrzymaniu wody w glebie. Powinniśmy też zrezygnować – czy to w ogrodach krajobrazowych, czy w ogrodach regularnych – z dążenia do precyzji manikiurzystki w wygrabianiu opadłych liści.

Wręcz przeciwnie: powinniśmy pozostawiać całe niezgrabione obszary w peryferyjnych częściach takich założeń lub w kwaterach tzw. boskietów, co nie wpłynie na odbiór wizualny całości obiektu, a znacząco przysłuży się dzikiej florze i faunie.

Dróg renaturyzacji jest sporo i zawsze można dobrać taką, która nie doprowadzi do zatarcia wartości, które uznajemy za ważne i warte ochrony. Tak więc „rozbetonowywanie” wielu powojennych ogrodów i parków może doprowadzić do utraty świadectwa konkretnej epoki. Wszystko trzeba robić z głową. Weźmy chociażby Kanał Piaseczyński w Warszawie, na którego basenie wschodnim, czyli tym bliżej Wisły, została usytuowana w centralnej części sztuczna wyspa dla ptactwa. Gdy nagle na tafli wody w centralnej części zabytkowego kanału oraz tak ważnego dla kulturowego krajobrazu miasta otwarcia widokowego powstaje zielona plama pływająca po powierzchni wody, to wrażenia estetyczne całości, dla których ten obiekt także jest chroniony, zmieniają się. A przecież ta jakże potrzebna ptakom wyspa mogłaby być przesunięta nieco w prawo albo w lewo, żeby chronić i przyrodę, i wartości kulturowe, prawda?

Fot. Archiwum NID
Atak klonów
Reprodukcja ryciny Zygmunta Vogla ukazującej ogród sentymentalny księcia Kazimierza Poniatowskiego na Solcu. Spuścizna po prof. Gerardzie Antonim Ciołku (tzw. Teki Ciołka), 1952 r.

Porozmawiajmy jeszcze o roli współczesnej nauki w opiece nad dawnymi ogrodami, o archeologii, o badaniach genetycznych. Myślę, że to fascynujący wątek, o którym nie mamy pojęcia jako zwykli zjadacze chleba.

To warstwa szalenie ważna i potrzebna w trosce o ogrodowe dziedzictwo. Warto wspomnieć chociażby numeryczne modele terenu, które są w tej chwili dostępne dla każdego, kto ma urządzenie mobilne z dostępem to internetu. To otworzyło zupełnie nowe rozdziały w trosce o historyczne ogrody. Za jednym kliknięciem można zobaczyć widoczne na powierzchni ziemi relikty dawnych aranżacji, przebiegu alejek, zbiorników wodnych, ramp ziemnych itd. Niejednokrotnie pozwala to na weryfikację stopnia realizacji planów ogrodów zachowanych w archiwach.

Chcesz powiedzieć, że wystarczą do tego zdjęcia lotnicze?

Numeryczne modele terenu umożliwiają pełne odwzorowanie topografii terenów, w których odczytuje się wiele danych z przeszłości danego miejsca. To jest to źródło, które wraz z fotografiami, w tym lotniczymi, pozwala także zweryfikować prawdziwość innych materiałów źródłowych, których treść często bezkrytycznie przyjmujemy za pewnik.

Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Atak klonów
Zielona Warszawa, widok z latarni kościoła ewangelicko-augsburskiego św. Trójcy w kierunku ulic Królewskiej i Senatorskiej oraz ogrodu Saskiego

Plany kłamią?

Często tak jest – szczególnie w przypadku tych, które trafiły kiedyś do szuflady i są niczym innym jak utrwaleniem niezrealizowanych wizji swoich autorów i ambicji fundatorów. Współczesna technologia i jej narzędzia sprzyjają nam w weryfikacji stanu wiedzy oraz wyobrażeń o przeszłości. Wspomniałeś wcześniej o genetyce. Troska o zgodność genetyczną materiału roślinnego w ogrodach historycznych względem ich stanu wyjściowego jest jednym z tych obszarów, który intensywnie się rozwija. Mówiąc o dążeniu do autentyzmu obiektów dziedzictwa ogrodowego, musimy pamiętać, że

nie bez znaczenia dla całościowego odbioru danego dzieła sztuki ogrodowej jest nie tylko obecność rośliny samej w sobie, lecz także jej odpowiedni gatunek, odmiana, forma i miejsce wzrostu w ogrodzie.

W idealnym scenariuszu konserwatorskim powinniśmy dysponować sadzonkami roślin, krzewów i drzew pochodzących z nasion lub sadzonek zaczerpniętych z historycznych egzemplarzy rosnących w danym ogrodzie lub w obiektach mu podobnych.

Odpowiedzią na te potrzeby oraz kwestie klimatyczne jest coraz popularniejszy trend powrotu do tradycji szkółkarskich kultywowanych w granicach dawnych posiadłości i rezydencji. W Europie modelowym przykładem powrotu do tego typu szkółki jest założenie pałacowo-parkowe w Branitz niedaleko Cottbus. Powrócono tam do autorskiej idei księcia Hermanna von Pücklera-Muskaua tzw. uniwersytetu drzew. Pod koniec lat 40. XIX wieku założył on szkółkę drzew po to, by móc wymieniać obumarłe w parku drzewa dorosłymi egzemplarzami adekwatnego gatunku pielęgnowanymi na zapleczu.

Fot. Maciej Jabłoński / F11 / NID
Atak klonów
Park Mużakowski – współcześnie, wejście do szkółek

Dawniej niemal każdy większy ogród czy park miał zaplecze ogrodowe oraz szkółkę drzew i krzewów ozdobnych, z których w razie potrzeby były pobierane materiały roślinne na użytek danego założenia.

I można się było tym materiałem – sadzonkami wymieniać.

Oczywiście, że tak. Rozwój ogrodnictwa i sztuki ogrodowej w ogóle oparty jest m.in. na wymianie i handlu roślinami.

Myślisz, że własne szkółkarstwo i wymiany roślin będą inspiracją i przykładem dla innych ogrodów?

Mam nadzieję, że tak. Przez lata z różnych przyczyn przyjęło się, że o wiele lepiej jest zaopatrywać się w materiał roślinny pochodzący z zewnątrz. W rezultacie doprowadziło to do sytuacji, w której w większości ogrodów rosną drzewa szkółkowane gdzieś w Holandii czy w Niemczech. To jest materiał, który jest nie tylko genetycznie obcy, lecz także niejednokrotnie – przez warunki wzrostu, w których jest utrzymywany – o wiele mniej odporny na nasze warunki środowiskowe. Zdolności adaptacyjne takich roślin są o wiele mniejsze. Krzewy i drzewa, które rosną od nasionka czy sadzonki tutaj, lokalnie, są o wiele bardziej wytrzymałe i zdolne do adaptacji aniżeli te – niejednokrotnie sprowadzane za ciężkie pieniądze – z zagranicy. Więc mam nadzieję, że Branitz i książę von Pückler-Muskau będą szkółkarskim przykładem dla wielu instytucji.

Łukasz Przybylak

Magister inż. architekt krajobrazu, specjalista ds. ogrodów historycznych. Autor licznych opracowań rewaloryzacyjnych i studialnych dla historycznych rezydencji w Polsce. Pracował m.in. przy dokumentacji projektowej dla Lohsepark Hafencity w Hamburgu oraz przy wdrożeniowej fazie rewaloryzacji parku pałacowego w Altdöbern. W latach 2015–2021 kierował Działem Ogrodowym Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. W 2021 roku rozpoczął współpracę z Kancelarią Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej jako konsultant ds. ogrodów historycznych. Jest współzałożycielem Europejskiego Centrum Sztuki Ogrodowej im. Eduarda Petzolda (ECSO).

Od 2020 roku na Uniwersytecie Technicznym w Dreźnie realizuje badania doktoranckie poświęcone sztuce ogrodowej w Warszawie okresu panowania Wettynów. Od 2017 roku jest związany z Europejskim Szlakiem Ogrodów Historycznych (ERHG), a od 2020 roku jest jego wiceprezydentem. Należy także do Niemieckiego Towarzystwa Sztuki Ogrodowej i Kultury Krajobrazu (DGGL).

Artykuł pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 2/2025


Jarosław Trybuś

Historyk sztuki, wicedyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, inicjator projektu teatralnego "Najlepsze miasto świata. Opera o Warszawie". W 2008 roku był współkuratorem wystawy w pawilonie polskim na XI Biennale Architektury w Wenecji nagrodzonej Złotym Lwem za najlepszą ekspozycję narodową. W 2024 roku, wraz z Piotrem Kordubą, wydał książkę "Mieszkania warszawskie. Biografie wnętrz, rzeczy i ludzi".

Popularne

Kotlina Jeleniogórska – pałace i parki krajobrazowe Kotliny Jeleniogórskiej

Jelenia Góra nazywana bywa czasem stolicą Karkonoszy. Jako serce powiatu karkonoskiego, a jednocześnie siedziba Karkonoskiego Parku Narodowego ma do tego pełne prawo, choć tylko dzięki włączeniu w latach 70. ubiegłego wieku w obręb granic miasta niegdyś samodzielnych miejscowości takich jak Sobieszów czy Jagniątków, Jelenia Góra graniczy dziś z najwyższym pasmem Sudetów...

Lubostroń – zespół pałacowo-parkowy

Fryderyk Skórzewski herbu Drogosław decydując się na przeniesienie rodowej siedziby z Margonińskiej Wsi do Piłatowa niedaleko Łabiszyna, na tereny zakupione w 1755 roku przez swego ojca, wziął pod uwagę ustronność miejsca i walory krajobrazowe terenu położonego malowniczo w zakolu Noteci. Nadał mu wówczas nową nazwę – Lubostroń – chcąc podkreślić, jak bardzo „lube” jest mu to ustronie...