Mariusz Szczygieł
Mariusz Szczygieł
Wieloletni dziennikarz i reporter „Gazety Wyborczej”, wykładowca akademicki, autor książek o Czechach, m.in. „Gottland”, „Zrob sobie raj” czy „Osobisty przewodnik po Pradze”. Twórca i redaktor „Antologii polskiego reportażu XX wieku”. Laureat Europejskiej Nagrody Literackiej i Nagrody Nike. Wspołzałożyciel fundacji Instytut Reportażu oraz wydawnictwa Dowody
Fot. Michał Mutor
Wywiady

Zawód? Mariusz Szczygieł!

Reporter, który przez lata szukał prawdy w ludzkich losach, dziś tropi sensy w obrazach i instalacjach, a na nowe terytorium wchodzi z zapałem debiutanta i dystansem giganuworysza. Mariusz Szczygieł opowiada o swojej drodze od dziennikarstwa do świata sztuki.


Dziennikarz, autor książek, reportażysta, prezenter, a od niedawna – o czym wciąż wie niewielu – „pan od sztuki”. Czy był jeden moment, taka iskra, dzięki której poczuł pan, że dziennikarstwo już panu je wystarcza?

Bardzo szybko typowe dziennikarstwo przestało mi wystarczać, dlatego zostałem reporterem. A ponieważ łatwo się nudzę, to każdą książkę piszę w innym stylu.

Moim wzorcem jest David Bowie, który niemal każdą płytę miał zupełnie inną od poprzedniej. Wymyślam jakieś projekty, jak np. „Projekt: prawda”, gdy przez kilka lat pytałem – ludzi przypadkowych, ale i takich celowo namierzonych – do jakiej prawdy doszli w życiu. Kilka lat poświęciłem na stworzenie antologii cudzych tekstów i tak powstały trzy tomy polskiego reportażu XX wieku – „100/XX”. Teraz od półtora roku prowadzę rozmowy dla TVP Info, gdzie pytam różne twórcze osobowości, o co chodzi w życiu. Mówię to nie po to, żeby się chwalić, tylko podkreślić, że wszystko, co robię, przestaje mi wystarczać, i idę dalej. Dlatego też zapisałem się na studia podyplomowe z historii sztuki nowoczesnej do Polskiej Akademii Nauk. Skończyłem i nawet powtarzałem rok.

Fot. Michał Mutor
Zawód? Mariusz Szczygieł!
Mariusz Szczygieł. Wieloletni dziennikarz i reporter „Gazety Wyborczej”, wykładowca akademicki, autor książek o Czechach, m.in. „Gottland”, „Zrób sobie raj” czy „Osobisty przewodnik po Pradze”. Twórca i redaktor „Antologii polskiego reportażu XX wieku”. Laureat Europejskiej Nagrody Literackiej i Nagrody Nike. Współzałożyciel fundacji Instytut Reportażu oraz wydawnictwa Dowody

Czyli kiepski student z pana…

Nie dlatego, że nie zaliczyłem, bo zaliczyłem na piątkę, tylko chciałem sobie utrwalić materiał. Mam duży kłopot z zapamiętywaniem nazwisk, a w historii sztuki głównie operuje się nazwiskami. W ogóle też nie pamiętam twarzy ludzi. Teraz robię sobie selfie z bohaterami moich tekstów i w ten sposób zapisuję ich twarze. Nie powiem przecież: „Czy mogę panią sfotografować, bo nie zapamiętam pani twarzy?”. To byłby afront.

To wciąż o dziennikarstwie. A dlaczego trafił pan do artworldu?

Sztuka zaczęła mnie interesować, bo zauważyłem, że w przeciwieństwie do literatury daje mi natychmiastową satysfakcję. Żeby przeczytać książkę, a nawet obejrzeć film czy spektakl, musisz poświęcić temu czas. A sztuka działa od razu.

Pamiętam, jak zobaczyłem pierwszy raz w życiu obrazy Bacona. One natychmiast podziałały na mój system nerwowy! Czułem to w ciele. Do tego jako reporter jestem jednak badaczem losów ludzkich, interesuje mnie człowiek i jego sensy. Tak ogłosiłem nawet na swoim profilu na Instagramie: „Piszę o człowieku i jego sensach”. A przecież artyści to ludzie, których życie polega na intensywnym wyrażaniu samych siebie. I to jest dopiero ciekawe pole. Artyści pokazują swoje metody boksowania się z istnieniem – przeczytałem kiedyś i zapamiętałem.

Zastanawiałem się, czy nie uwiodła pana „moda na sztukę”: dziś jest zauważalne coś, co kilka lat temu było jeszcze nie do pomyślenia. Zainteresowanie sztuką – nie tylko współczesną – to trend wśród klasy średniej. Dyskutuje się o niej, kupuje się ją i nie trzeba być wielkim kolekcjonerem. Czy to w ogóle miało na pana wpływ? A może pan tego nie zauważył nawet, kiedy to zainteresowanie się rodziło?

Jeśli to trend, to bardzo fajny, oby utrzymał się jak najdłużej. Pamiętam, że jak byłem w 1992 roku w Petersburgu, to na ulicy kupiłem akwarelę od jednego gruzińskiego artysty i powiedziałem wtedy do swojego chłopaka, że chciałbym założyć w Warszawie galerię sztuki z radzieckiego wschodu, jeździć po byłym ZSRR i odkrywać artystów dla zachodnich kolekcjonerów. Nic z tego nie wyszło, bo zacząłem mieć sukcesy jako reporter i ten zawód mnie pochłonął, ale już wtedy myślałem o sztuce.

A nie ma w panu strachu przed byciem nuworyszem w tej dziedzinie?

Nie mam strachu. Jestem giganuworyszem. Piszę w mediach społecznościowych o wystawach, które oglądam, i artystach, których poznaję. I to jest dla mnie ogromna przyjemność. Piszę, jak czuję. I okazuje się, że ludzie rozumieją, co piszę! „Panie Mariuszu, taki byłem najeżony do sztuki współczesnej, a teraz podchodzę z większą ciekawością…”. Takie wiadomości dostaję. Co złego w tym, że amator wymieni się uwagami z innym amatorem na temat jakiegoś obrazu? Tyle że coraz częściej poważne galerie proszą mnie o eseje na temat wystaw czy konkretnych artystów. Odmawiam, bo mam zasadę: nie przekraczam granicy, jeśli nie mam walizki. To zbyt wysoka dla mnie poprzeczka. A ci szefowie galerii na to mówią: „Ale pan potrafi przyciągnąć do sztuki człowieka sztuką niezainteresowanego… W Polsce mało kto ciekawie pisze o sztuce, panie Mariuszu, może jednak…”.

Fot. Michał Mutor
Zawód? Mariusz Szczygieł!
Mariusz Szczygieł w swoim domu

I ulega pan?

Nie ulegam, ale z tym muszę się zgodzić: znam większość czasopism o sztuce w Polsce. Są tam teksty pisane przez fachowców dla fachowców, hermetyczne, nudne. No nie o to chodzi, żeby ktoś po studiach wyższych cały tekst czytał ze słownikiem wyrazów obcych. To bardzo trudna dziedzina – popularyzowanie sztuki współczesnej. A u mnie na Instagramie ludzie potrafią się pokłócić o to, czy coś jest sztuką, czy nie. I o to chodzi.

Jest stres, że pochwali pan coś, co historycy i krytycy sztuki uznają za kiepskie dzieło? Ma pan poczucie ryzyka czy to raczej wyzwalające?

Żadnego ryzyka nie czuję.

Umiem ubrać w słowa różne swoje reakcje i krytycy sztuki – jeśli w ogóle to czytają – to raczej pomyślą: „O, fajnie on to ujął”.

Często słyszę, że im się podoba jakaś świeżość mojego spojrzenia. Choć wiem, że jestem zachwyconym amatorem. A przede wszystkim prawie niczego nie krytykuję.

Nie piszę o tym, co mi się nie podoba.
Nie podoba mi się 9
na 10 widzianych obrazów
i 9
na 10 czytanych książek.
Ale nie ujawniam tego. Po co?

Ujawniam tylko swoje zachwyty lub kiedy jakieś przedsięwzięcie artystyczne wydaje mi się ciekawe.

Raz się zdarzyło, że skrytykowałem wystawę w Zachęcie – za kadencji tego pisowskiego dyrektora. I pokazałem w moim odczuciu okropne obrazy współczesnych polskich twórców. O, Matko Boska… co się działo.

Niektórzy pisali, że naruszam ich godność. Jeden młody malarz – że niszczę mu życie. Ale jak dostałem wiadomość, że jeden z tych artystów ma depresję i myśli samobójcze, do których się dokładam, usunąłem ten post. I postanowiłem: piszę tylko o tym, co mi się podoba (…)

Artykuł pochodzi z kwartalnika „Spotkania z Zabytkami” nr 1/2026, dostępnego na rynku od 31 grudnia 2025 roku.

Zachęcamy do zakupu prenumeraty lub numeru pisma


Łukasz Gazur

Krytyk sztuki i teatru, wieloletni szef działu kultury w "Dzienniku Polskim" i "Gazecie Krakowskiej". Publikował i współpracował m.in. z "Przekrojem", "Tygodnikiem Powszechnym", "Wprost", TVP Kultura. Wykładowca akademicki na kierunkach kolekcjonerskich i antykwarycznych oraz dziennikarskich. Czterokrotnie wyróżniony Nagrodą Dziennikarzy Małopolski. Członek polskiej sekcji międzynarodowego stowarzyszenia krytyków AICA. Zastępca redaktora naczelnego magazynu "Spotkania z Zabytkami". Laureat jubileuszowej edycji nagród „Kolekcjonerstwo – nauka i upowszechnianie” im. Feliksa Jasieńskiego.

Popularne

Nie ma języków lepszych i gorszych. Czyli o języku wilamowskim

O tym, ile osób mówi po wilamowsku, czym jest „S’łjyrbihła cyr wymysiöeryśa śproh fjy dyg rusa łoüt” oraz gdzie prowadzony jest lektorat języka wilamowskiego, czyli wymysiöeryś, mówi Tomasz Wicherkiewicz, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek rady programowej Instytutu Różnorodności Językowej Rzeczypospolitej...

Zaniechajmy liczyć na oręż: wielkopolski Szlak Pracy Organicznej

Polacy nie mając miejsca na mapie politycznej świata, szukali sposobów odzyskania wolności. Jeden z nich to romantyczna walka naznaczona krwawymi powstaniami narodowymi, drugi to pozytywistyczne budowanie potencjału ekonomicznego i edukacyjnego, który w efekcie miał budować poczucie przynależności do narodu polskiego i przygotować społeczeństwo na odzyskanie wolności...