„Pęknięte lustro” to z jednej strony osobista opowieść o indywidualnym losie, a z drugiej filozoficzna przypowieść o znaczeniu wyborów. O jej bohaterze, Adamie Czerniakowie, rozmawiamy z autorką książki, Patrycją Dołowy.

Historia Adama Czerniakowa, do 1942 roku przewodniczącego warszawskiego Judenratu, jest mniej znana niż ta Chaima Rumkowskiego, pełniącego podobną funkcję w getcie łódzkim. Chciałaś przybliżyć jego postać?
Pomysł, żeby o nim napisać, wynikł z przekonania, że
Czerniaków jest nieopowiedziany, że brakuje jego historii w szerszej świadomości.
Rumkowskiego, nazywanego „królem getta”, opisano wielokrotnie i w konsekwencji jego kontrowersyjna postawa zdominowała rozumienie roli szefów gett w czasie okupacji. Kiedy zaczęłam przyglądać się dokumentom dotyczącym Czerniakowa, moim pierwszymi odczuciami były złość i poczucie niesprawiedliwości.
Dlaczego?
Ja również na początku znałam tylko tę uproszczoną wersję jego historii, ale kiedy czytałam kolejne opisy, dokumenty, świadectwa oraz zapisy w jego dzienniku, powoli uświadamiałam sobie, że tak naprawdę trudno w tych materiałach znaleźć coś złego na jego temat i sama byłam zaskoczona. Dużo myślałam o samotności Czerniakowa, o tym, jak jest krytykowany za swoje wybory i decyzje, mimo że wziął na siebie ogromną odpowiedzialność.
2. fot. domena publiczna
Nie krytykował wszystkich, którym udawało się opuścić getto, ale tych u władzy tak, bo uważał, że pozostanie oznacza wzięcie odpowiedzialności
Dzisiaj mogę spojrzeć z empatią na jego postawę i lepiej go rozumieć. Choć zrozumieć nie zawsze oznacza pochwalać. Idę z empatią śladem dokumentów. Po to, żeby spojrzeć na niego od nowa w tej granicznej sytuacji, w której się znalazł. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że moja książka nie do końca świadomie stała się obroną Czerniakowa.
Hannah Arendt nie była mu przychylna.
Arendt w ogóle potępiała osoby z Judenratów, czyli rad starszyzny żydowskiej, które w czasie wojny powoływali okupanci. W książce „Eichmann w Jerozolimie” pisze nawet, że gdyby nie ich współpraca z Niemcami, ci nigdy nie zdołaliby zrobić z Żydami tego, co zrobili. To uproszczenie, ale wynika z jej perspektywy. Myślę, że ma znaczenie czas, w którym formułowała swoje oceny. Wtedy ten głos był ważny, ale potem pokutował. Jednak nawet ona rozróżnia postawy takich szefów Judenratu jak Rumkowski i postawę Czerniakowa. Jego decyzję, żeby w tej tragicznej sytuacji bez wyjścia odebrać sobie życie, nie wydać swoich na śmierć, nie podpisać na nich wyroku śmierci, odczytuje jako wyraz człowieczeństwa.
Jego samobójcza śmierć w 1942 roku była różnie interpretowana.
Także jako tchórzostwo, jako ucieczka, jako słabość. Marek Edelman czy Antek Cukierman zarzucali mu, że uczynił z dramatu getta sprawę prywatną i mieli mu za złe, że nie wezwał do walki. Chociaż ze wspomnień osób, które były blisko Czerniakowa – jego osobistego sekretarza Leona Tyszki czy sekretarza Rady Żydowskiej Zygmunta Warmana, wynika, że w liście, który zostawił, w pewien sposób to sugerował. Jego gest miał pokazać innym, że to jest moment ostateczny.

Jakby chciał powiedzieć: nie macie już nic do stracenia?
Tak, to miał być akt otwierający oczy i na niektórych tak zadziałał. Helena Merenholc, która współpracowała z Centosem, polsko-żydowskim stowarzyszeniem zajmującym się pomocą dzieciom, w swoim świadectwie mówi, że nie chciała przechodzić na aryjską stronę, bo pozostanie w getcie traktowała jako pozostanie ze swoimi. Ale kiedy dotarła do niej wieść o samobójstwie Czerniakowa, zrozumiała,
że przetrwanie to też forma walki.
I zdecydowała się wyjść z getta. Nie ona jedna uświadomiła sobie, że wybór jest ograniczony: można jedynie uciekać z getta albo walczyć.
Opowiedz o przedwojennych losach Adama Czerniakowa.
Warszawską ulicę Zimną otaczają różnorodne światy: Elektoralna i plac Saski, plac Mirowski z targowiskiem, rynsztoki Krochmalnej i półświatek Wroniej. Był człowiekiem pogranicza polsko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego, ale też klasowego, bo z jego ulicy równie blisko było do dzielnic robotniczych, co mieszczańskich. W domu mówi się różnymi językami, przede wszystkim polskim i w tym języku są wychowywane dzieci, ale pierwszym językiem dla jego ojca, dziadka czy wuja był jidysz. Oczywiście znali też rosyjski. Czerniaków idzie do świeckich szkół, zdaje na Politechnikę – chce studiować mechanikę, ale mimo, że zdaje świetnie, dużo lepiej niż wielu aryjskich kolegów, nie zostaje przyjęty z powodu ograniczeń dla żydowskich studentów i decyduje się na chemię, która potem okaże się znacząca w jego życiu. Studiuje też przez rok w Dreźnie, gdzie zdobędzie tytuł inżyniera. Po powrocie angażuje się w progresywną działalność oświatową.
Warto wspomnieć o ówczesnej sytuacji Żydów.
Mamy w głowach wyniesione choćby ze szkoły wyobrażenie o dość jednorodnym, czarno-białym świecie, gdzie wprawdzie byli jacyś Żydzi, ale już o zróżnicowaniu w ich społeczności wiemy niewiele.
Dopiero od niedawna w dyskursie publicznym pojawia się kwestia gett ławkowych, dyskryminacji czy pogromów. Żydzi nie tylko mieli wiele ograniczeń dotyczących studiowania czy podejmowania pracy, ale byli tak naprawdę traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Warszawa stanowiła największe w Europie, a drugie na świecie tak duże skupisko Żydów. Ci ludzie mieli swoje poglądy, pochodzili z różnych klas społecznych, identyfikowali się z różnymi typami judaizmu: ortodoksyjnym, reformowanym, progresywnym. Byli syjoniści, antysyjoniści, bundowcy. A w każdej z tych grup ludzie od lewicowych podglądów do prawicowych. Jedni uznawali, że syjonizm jest jakąś możliwością, inni, że rozwiązaniem jest budowanie autonomii żydowskiej w ramach diaspory. I Czerniaków funkcjonuje w tym bardzo, bardzo różnorodnym świecie.
Żydowskim pozytywistą, co podkreślam, bo ta mniejszościowa myśl pozytywistyczna jest trochę inna niż pozytywizm jako taki. Pozytywizm zakładał asymilację i dla Czerniakowa asymilacja była w pewnym momencie bardzo istotna, ale w określonych ramach. Na przykład nie wykluczał posługiwania się językiem jidysz. Uważał, że w szkołach powinno się go używać po to, by dawać szansę młodym ludziom pochodzącym ze środowisk, w których nie mówiono po polsku. Więc dla kogoś niemającego świadomości, jak bardzo zróżnicowany był ówczesny świat, to może wydawać się niekonsekwentne. Bo w końcu – albo asymilacja, albo jidysz i duma żydowska.
Po prostu był otwarty?
Tak, podążał za tym, czego doświadczał i jak zmieniało się jego rozumienie sprawy żydowskiej. Jednocześnie pozostał polskim patriotą – angażował się w sprawy miasta, został radnym. Poza tym działał społecznie, angażował się w organizowanie oświaty, prowadził badania i publikował artykuły. Ale nigdy nie trzymał się ślepo jednej myśli czy idei. W powojennej świadomości zabrakło pamięci, że



W swoim gabinecie w getcie miał portret Piłsudskiego.
Cenił Piłsudskiego, ale jego relacja z nim nie była taka oczywista. Nie tylko dlatego, że kiedy Czerniaków został wybrany senatorem, Piłsudski rozwiązał parlament, więc nigdy tej roli nie pełnił. Nie we wszystkim zgadzał się z marszałkiem i pisał na temat polityki jego partii całkiem ostre artykuły. Natomiast rzeczywiście miał w swoim gabinecie w getcie jego portret, co było jednym z przejawów jego buntu.
Kiedy przychodzą do niego oficjele okupanta, muszą patrzeć na portret Piłsudskiego. Stosował też inne małe gesty oporu – na przykład,
kiedy spotykał się z Niemcami, nie zdejmował kapelusza.
W swoim dzienniku zapisuje to z satysfakcją. Nawet ci, którzy go krytykowali, przyznawali, że zachowywał się wobec nazistów z godnością.

Czerniakowi i jego żonie Felicji, również działaczce społecznej i oświatowej, zależało na pomocy jak największej liczbie dzieci w getcie.
Ludwik Hirszfeld wspominał, że Czerniaków często mówił o ratowaniu tkanki społecznej Żydów dla ich przyszłości. Dlatego wspierał artystów czy osoby, które były ważne dla społeczności, a w getcie znalazły się w dramatycznej sytuacji. Ale jego największym zmartwieniem były dzieci. I w tej sprawie podejmował wiele starań, choć często nie zgadzał się ze swoim przyjacielem Januszem Korczakiem. Profesor Leociak, który recenzował moją książkę, twierdzi, że uznałby Korczaka raczej za znajomego Czerniakowa, ale według mnie, jeżeli ktoś bywa u kogoś dwa razy w tygodniu na obiedzie, to musi to być bliższa znajomość. Ci dwaj często dyskutowali, spierali się ze sobą, ale niewątpliwie łączyła ich chęć ratowania dzieci.
Wizerunek Korczaka, który wyłania się z twojej książki, nie do końca zgadza się z tym pomnikowym, jaki znamy. Jego upór, żeby pomoc dla dzieci przechodziła przez jego sierociniec, jest nieuzasadniony. Przecież nie mógł dotrzeć do wszystkich.
Nie mógł dotrzeć do wszystkich i nie docierał. Myślę, że trzeba na to spojrzeć tak:
w getcie było mnóstwo różnych potrzeb, których nie można było zaspokoić.
Zrozumienie tego pozwala lepiej pojąć jego postawę. Korczak rzeczywiście funkcjonuje jako pomnik, choć nie przez wszystkich jego postępowanie było w pełni aprobowane – mówili o tym Marek Edelman, Felicja Czerniaków i inni. Ale nie ma wątpliwości, że działał dla dobra dzieci i próbował je ratować. Natomiast to pokazuje, jak niebezpieczne jest budowanie pomników, zamykanie narracji, upraszczanie jej. W ten sposób nie poznajemy prawdy i człowieka, który zawsze jest bardziej skomplikowany. Marek Edelman często mówił o niemożności oceniania –
jeżeli kogoś nie było w getcie, nie może ocenić tej kompletnie nieludzkiej, nieprzystającej do niczego sytuacji, w której ludzie podejmowali różne wybory, także niemoralne.
Natomiast nie znalazłam takiego niemoralnego rysu w postaci Adama Czerniakowa. Mógł dokonywać złych wyborów, mógł źle coś ocenić, ale nic nie wskazuje na to, żeby był złym człowiekiem.
Czym Czerniaków różnił się od Rumkowskiego z getta łódzkiego?
Sam widział Rumkowskiego jako swoje krzywe zwierciadło. Obaj mieli podobny cel – uratować jak największą liczbę ludzi, natomiast wybrali zupełnie inną drogę, żeby to osiągnąć. Rumkowski postawił na bezduszny pragmatyzm, który prowadził do zachowań skrajnie niemoralnych, gdyby przyłożyć do nich miarę zwykłej rzeczywistości. Bo jak inaczej powiedzieć o wystąpieniu do rodziców, żeby wydali na śmierć dzieci?
Jeden chciał ratować tych najsłabszych, ale stanowiących przyszłość, drugi uważał, że poświęcenie dzieci, starców i chorych da szansę większej liczbie osób przeżyć?
I gdyby bez żadnych uczuć, czysto pragmatycznie i w kategoriach liczb rozważać sens takiego działania, może Rumkowski by wygrał w tej rywalizacji. Ale tutaj przecież nie o to chodzi.
Czerniaków pozostał wierny swoim zasadom i moralności czasu zwykłego.
W tych tragicznych warunkach, w których to było prawie niemożliwe i w których miał ograniczone możliwości podejmowania autonomicznych decyzji, ciągle walczył – coś załatwiał, organizował, prosił, żeby kogoś zwolnić z egzekucji. Odmawiali, to wracał, a kiedy się nie udawało, słuchał pretensji i tak w kółko. Ale on tę walkę prowadził do końca, nie ustawał. I staram się temu przyglądać w książce z bliska, z ówczesnej perspektywy, nie z dzisiejszej.
Przykładem jego uporu, żeby pozostać w normalności, jest jego reakcja na film propagandowy, który nakręcili w getcie okupanci.
To był obrzydliwy film o tym, że bogaci Żydzi żyją w dostatku i rozpuście i nie zwracają uwagi na biednych czy nawet pogardzają nimi a ci umierają na ulicach. Z jednej strony przenosił odpowiedzialność na samych Żydów, a z drugiej utrwalał dwa najgorsze antysemickie stereotypy: Żydów zawszonych i brudnych oraz tych bogatych, rządzących światem. I kiedy powstaje ten okropny film, w którym rozgrywają się dantejskie sceny, Czerniaków pyta, dlaczego nie chcą pokazać pozytywnych tematów: szkolnictwa, kultury. Można pomyśleć: na co on liczy?
2. Fot. domena publiczna
Jego krytycy mieli do Czerniakowa pretensje, że przykłada system wartości z czasu pokoju do ekstremalnej sytuacji panującej w getcie?
Wielu nie podobało się, że przenosi do getta swoje przedwojenne wyobrażenia o równości, np. zgodził się na nałożenie na wszystkich podatku od chleba. Chciał, żeby bogaci Żydzi dobrowolnie finansowali pomoc społeczną w getcie. W pewnym momencie zaczyna sobie zdawać sprawę, że to nie przystaje do ekstremalnych warunków, ale wtedy jest za późno – getto już go nie lubi, może nawet nienawidzi.
Wiele osób, które krytykowały postawę Czerniakowa, robiło to już po zakończeniu wojny, z perspektywy świadomości Holokaustu. Czerniaków nie wiedział, co się dzieje?
Krytykowanie Czerniakowa za to, że nie wzywał do walki i nie mówił ludziom, jaki los ich czeka, jest nieuzasadnione. Sądząc z lektury jego dzienników, sam się zorientował naprawdę w ostatniej chwili. Jeszcze w lipcu 1942 roku słowo „Treblinka” pojawia się w jego zapiskach, kiedy próbuje ratować grupę osób przed egzekucją i zgadza się na ich wyjazd do obozu. Uważa, że to jest lepsze rozwiązanie, że dzięki temu przeżyją. Mylił się, ale to wiemy dzisiaj. Jednak w jego zapiskach nie ma cynizmu, on naprawdę wierzył, że zostali uratowani.
Kiedy piszesz o samotności Czerniakowa, przywołujesz swoją samotność związaną z wybuchem wojny, której nie nazywasz. Pada tylko data: 7 października 2023 roku.
Pisałam tę książkę w intensywnym i zmieniającym się czasie. Zaczęłam pod koniec pandemii. Potem wybuchła wojna w Ukrainie. Potem zostałam dyrektorką Centrum Społeczności Żydowskiej JCC Warszawa, co dało mi nową perspektywę. I kiedy już kończyłam pisać, pracowałam nad wstępem, ciągle coś zmieniałam, wybuchła wojna Hamasu z Izraelem. Będąc już wtedy dyrektorką Centrum Społeczności Żydowskiej nagle zrozumiałam, że
znaleźliśmy się w sytuacji, w której znowu jako Żydzi z diaspory jesteśmy wpychani do jednego worka i pociągani do odpowiedzialności.
Największe rozdarcie i poczucie osamotnienia odczuwałam w związku z osobami, które do tej pory traktowałam jako sojuszników. Mieliśmy podobne poglądy, razem chodziliśmy na demonstracje, myśleliśmy podobnie i nagle poczułam obcość, niezrozumienie, odrzucenie. To było dojmujące doświadczenie. Zrozumiałam, że jest w tym coś, nie śmiem powiedzieć podobnego, ale co sprawiło, że lepiej zrozumiałam Czerniakowa w tej jego samotności. To, jak czuł się pozostawiony przez tych po drugiej stronie muru getta.

Podtytuł twojej książki brzmi „Próba portretu”. Dlaczego próba?
Użycie tego słowa wynika z mojej metodologii i filozofii zajmowania się historiami. I z tego, jaką historię Czerniakowa zastałam, kiedy zaczęłam pracę. Ona była opowiadana takimi mocnymi zdaniami i ocenami. W mojej metodzie pracy z historiami niesłychanie ważne jest, żeby zajrzeć pod to, co jest nieopowiadane, żeby odczytać to, co znajduje się między wierszami, żeby wydobyć z archiwum dokument, którego nikt nie zauważył. To w pewnym sensie rozbijanie skorupy, która powstała wokół postaci i poskładanie jej od nowa. Ale nie chciałabym uzurpować sobie prawa do twierdzenia, że to jest jedyny możliwy portret. To moja próba zbliżenia się i zrozumienia.
Patrycja Dołowy, „Pęknięte lustro. Próba portretu Adama Czerniakowa”, Wydawnictwo Filtry 2025

Patrycja Dołowy
Pisarka, działaczka społeczna, popularyzatorka nauki i sztuki, z wykształcenia doktor nauk przyrodniczych i artystka wizualna. Kieruje Centrum Społeczności Żydowskiej JCC Warszawa oraz wykłada na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek „Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu” (2019) oraz „Skarby. Poszukiwacze i strażnicy żydowskiej pamięci” (2022), a także sztuk teatralnych: „Hindełe, siostra Sztukmistrza”, „The Hideout / Kryjówka”, „Dziady. Twierdza Brześć”, „Matki” oraz „Wanda” (wraz z Sylwią Chutnik).