- który światowej sławy architekt zaprojektował budynki w Trzebiechowie
- co wskazuje, że ten kompleks jest zapowiedzią modernizmu i funkcjonalizmu w czasach secesji
- ile zachowało się z oryginalnego wyposażenia
Trzebiechów to przypadek fascynujący, bo mówimy o miejscu, które przez niemal cały XX wiek funkcjonowało przede wszystkim jako budynek użytkowy – najpierw sanatoryjny i służący ratowaniu zdrowia, wreszcie jako Dom Pomocy Społecznej. Dopiero na początku XXI wieku został rozpoznany jako jedno z najciekawszych i najbardziej niezwykłych świadectw europejskiej kultury projektowej około 1900 roku. Wszystko za sprawą autora projektu – Henry’ego van der Velde. I właśnie dlatego zyskał miano kolejnego Pomnika historii.
Najważniejsze w tej opowieści nie jest zresztą tylko nazwisko projektanta, choć ono rzeczywiście brzmi jak bilet wstępu do panteonu europejskiej nowoczesności. Istotniejsze jest to, że
w Trzebiechowie bardzo wyraźnie widać moment przejścia.
Z jednej strony mamy jeszcze świat secesji, jej organicznej płynności, wyrafinowanego detalu, wiary w piękno jako czynnik kształtujący życie; z drugiej pojawia się już porządek, dyscyplina, uproszczenie, podporządkowanie dekoracji funkcji, a więc wszystko to, co za chwilę stanie się językiem modernizmu i funkcjonalizmu. Trzebiechów to laboratorium przemiany stylu. Właśnie dlatego zabytek ten ma tak wielką wartość dla historii architektury.
Gwiazda w Trzebiechowie

Henry van de Velde, urodzony w 1863 roku w Antwerpii, należał do tych twórców przełomu XIX i XX wieku, którzy nie mieszczą się w jednej szufladzie.
Zaczynał jako malarz, ale szybko wybrał „rysowanie w przestrzeni”. Związany był początkowo bowiem z awangardową grupą Les XX, ale szybko przesunął środek ciężkości swojej działalności ku sztuce użytkowej, wzornictwu, architekturze wnętrz i architekturze jako takiej. Nie parał się tylko dekoratorstwem. Był teoretykiem, pedagogiem, projektantem totalnym. Uważał, że sztuka nie powinna być luksusowym dodatkiem do życia, lecz narzędziem jego organizacji i uszlachetniania. Walter Gropius widział w nim poprzednika torującego drogę Bauhausowi.
Natalia Borowska w „Czasie Kultury” trafnie pisała o nim jako o artyście, który „radykalnie zmienił myślenie o wzornictwie przemysłowym i sztuce użytkowej”. Van de Velde propagował styl oszczędny, odchodzący od historyzmu na rzecz racjonalności, funkcjonalizmu i linearnej ornamentyki abstrakcyjno-florystycznej. To najlepiej chyba definiuje jego miejsca w dziejach. Nie był on bowiem wyłącznie mistrzem secesyjnej, miękkiej linii. Był kimś, kto tę linię zaczął prostować, porządkować, dyscyplinować.
2. Fot. Lottelenya /domena publiczna
W jego twórczości dobrze widać kilka etapów. Najpierw był okres bardziej miękkiego, organicznego Art Nouveau, związanego np. z domem Bloemenwerf pod Brukselą, realizacją artysty z 1895 roku z myślą o miejscu będącym jego centrum życia rodzinnego. Była to też budowla projektowana jako całościowe środowisko życia. Później przyszły lata weimarskie, gdy jego język stawał się coraz bardziej syntetyczny. Wystarczy przypomnieć wnętrza Archiwum Nietzschego w Weimarze, projektowane w latach 1902–1903, gdzie van de Velde stworzył już prawdziwe Gesamtkunstwerk. Przeszedł od stolarki, przez posadzki, meble i tapicerki, po detale wyposażenia. Willa Esche w Chemnitz, również z początku XX wieku, pokazuje jego pełnię jako architekta „domu totalnie zaprojektowanego”. Ale każdy z tych budynków to krok w stronę nowoczesności. Jeszcze dalej bowiem prowadzą jego dzieła takie jak budynek Kunstgewerbeschule z lat 1905–1906, dziś należący do zespołu Bauhaus-Universität Weimar. To właśnie ten wymieniony ciąg realizacji pozwala zobaczyć Trzebiechów nie jako prowincjonalny wyjątek, lecz jako ogniwo bardzo ważnego europejskiego łańcucha.
Van de Velde był „heroldem funkcjonalizmu”, co może brzmieć paradoksalnie przy artyście kojarzonym z secesją. Ale właśnie na tym polega jego znaczenie. W przeciwieństwie do Victora Horty, który dążył do niezwykle spójnej, dekoracyjnie nasyconej bryły, van de Velde coraz wyraźniej przesuwał akcent ku prostocie, funkcjonalności i logice użytkowania, choć detal pozostaje tu jeszcze wyraźnie zaakcentowany. To obserwacja niezwykle ważna, bo
Trzebiechów właśnie na tym napięciu się opiera: jeszcze nie jest modernistyczny, ale już nie chce być tylko secesyjny.
Architekt trafia na prowincję
To jedna z tych historii, które najlepiej pokazują, że wielka architektura bardzo często rodzi się z sieci osobistych relacji, gustów i ambicji.

Inicjatorką przedsięwzięcia była księżna Maria Aleksandra. Samą architekturę zespołu, utrzymaną w nurcie neorenesansu północy, czy szerzej – historyzującego kostiumu typowego dla przełomu stuleci – zaprojektował Max Schöndler ze Zwickau. Jednak księżna chciała wnętrz nowoczesnych, reprezentacyjnych, a zarazem odpowiadających idei nowym trendom opieki zdrowotnej. Zainteresowała się twórczością van de Veldego zapewne także dzięki jego rosnącej renomie w środowisku weimarskim i sukcesowi projektów takich jak wspomniane Archiwum Nietzschego. To właśnie ona powierzyła mu zaprojektowanie wystroju i wyposażenia wnętrz sanatorium.
Ta nie był tylko kaprys. Maria Aleksandra jawi się w historii jako postać wyjątkowo ciekawa. Była kosmopolitką o skomplikowanych dynastycznych powiązaniach (m.in. z Wettinami i Romanowami), wyczuloną na kulturę i nowoczesność. Nie bez znaczenia był też fakt, że leczenia wymagała córka von Reussów.
Wspomniana już Natalia Borowska pisze wręcz, że obiekt miał być nie tylko użyteczny, lecz również estetycznie rewolucyjny, a van de Velde pojawił się tu, bo osobiście doglądał realizacji, pilnował i dobierał kolorystykę ścian, sufitów oraz boazerii. Część z nich przetrwała do naszych czasów, ale o tym nieco dalej. To ważny szczegół, bo pokazuje, że nie mamy do czynienia z luźnym „wpływem stylistycznym”, lecz z autorskim, nadzorowanym przez projektanta przedsięwzięciem.
Dom lekarza otwarto uroczyście w lipcu 1903 roku, budynek dla pacjentów na początku 1904 roku.



Praca dla detektywa
Przez niemal sto lat nikt nie podejrzewał, że w Trzebiechowie ocalało dzieło tej klasy.
Budynek był znany, ceniony lokalnie, ale widziany przede wszystkim przez pryzmat swojej historyzującej architektury. Przełom nastąpił dopiero na początku XXI wieku. Informację o odkryciu nieznanego dotąd dzieła van de Veldego oficjalnie ogłoszono w 2003 roku. Autorstwo ustalono na podstawie badań archiwalnych i konserwatorskich, a później potwierdzały je analizy stylistyczno-porównawcze. Już w 2004 roku ruszyły szeroko zakrojone badania konserwatorskie, których celem było odsłonięcie pierwotnej warstwy dekoracyjnej i kolorystycznej wnętrz. To odkrycie uzupełniło katalog dzieł van de Veldego i odbiło się szerokim echem wśród badaczy w Europie.
Jednocześnie to jedyny ślad w Polsce po słynnym belgijskim projektancie i malarzu. Autentyczność jego dzieła potwierdził m.in. Erwin Bockhorn von der Bank, członek Europejskiego Związku Przyjaciół Henry’ego van de Velde w Gera.
To dzieło architektury, które przetrwało dlatego, że nadal służyło ludziom, a PRL nie miał wystarczających środków, by to miejsce unowocześnić.
Pozostawało na uboczu wielkich przemian modernizacyjnych. Użytkowanie obiektu nie było oczywiście łaskawe dla wszystkich jego warstw, ale paradoksalnie właśnie ono nie dopuściło do całkowitego zaniku miejsca. Trzebiechów pozostał żywym organizmem. Dopiero później nauka i konserwacja rozpoznały, co tak naprawdę się w nim kryje.
Jedną z największych osobliwości miejsca jest napięcie między zewnętrzem a wnętrzem. Kompleks pozostaje jeszcze zakorzeniony w estetyce historyzującej. Mamy architekturę zaprojektowaną przez wspomnianego Maxa Schöndlera, która nie zrywa ostentacyjnie z tradycją. To bryła „ubrana” w formy starego porządku, czytelna dla epoki, bezpieczna i reprezentacyjna. Ale gdy wejdziemy do środka, zaczyna się inna opowieść. Całość mimo wszystko płynnie się łączy historyzującą bryłę z nowymi tendencjami we wzornictwie przemysłowym, nowym myśleniem o funkcjonalności, dążeniem do prostoty i harmonii, które miały już niebawem zaowocować narodzinami modernizmu.
Secesyjność Trzebiechowa nie polega bowiem na banalnym mnożeniu ornamentu.

Van de Velde nie pracuje tu jak dekorator oblepiający przestrzeń dekoracją. Jego secesja jest linearna, zdyscyplinowana, miejscami niemal geometryczna. Owszem, obecna wciąż jest miękkość, organiczna zasada wzrostu formy, ale zarazem wszystko wydaje się już podporządkowane architekturze użytkowania. Linia prowadzi ruch, organizuje spojrzenie, porządkuje przestrzeń, wyznacza relacje między ścianą, otworem okiennym, schodami, meblem i światłem. To właśnie odróżnia van de Veldego od bardziej dekoracyjnej, „rozlewającej się” wersji secesji.
W Trzebiechowie ornament nie zaciera konstrukcji, tylko ją ujawnia i miękko modeluje.
W stronę seryjności
Najbardziej secesyjna pozostaje sama idea wnętrza jako organizmu. Van de Velde myśli całościowo. Projektuje nie pojedynczy mebel, nie drzwi, nie dekorację ściany, lecz system. W Trzebiechowie zachowała się stolarka okienna i drzwiowa, klatki schodowe, balustrady, boazerie, posadzki, kominek i ławki, a także elementy wbudowane. Źródła związane z badaniami obiektu wymieniają ponadto konstrukcję oranżerii, balustrady trzech balkonów, świetlik, cztery dekoracyjne kotwy, zegar i trzy osłony kwietników jako autentyczne elementy metalowe. Już sam ten katalog mówi wiele: van de Velde nie kończył pracy na „wielkich” formach. Dla niego detal użytkowy był równie ważny jak główna kompozycja. To czysta secesja w jej najlepszym wydaniu, sztuka totalna, która chce przeniknąć codzienność.

Secesyjne historie kryją też malarskie warstwy wnętrza. Po badaniach konserwatorskich odsłonięto oryginalną kolorystykę oraz pasowe dekoracje patronowe, czyli szablonowe. Zidentyfikowano przemyślany zestaw barw: ciemnoniebieski, niebieskoszary, czerwony, jasnozielony, jasnoszary, pastelowy zielony i ugrowy. To paleta daleka od przypadkowości. Kolor nie pełni tu funkcji tapety tła, ale jest aktywnym narzędziem kształtowania nastroju i hierarchii przestrzeni. Mamy do czynienia z wyraźnym myśleniem chromatycznym: zestawienia chłodnych błękitów, zielenie i szarości z akcentami fioletów, różów, żółcieni, czerwieni czy ugrów budują wnętrza subtelne, ale jednocześnie wyraźnie przemyślane. Sekwencja kolorystyczna współgra z ornamentem z szablonu, który nie udaje naturalistycznej roślinności, tylko układa się w pasowe, rytmiczne, linearne układy. Zachowało się dziewięć motywów ornamentalnych wykonanych według szablonów. To liczba ważna, bo pokazuje, że nie chodzi o pojedyncze resztki, lecz o spójny system dekoracyjny.
Secesyjne są również te momenty, w których konstrukcja przechodzi w miękką ekspresję linii. Źródła fotograficzne i opisy obiektu pozwalają wskazać choćby główną klatkę schodową oraz świetlik.
Klatka schodowa nie jest tu tylko pionowym traktem komunikacyjnym; staje się sceną ruchu i jednym z kluczowych wnętrz całego założenia. Balustrada organizuje rytm w sposób bardzo charakterystyczny dla van de Veldego, bez przeciążenia ornamentem, ale z wielką uwagą na płynność, proporcję, tempo pionów i poziomów. Świetlik z kolei należy do tych elementów, które pokazują secesję jako sztukę światła filtrowanego przez geometrię. Nie jest to już dekoracyjny witraż starego typu, lecz kompozycja bardziej syntetyczna i zdecydowanie podporządkowana architekturze.

Idzie nowe
A teraz to, co w Trzebiechowie najciekawsze dla historii formy. W tym wnętrzu modernizm nie przychodzi jeszcze jako nagłe zerwanie z tradycją, lecz jako dyscyplina, kaganiec nałożony na secesję. Widać to po sposobie traktowania ornamentu. Dekoracje są podporządkowane pasom, rytmom, polom architektonicznym. Nie rozrastają się samowolnie jak pnącza, nie zalewają ściany. Są używane oszczędnie, modułowo, systemowo. To bardzo ważny krok w stronę myślenia nowoczesnego, bliskiego standaryzacji, choć jeszcze nie rezygnującego z indywidualnego charakteru dzieła. Wyrastają z tradycji Art Nouveau, ale w ich prostych, zgeometryzowanych formach czuć już estetykę art déco.
Trzebiechów jest secesją, która już sama siebie porządkuje.
Protofunkcjonalistyczny jest także sam stosunek do układu wnętrz. Źródła podkreślają, że projekt van de Veldego wyróżnia prostota i funkcjonalność, a detal jest mocno zaakcentowany, lecz podporządkowany funkcji użytkowej. Nie chodzi tu o dodawanie ozdobności, lecz o uspójnienie wszystkich składowych. W praktyce przekłada się to na wspomniane meble wbudowane, logiczne wykorzystanie światła, syntetyczne traktowanie stolarki, konsekwentną kontrolę kolorystyki. Mamy tu architekturę, która nie tylko „dobrze wygląda”, ale organizuje doświadczenie użytkownika. W budynku sanatoryjnym to przecież szczególnie ważne. Leczenie, odpoczynek, ruch, obserwacja, komfort – wszystko to miało zostać wsparte przez samą przestrzeń.
Modernizm zapowiada też redukcja historycznego ciężaru. To wnętrze już odrzuca przestarzałą logikę cytatu. Nie udaje renesansu, baroku ani gotyku. Nie buduje prestiżu przez imitację dawnych stylów. Zamiast tego poszukuje nowej elegancji, wynikającej z proporcji, materiału, linii i światła. To bardzo van-de-veldowskie. Ten artysta należał do tego pokolenia twórców, którzy naprawdę uwierzyli, że nowoczesność musi wytworzyć nowy język estetyczny, a nie jedynie przebierać się w kostium przeszłości. Trzebiechów pokazuje ten moment z niezwykłą klarownością.
Ile pozostało?
To pytanie pada zwykle jako pierwsze – i słusznie. Znawcy tematu podkreślają, że to, co ocalało – jak kolorystyka pomieszczeń odsłonięta spod nawarstwień, pasowe dekoracje patronowe, stolarka okienna i drzwiowa, pojedyncze egzemplarze mebli, w tym przytwierdzone na stałe elementy wyposażenia – jest autentyczne, ale stanowi jedynie fragment pierwotnego, kompleksowo zaprojektowanego wystroju. Jednocześnie wartość artystyczną podnosi właśnie walor autentyczności, o który trudno w innych europejskich realizacjach van de Veldego, często później przebudowywanych i rekonstruowanych.
Trzebiechów może i nie jest kompletny, ale z pewnością jest prawdziwy.
Przez czternaście lat prowadzenia badań konserwatorzy przejrzeli i zinwentaryzowali to, co zostało po van de Veldem: od klamek, zamków, pojedynczych szyb, polichromii, po balustrady, balkony, a także 62 pary drzwi wykonanych według 14 wzorów (sic!) najbardziej cennych drzwi i okien. Spisywali tympanony nad drzwiami, okna zdobione lekko wygiętymi klamkami, schodowe, powyginane poręcze. Warto zwrócić też uwagę dekoracyjną podbitkę z rozetami żeliwnym.
Najcenniejsza jest bez wątpienia warstwa dekoracyjno-kolorystyczna. Odkrywki i analizy stratygraficzne pozwoliły przywrócić w części pomieszczeń oryginalną kolorystykę ścian i stolarki, a także odsłonić zamalowane przez dziesięciolecia dekoracje. Zachowane dziewięć motywów ornamentalnych to rzadkie świadectwo autorskiego systemu van de Veldego. W jadalni odtworzono malaturę sklepienia, w dawnym pokoju bilardowym w Domu Lekarza zachowały się malowidła, a fotografie z dokumentacji konserwatorskiej pokazują, jak bardzo były one integralnie splecione z architekturą.

W źródłach podkreślono też, że jedynie dekoracja koleby nad jadalnią musiała zostać zrekonstruowana z uwagi na zniszczenie oryginału, co pośrednio potwierdza, że w innych miejscach zachowane partie były na tyle czytelne, by poddać je konserwacji, a nie wymyślać od nowa.
Bardzo istotna jest wspomniana stolarka. Zachowały się drzwi, okna, obramienia, boazerie, klatki schodowe. Właśnie tu najlepiej widać jego wyczucie proporcji. Stolarka nie jest ciężka, nie zamyka przestrzeni, lecz ją rytmizuje. Jej znaczenie jest tym większe, że w architekturze około 1900 roku to właśnie drzwi, ramy, listwy, podziały i profilowania bardzo często decydowały o charakterze wnętrza. W Trzebiechowie te elementy nie tylko przetrwały, ale zostały rozpoznane jako autentyczne składniki kompozycji. Dziś – według słów specjalistów – wprost wymienia się stolarkę drzwiową, okienną i klatkę schodową jako jedne z najcenniejszych reliktów dzieła van de Veldego.
Zachowane elementy metalowe są może mniej oczywiste dla laików, ale dla historyka sztuki mają wielkie znaczenie. Konstrukcja ogrodu zimowego, balustrady trzech balkonów, świetlik, cztery dekoracyjne kotwy, zegar i osłony kwietników tworzą rzadki zestaw detali, w którym widać secesyjny ideał jedności rzemiosł. W epoce van de Veldego metal nie był wyłącznie konstrukcją, był także nośnikiem elegancji nowoczesności. Tam, gdzie dawniej dominował kamienny lub drewniany ciężar, tu pojawia się bardziej sprężysty, rytmiczny rysunek form. W Trzebiechowie nie jest to metal demonstracyjnie industrialny, ale już wyraźnie nowoczesny.

Do najciekawszych elementów należą meble i wyposażenie wbudowane. Zachowały się tylko pojedyncze egzemplarze, ale mają wagę relikwii. Wbudowana w schody sofa z oryginalną tapicerką, a także dwie ławki, dwa fotele oraz kominek to elementy, dzięki którym można jeszcze zobaczyć, jak van de Velde myślał o użytkowniku. Nie jako o biernym widzu dekoracji, ale o kimś, kto siedzi, odpoczywa, czyta, rozmawia, przemieszcza się, patrzy przez wykusz, doświadcza światła. To rzeczy z pozoru skromne, ale właśnie one najlepiej pokazują, że van de Velde tak naprawdę projektował życie. Widzimy niemal manifest jego myślenia: komunikacja i odpoczynek, konstrukcja i wyposażenie, architektura i mebel stają się jednym.
Nie ma tu granicy między „budynkiem” a „urządzeniem wnętrza”. Jest jedno, spójne środowisko.

Co się zmieniło
Trzeba mówić uczciwie i bez romantyzowania, że XX wiek nie był dla Trzebiechowa okresem objętym konserwatorską ochroną. Już po kilku latach pierwotne sanatorium popadło w trudności finansowe i zmieniało funkcje. Stało się domem wypoczynkowym, później domem wychowawczym, następnie sanatorium przeciwgruźliczym, po wojnie zaś działała tu lecznica, by wreszcie od 1974 roku stać się Domem Pomocy Społecznej.
Najdalej idące ingerencje wiązały się z przystosowaniem obiektu do nowych potrzeb leczniczych. Źródła prasowe podają, że podczas remontu dostosowującego kompleks do funkcji sanatorium przeciwgruźliczego dokonano reorganizacji pomieszczeń i zwiększono liczbę pokoi dla kuracjuszy, dzięki czemu obiekt mógł przyjąć ponad sto osób. To oznaczało nieuchronne naruszenie pierwotnego układu części wnętrz.
Z drugiej strony, od powstania zespołu do 1920 roku nie prowadzono w nim znaczących prac remontowych, a więc pierwszy okres użytkowania nie zniszczył od razu oryginalnej substancji. Największe straty przyniosły raczej późniejsze modernizacje i zwykła praktyka „unowocześniania” wnętrz, typowa dla XX wieku, czyli zamalowywanie polichromii, wymiany fragmentów wyposażenia, dostosowywanie przestrzeni do nowych norm oraz przepisów sanitarnych i funkcjonalnych. Można powiedzieć z pewnością, że nie zachował się pełny, kompletny zespół wyposażenia van de Veldego, ale to, co pozostało pozwala odczytać pierwotną ideę artystyczną.
Co ważniejsze, od 2003 roku rozpoczął się proces uratowania tego, co dało się jeszcze odzyskać. Do 2015 roku zrealizowano blisko 20 inwestycji, obejmujących między innymi konserwację i restaurację dekoracji malarskich wnętrz, renowację stolarki okiennej i drzwiowej oraz remont dachów.

Bez jednego efektownego argumentu
W samym uzasadnieniu podkreślono, że chodzi o zachowanie „jedynego w Polsce zespołu budynków z wystrojem i wyposażeniem wnętrz projektu Henry’ego van de Velde” oraz o czytelne świadectwo historii lecznictwa początku XX wieku.
Status Pomnika Historii wynika więc nie z jednego efektownego argumentu, ale z ich splotu wszystkich przywołanych powyżej.
Po pierwsze, Trzebiechów jest jedynym w Polsce zespołem z wystrojem i wyposażeniem wnętrz projektu Henry’ego van de Velde. Po drugie, zachowuje autentyczną substancję w stopniu wystarczającym, by prowadzić badania nad jego metodą projektową. Po trzecie, pozostaje czytelnym świadectwem nowoczesnej kultury lecznictwa początku XX wieku. I po czwarte wreszcie, ma znaczenie ponadlokalne, bo wpisuje się w europejską historię narodzin nowoczesnego designu.
Państwo polskie, przyznając temu miejscu rangę Pomnika historii uznało więc nie tylko jego urodę, ale przede wszystkim jego zdolność do opowiadania wielkiej historii: o secesji, która dojrzewa do funkcjonalizmu; o arystokratycznym mecenacie, który otwiera prowincję na Europę; o architekturze, która ma leczyć, porządkować i cywilizować codzienność.

I może właśnie to jest w Trzebiechowie najpiękniejsze. To nie jest martwa kapsuła czasu.
Działa jak dobrze poprowadzony wykład o nowoczesności, w którym każda warstwa coś dopowiada. Historyzująca fasada przypomina o świecie, który jeszcze nie potrafił całkiem zerwać z dawnym kostiumem. Wnętrze mówi o artyście, który już wiedział, że przyszłość będzie należała do prostoty, logiki i syntezy. XX-wieczne przekształcenia uczą pokory wobec losu budynków użytkowych. A konserwatorskie odkrycie z 2003 roku przypomina, że historia sztuki wciąż potrafi zaskakiwać. Czasem naprawdę wielkie rzeczy czekają nie w centrum aglomeracji, lecz w miejscu, które przez lata wydawało się peryferyjne. Właśnie dlatego Trzebiechów to jeden z tych zabytków, na których można opowiedzieć całą drogę od secesyjnego marzenia o pięknym życiu do modernistycznego projektu nowego świata.
Papierowa wersja magazynu „Spotkania z Zabytkami” ukazuje sie jako kwartalnik. Zachęcamy do zakupu prenumeraty, bądź aktualnego numeru!
Przeczytaj o dawnym sanatorium w Trzebiechowie – na portalu Zabytek.pl






